Ulica Szeroka

Z Strona o Żydach lubelskich

Ulica Szeroka - główna ulica Żydowskiego Miasta w Lublinie, wzmiankowana już pod koniec XV w. Fotografia przedstawia widok na Szeroką w kierunku Starego Miasta. W tle widoczna bardzo wyraźnie Wieża Trynitarska.
Ulica Szeroka - główna ulica Żydowskiego Miasta w Lublinie, wzmiankowana już pod koniec XV w. Fotografia przedstawia widok na Szeroką w kierunku Starego Miasta. W tle widoczna bardzo wyraźnie Wieża Trynitarska.

Gdybyśmy zechcieli dzisiaj zapytać przeciętnego mieszkańca Lublina, gdzie jest, gdzie była ulica Szeroka, prawdopodobnie nie uzyskalibyśmy żadnej odpowiedzi. Pewne grono bywalców staromiejskich kawiarni stwierdziłoby przy tym, że Szeroka znajduje się obecnie przy Grodzkiej, ponieważ są takie osoby, które widząc szyld z nazwą jednej ze znanych lubelskich kawiarni, przyjmują, że jest to właśnie ta ulica. Sam słyszałem, że wiele osób umawiało się nie w "Szerokiej", a właśnie przy Szerokiej. Dla ucha było to miłe, że ktoś wymienia tę nazwę w kontekście ulicy, ale założę się z każdym, że, gdyby tych samych ludzi zapytać, gdzie w rzeczywistości była ulica Szeroka, mieliby niejakie problemy z odpowiedzią.

Umówmy się od dzisiaj, że "Szeroka 28" to tylko nazwa znanej kawiarni, mieszczącej się przy ul. Grodzkiej, a teraz postarajmy się przejść na wyimaginowy spacer po nieistniejącej ulicy Szerokiej - tej bardziej rzeczywistej. Będzie to o tyle ważna czynność, że nawet przed 1939 r. dla wielu polskich mieszkańców Lublina, zwłaszcza tych, którzy mieszkali w eleganckim centrum miasta - przy Krakowskim Przedmieściu, Narutowicza i ich przecznicach lub też w innych dzielnicach, ulica Szeroka była miejscem często równie nieznanym, jak dla nas dzisiaj. Różnica była jedna, przed II wojną światową każdy lublinianin wiedział, że taka ulica istnieje i potrafił ją odpowiednio zlokalizować - Na Żydach. Tej bowiem nazwy w mieście używano już w I połowie XIX w., by określić całe Miasto Żydowskie:

Szeroka. Na Żydach, dobrze zabudowana.

Tak o tej ulicy napisał Seweryn Sierpiński w jednym z pierwszych przewodników po Lublinie, zatytułowanym "Obraz miasta Lublina" i wydanym w 1839 r.

Szeroka, zwana także ulicą Żydowską - a Jidn gas - nazwy tej używali jeszcze przed II wojną światową żydowscy mieszkańcy miasta, stanowiła jedną z centralnych ulic, nie tylko Podzamcza, ale w ogóle miasta od XVI w. - niestety, o tym dzisiaj zdają się nie pamiętać nawet lokalni historycy. To właśnie tędy przebiegał historyczny trakt, zaczynający się od Starego Miasta i biegnący na Ruś, do Włodzimierza Wołyńskiego oraz na Litwę, przez Podlasie, w kierunku Brześcia. Dlatego też od Szerokiej odbiegała ulica Ruska. Dopiero w XIX w. i to w zasadzie w drugiej połowie tego wieku większego znaczenia nabrała rozbudowująca się ulica Lubartowska, która w miarę modernizacji tej części miasta przejęła rolę głównej arterii wylotowej z Lublina na północ.

Do tego czasu oraz do momentu powstania targu na Podzamczu, co nastąpiło w latach 70. XIX w., Szeroka stanowiła centrum handlowe i administracyjne Żydowskiego Miasta, a jednocześnie była częścią handlowego city dla całego Lublina. Kwestia targu na Podzamczu też jest interesująca. Czy ktoś z dzisiejszych mieszkańców miasta wie, pamięta, że targ ten nosił do 1939 r. oficjalną nazwę Targ Żydowski. Targ Polski, na którym nie brakowało również i handlarzy żydowskich, ale bardziej elegancki, mieścił się za Ratuszem, tam gdzie dzisiaj stoi Pomnik Ofiar Getta i gdzie pustką straszy obiekt dawnej kawiarni "Pod Arkadami", w której pomieszczeniach znajdowały się przed wojną jatki z koszernym i niekoszernym mięsem. Znany nam dzisiaj targ na Podzamczu był przeważnie żydowski i jak można dowiedzieć się z relacji handlowano na nim gorszym towarem, przeznaczonym dla biedniejszych warstw ludności.

Tysiące przeszkód i nieprzyjemności czekają na miejskiego turystę przy przejściu przez Miasto Żydowskie.

