Zahawa Lichtenberg

Z Strona o Żydach lubelskich

1. Kwestia "Widzącego".

Chciałabym przede wszystkim wspomnieć Szeroką 28. Nie wiem, kiedy ten dom i numer był ważny i w którym wieku? Za moich czasów był to zwyczajny dom. A propos "Widzącego" - to tłumaczenie nie jest dobre, gdyż "widzący" to jest każdy, który nie jest ślepy. Jeśli już, to może przewidywujący albo prorok. Ale ja tak nic nie wiem o nim, nie wiem dlaczego On stał się taki sławny, że aż zaczęli się Nim przechwalać. Kler nigdy mnie nie interesował i nigdy nie wierzyłam w robiących cuda. Ja znałam inny Lublin.

2. Lublin Zahawy Lichtenberg

Urodziłam się w 1920 r. przy ul. Szerokiej 35 i tam mieszkałam do 1936 r. Potem przeprowadziliśmy się na Grodzką 4, co było marzeniem mojej matki, gdyż mieliśmy tam sklep - "Sprzedaż nabiału". Z Szerokiej na Grodzką nie było wcale łatwo biegać po kilka razy dziennie. W domu było czworo dzieci, a w sklepie trudno było pracować samemu ojcu, ponieważ sprzedaż była drobna. Wtedy nie było lodówek. Ludzie przychodzili kupować na moment przed sporządzeniem jedzenia, zwłaszcza latem. Sklep był otwarty od szóstej rano do jedenastej w nocy. Normalnie, według prawa trzeba było zamykać o siódmej wieczorem, ale zawsze ktoś był jeszcze wenątrz sklepu, bo może jakiś klient przyjdzie kupić 5 deko masła, a to kosztowało grosze. Gdyby było zamknięte, to klient może obraziłby się. Policjanci pilnowali zwłaszcza tych "żydków", którzy mieli sklepiki, w których zarabiało się grosze. Gdy ich złapali, to kara była wyższa, niż to, co się sprzedało przez tydzień. Tak się żyło. Za to mieliśmy "rekompensatę", ponieważ na Grodzkiej było wesoło. Nasz sklep znajdował się pod numerem 1, na rogu Grodzkiej i Rynku. Na przeciwko znajdowała się ulica Rybna, ulica, która z pewnością nigdy nie widziała ryby. Grodzka była oświetlona gazem. Wieczorem, kiedy zaczynało się ściemniać, przychodził człowiek z drabinką, dostawiał ją do słupa i zapalał gaz. Robiło się jasno, może kiedyś oglądaliście taką scenę zapalania w kinie. Na przeciwko naszego sklepu, pod numerem 8 była sala tańca państwa Wałachmanów. Na tej samej ulicy znajdowała się druga szkoła tańców, należąca do p. Koll. Później, gdy przeprowadziliśmy się na Grodzką, te dwie szkoły tańca przeniosły się na inne miejce, też tam w okolicy, ale ja dokładnie nie wiem gdzie. Więc muzyka rozchodziła się po całej ulicy. Młodzież tam tańczyła. Myślę, że była to tylko młodzież żydowska, ponieważ młodzież polska nie miała styczności z młodzieżą żydowską. Od czasu do czasu młodzi wyskakiwali na balkon, żeby się trochę ochłodzić. śmiech, pieśni i muzyka roznosiły się po Grodzkiej, przez którą ludzie przechodzili, wracając ze spaceru z Krakowskiego Przedmieścia do swoich domów. Najczęściej jednak spotykaliśmy się na Szerokiej. 3. Ulica Szeroka Jak już wspomniałam, urodziłam się przy ul. Szerokiej 35. Pomiędzy numerami 35 i 33 było przejście, wąska, brukowana uliczka, która prowadziła na ul. Jateczną. Tylna część domu, w którym mieszkałam, wychodziła właśnie na tę uliczkę, a ja miałam widok na "Maharamszul"1 . Widziałam tę bożnicę na zewnątrz. W środku byłam może jakieś ze dwa razy przez cały ten okres, kiedy żyłam w Lublinie. Raz przyprowadzili nas tam jako uczniów szkoły powszechnej na nabożeństwo w intencji Piłsudskiego. Drugiego razu nie mogę sobie przypomnieć. Może to nabożeństwo było właśnie drugiego razu. Natomiast przez tę uliczkę przejeżdżał każdy żydowski orszak pogrzebowy. Nosze ze zmarłym zdejmowane były koło bożnicy, tu odprawiano modlitwę za duszę zmarłego. Potem ciało wkładano na wóz i przez ul. Sienną jechano na Stary Cmentarz żydowski 2. To są moje wspomnienia z dzieciństwa o tej tak popularnej bożnicy. Później, gdy podrosłam, były jeszcze inne wspomnienia. W święta, w Nowy Rok żydowski itd., Żydzi przychodzili do tej bożnicy, żeby modlić się. Razem z nimi przychodzili młodzi chłopcy. Chłopcy pokazywali się jedynie ojcom na oczy, a następnie wykradali się z bożnicy. Pod budynek przychodziły dziewczęta, ponieważ wiedziały, że tam będą chłopcy. I w ten sposób na ulicy robiło się wesoło. Zamiast się modlić, wszyscy flirtowali. Zawsze tak było - chłopcy lubią dziewczęta, a dziewczęta lubią chłopców. Jeśli tak nie jest, to jest to nienormalne. Spędziłam w Lublinie 19 lat mojego życia, więc piszę o Szerokiej, którą ja znałam. Z ulicy Grodzkiej wchodziło się w Bramę Grodzką, którą nazywano także Żydowską. Z tej Bramy wychodziło się na duży most, brukowany kamieniami, tzw. kocimi łbami. Gdy przejeżdżał konny wóż po tym bruku, to po prostu głowę "urywało". Z dwóch stron tego mostu znajdowały się sklepy, a niektóre z nich połączone były od razu z mieszkaniami. Z jednej strony tego mostu, przez całą jego długość, ciągnął się ganek i na tym ganku też znajdowały się sklepy i mieszkania. Właśnie na tym ganku znajdował się lokal Haszomer Hacair, do którego należała "sama najlepsza młodzież"3. Tak przynajmniej mówili w Lublinie . Przechodziło się przez ten most i po prawej stronie zaczynała się ulica Szeroka. Muszę Cię w tym momencie rozczarować. W domu przy ul. Szerokiej 1 mieściła się organizacja Cukunft, młodzieżowa organizacja Bundu 4. Po drugiej, parzystej stronie Szerokiej, pod numerem 16 mieścił się Związek Igły - tzw. "nudł farain". Był to związek zawodowy krawców, ale przychodziła tam też młodzież komunistyczna. Ponieważ działali nielegalnie, więc zawsze szukali miejsca, do którego mogliby się przycisnąć. Trochę dalej znajdował się dom numer 50 - dom z olbrzymim podwórkiem. Zawsze stały tam furmanki z produktami, które chłopi przywozili ze wsi. Z tego podwórka można było przejść na ulicę Nadstawną. Szeroka po mojej stronie, jeśli się nie mylę, miała 49 numerów nieparzystych, a po drugiej stronie 50 numerów. Dalej już nic nie było, tylko brzeg rzeczki. W miejcu, gdzie kończyła się Szeroka, ciągnęła się taka sobie płytka rzeczka. Wody w niej było, jak to się mówiło po polsku, co kot napłakał, ale zimą czasem zamarzała i można było się na niej ślizgać, co nam, dzieciom z ulicy Szerokiej sprawiało dużo radości 5. Za rzeczką zaczynała się już ulica Ruska. Na Ruskiej, na przeciwko Szerokiej mieścił się lokal Związku Stolarzy, Szewców, Kamaszników i Tragarzy. Kilka domów dalej był lokal młodzieżowej organizacji Jumbor, należącej do Poalej-Syjon Lewicy .6 Zapytacie się, dlaczego tak wyliczam różne partie i związki. To jest mój cel, gdy piszę o Szerokiej. Dalej to jeszcze wytłumaczę. Jeszcze raz wracam do mostu, którym wychodziło się z Bramy Grodzkiej. Po prawej stronie, z daleka było widać już Zamek, który był przeklętym przez nas więzieniem. Najwięcej siedziało tam młodzieży żydowskiej. Siedzieli tam tacy, którzy za narzucenie na druty telegraficzne czerwonej flagi, którą potem zdejmowała straż pożarna, otrzymywali dużo lat więzienia i wracali potem, po latach bez płuc itp., ale do tego tematu jeszcze wrócę. Naokoło tego więzienia cisnęły się uliczki, małe, z małymi, biednymi domkami. Ulice Krawiecka, Zamkowa, Podzamcze, Jateczna, Sienna i może jeszcze inne, których już teraz nie pamiętam. Żyli tam, i na Szerokiej, i na Ruskiej, i na Nadstawnej Żydzi, którzy nie mieli żadnej przyszłości. Głównie młodzież bez przyszłości. Żydzi ci byli drobnymi kupcami, krawcami, szewcami itp. W swoim pokoju, najczęściej były to jednopokojowe mieszkania, stawiali maszynę do szycia albo dwie, przyjmowało się jakąś dziewczynę albo chłopca na uczniów i już był warsztat: już był majster. Praca była przeważnie sezonowa, a przez kilka miesięcy w roku ludzie ci byli bezrobotnymi. Bardzo niewiele młodzieży żydowskiej mogło się kształcić, a jeżeli kończyli gimnazjum, to co mogli robić, kiedy nie było żydowskich urzędników w Polsce. Po I wojnie światowej powiały nowe wiatry. Z Rosji rewolucja i komunizm, dla którego miano wiele wiary, ale mało o nim było konkretnych wiadomości. Ludzie wierzyli, że to może rozwiązać problem żydowski. Z drugiej strony syjonizm. Młodzież wierzyła, że trzeba "wywalczyć sobie" Palestynę, należącą wtedy do Anglików. Palestyna była angielska i nikt nawet nie myślał o tym, że istnieje jakiś problem arabski. Młodzież żydowska przestała chodzić śladem swoich rodziców. Przestała wierzyć, że wszystko pochodzi od Boga, przestała chodzić do bożnicy. Dlatego też ja nigdy nie wiedziałam, gdzie na Szerokiej istnieje jakieś miejsce służące do modlitwy. Nie wiedziałam nawet, gdzie modlił się mój ojciec. Będąc w Lublinie nic nie wiedziałam o jakimś "Widzącym" albo Przewidującym. Na prawdę, wiem o nim bardzo mało. Na czym polegała jego wielkość? Najważniejsze było to, że powstały różne partie i rózne ideologie z róznymi odcieniami. Byliśmy młodzi i chcieliśmy z zapałem zmienić wszystko, co tylko można było zmienić, żeby w przyszłości było lepiej. Więc wieczorami wychodziło się z ciasnych mieszkań i przychodziło się do organizacji, które prawie wszystkie mieściły się na Szerokiej. Wieczorem robiło się bardzo wesoło, zaczynały się dyskusje. Każdy chcial przekonać swoją racją. Tworzyły się kółka, parki. Spacerowało się od Szerokiej 1 do Ruskiej. Między młodzieżą kręcili się także policyjni szpicle, a między nimi wyróżniał się przechrzczony Żyd, który nazywał się Ignacy Zynger. Tylko jego pojawienie się rozpraszało grupki. Zynger zawsze powtarzał: "gdzie czwórka, tam jest komórka". Szeroka była najżywszą ulicą. Nawet, kiedy już mieszkałam na Grodzkiej, chodziłam na Szeroką, żeby spotykać się ze znajomymi, pogadać, podyskutować, w ogóle, żeby dobrze spędzić wieczór. 4. Polacy i Żydzi w Lublinie Młodzieży żydowskiej przyjeżdżającej do Polski nie trzeba pokazywać synagog, które przetrwały. Synagogi należały do małej grupy, wierzącej, że przyjdzie Mesjasz, którego pośle Bóg, żeby oswobodził cierpiący naród. A dopóki nie przyjdzie Mesjasz, trzeba modlić się i cierpieć. Wszystkie organizacje syjonistyczne były przez nich wyklęte. Uważali, że trzeba siedzieć w diasporze. Jeszcze dzisiaj uważają, że Holocaust odbył się z woli Boskiej, ponieważ byliśmy grzeszni. Synagogi wychwalają też Żydzi, którzy pozostali w Polsce. Ożenili się z Polkami lub powychodziły za Polaków i myślą, że tym oczyszczą swoje sumienie. Może tej młodzieży należy opowiedzieć o młodzieży żydowskiej w Polsce, która nie miała żadnej przyszłości. Uczniowie u krawców, szewców, praca tylko sezonowa. Zarabiali grosze i kochali Polskę, ale Polacy ich nie chcieli. Nigdy nie byłam na Sławinku, Kośminku, czy Czechówce. Nigdy nie przeszłam z Bramy Grodzkiej przez Podwale, ponieważ to było dla Żydów niebezpieczne. Nigdy też nie byłam na Czwartku. W ogóle nie chodziłam po ulicach, przy których żyli Polacy. Nie miałam po co. Żyłam w Lublinie 19 lat i nie znałam ani jednego Polaka. Ja do powojennego Lublina nie mam żadnego sentymentu. W ogóle mnie nic nie obchodzi, co się tam dzieje. W 1939 r. wyszłam z Lublina i nie było po co do niego wracać. Nie było tu już ani rodziców, ani krewnych, ani ulicy, ani domu. Jedynym, czym może "szczycić się" Lublin, to Majdanek. Jeżeli ktoś pyta się mnie, skąd jestem, a ja powiem, że z Lublina, to wiele osób nie wie, gdzie to jest, ale jeżeli dodać te przeklęte słowo Majdanek, to już wszyscy wiedzą. Dla mnie nigdy nie było i nie ma różnicy między narodami. Kocham wszystkich ludzi dobrych 7.

1. Maharamszul - Synagoga Maharama, mieszcząca się do 1942 r. przy ul. Jatecznej. Była to niewielka synagoga przylegająca do Maharszalszul, czyli Synagogi Maharszala, tzw. Wielkiej Synagogi w Lublinie. Obydwie pochodziły z XVI w., a w okresie likwidacji getta służyły za miejsce zbiorcze dla Żydów deportowanych do Bełżca. Obydwie zniszczone zostały po likwidacji getta lubelskiego. Jeszcze po II wojnie światowej, przez dłuższy czas zachowała się bima z Wielkiej Synagogi. Ostatecznie rozebrano ją w latach 60. Dzisiaj na miejscu Jatecznej i synagog przebiega al. Tysiąclecia. W oryginale wspomnień autorka wspomina, że bożnica nazywała się "Meramszil". W rzeczywistości mowa prawdopodobnie jest o Synagodze Maharszala, jako obiekcie ważniejszym, głównej synagodze gminnej w Lublinie. Prawdopodobnie autorka wspomnień nie wiedziała, że w tym czasie Stary Cmentarz żydowski przy ul. Siennnej był już wtedy od wielu lat nieczynny dla pochówków. Prawdopodobnie kondukt żałobny zmierzał następnie przez ul. Jateczną do ul. Mostowej, bądź Franciszkańskiej i docierał do Nowego Cmentarza żydowskiego przy dzisiejszej ul. Walecznych. Możliwe, że kondukt udawał się także na ul. Sienną, gdzie znajdował się stary dom przedpogrzebowy, gdzie przygotowywano dopiero ciała do pogrzebu i gdzie funkcjonował na początku XX w. niewielki dom modlitwy, należący prawdopodobnie do Bractwa Pogrzebowego.

2.Prawdopodobnie autorka wspomnień nie wiedziała, że w tym czasie Stary Cmentarz żydowski przy ul. Siennnej był już wtedy od wielu lat nieczynny dla pochówków. Prawdopodobnie kondukt żałobny zmierzał następnie przez ul. Jateczną do ul. Mostowej, bądź Franciszkańskiej i docierał do Nowego Cmentarza żydowskiego przy dzisiejszej ul. Walecznych. Możliwe, że kondukt udawał się także na ul. Sienną, gdzie znajdował się stary dom przedpogrzebowy, gdzie przygotowywano dopiero ciała do pogrzebu i gdzie funkcjonował na początku XX w. niewielki dom modlitwy, należący prawdopodobnie do Bractwa Pogrzebowego.

3.Haszomer Hacair - syjonistyczna, o lewicowym zabarwieniu, żydowska organizacja skautowska.

4.Bund - socjalistyczna partia żydowska. Jedna z najsilniejszych w Polsce żydowskich organizacji politycznych, występująca z hasłami autonomii narodowo-kulturalnej dla Żydów w Polsce, przeciwstawiająca się ideologii syjonistycznej i kulturze hebrajskiej na rzecz kultury jidysz. W Lublinie Bund był najsilniejszą partią polityczną po ortodoksyjnej Agudas Isroel.

5. Była to Czechówka, którą zasklepiono dopiero w 1939 r.

6. Poalej-Syjon Lewica była syjonistyczną partią polityczną o najbardziej radykalnej ideologii. Wywodziła się z nurtu marksistowskiego i przedwojenne władze polskie traktowały ją jako organizację komunizującą, a jej zwolenników traktowały wręcz jako komunistów.

7. Zachawa Lichtenberg, z d. Guterman, c. Josefa Gutermana i Chaji z d. Lewin. Ur. 1920 r. w Lublinie. Córka sklepikarza i zarazem mleczarza. W 1939 r. uciekła z Lublina na Wschód. Wojnę przeżyła w ZSRR. Obecnie mieszka w Izraelu - Kibuc Evron koło Nahariji w Galilei.