Pomimo chodników asfaltowych, nawet podczas trwałej pogody trudno jest tu przejść, jak to mówią - suchą nogą - brak systematyczności, porządku, poszanowania cudzej własności i praw przyzwoitości - a nawyknienie do krańcowego niechlujstwa i samowoli, na każdym kroku uwydatnia się na mieszkańcach tej części miasta: na tretoarach zatamowane przejście: - znaczna liczba nosiwodów z kubłami uwija się bezustannie, małe dzieciaki obnażone leżą w poprzek chodników lub też obierają je sobie na miejsce zabawy. Handlarki stoją lub chodzą z różnemi sprzętami i naczyniami napełnionemi pieczywem lub suchemi produktami, inni stoją po kilka lub kilkanaście osób szwargoczą, kłócą się lub handlują: - przy studniach nieustannie bitwa i zbiegowisko: - ze sklepów na ulicę powystawiane stołki, ławki, worki i różne rupiecie: - tam znów na środku chodnika stoi waga z olbrzymiemi worami mąki otoczona tłumem zamączonych tragarzy, gdzie indziej sągi drzewa: - ze sklepików bezwzględnie na przechodzących, wylewają wprost na chodnik nieczystości lub wyrzucają śmiecie: - a żadną miarą nikt ci się z drogi nie usunie, każdy cię szturchnie i nawet zawala ubranie; słowem pragnąc przebrnąć przez Szeroką ulicę, czy to chodnikiem, czy środkiem zawalonym wozami i brykami, potrzeba wiele czasu i narażenia się na okułakowanie boków i zniszczenie porządnego ubrania.

Autor tego, niezbyt pochlebnego "reportażu" z ulicy Szerokiej dotarł także do wspomnianego powyżej ryneczku-skrzyżowania za Bramą Grodzką. Był to mały plac u zbiegu Podzamcza, Szerokiej, Kowalskiej i Cyruliczej:

(...)na którym w każde święto zbiera się wielka liczba wojskowych niższych stopni, handlarzy ulicznych i ludzi prywatnych - tak że nie tylko przejechać, ale przejść nie można. Tu dopełnia się sprzedaż i kupno przechodzonej bielizny, odzieży i butów.

S. Lubicz, Pogadanki miejscowe, "Kurier Lubelski" z 1874 r.

Tak wyglądało centrum Miasta Żydowskiego w II połowie XIX w. w świetle prasy lubelskiej.

Nic też dziwnego, że dla chrześcijańskiego mieszkańca Lublina była to egzotyczna, niezbyt interesująca i rzadko odwiedzana ulica. Czytając XIX-wieczną prasę lubelską, w której poza kilku zasymilowanymi przedstawicielami inteligencji żydowskiej, jak chociażby Henryk Neumanowicz, czy Jakub Goldszmidt, którzy mieszkali zresztą poza Miastem Żydowskim, nie znajdziemy zbyt wielu korespondencji z Szerokiej. Po prostu Polacy tam nie chodzili, bo nie znajdowali dla siebie nic interesującego, a z pewnością czuli się wśród chasydzkiego i ortodoksyjnego tłumu bardzo obco. Wszystko to miało miejsce zaledwie piętnaście minut drogi spacerem z Krakowskiego Przedmieścia, które już było postrzegane jako najelegantsza ulica miasta.

Miasto Żydowskie odkrywano dopiero przy nadzwyczajnych okazjach, jak chociażby ostatnia wielka epidemia cholery, która wybuchła w Lublinie w 1892 r. i największą liczbę ofiar pochłonęła właśnie na żydowskim Podzamczu.

Znaliśmy uwijających się w mieście handlarzy i faktorów - Żydów i Żydówki sprzedające po domach owoce, śledzie, naftę, zbyt dobrze znany jest nam obraz skupującego starą garderobę Żyda, lecz zamknięta w swej ciasnej, ziejącej trującemi oparami dzielnicy masa żydowska, stanowi dla wielu z nas to, co nazywamy terra incognita. Trzeba było dopiero epidemii, która zebrała obfite żniwo wśród nędzy, głodu i ubóstwa, by zrobić wyłom w tym chińskim murze, który zdawał się otaczać zydowską dzielnicę. Odgrodzona od nas wąskim pasem, znanym pod nazwą Bramy Żydowskiej (tj. Bramy Grodzkiej - przyp. R.K.), dzielnica ta ma tak odrębną fizyognomię, że zda się, jak gdyby morza ją od nas dzieliły.

Na pierwszy rzut oka widzimy zbitą masę dorosłych, starców i dzieci, zalegającą chodniki, ulice i zaułki. Nad szarem tłumem uwija się jednolita masa brudnych, obdartych istot, nieznających dotąd użytku mydła i szczotki. Wynędzniałe fizyognomie, rzadko ożywiające się pod wpływem odbieranych wrażeń, wylęknione, przygnębione, wreszcie rozmowy obracające się wokół jednej myśli - zdobywania środków marnej egzystencji - dopełniają niewesołego obrazu. Z ulicą nie rozstają się w ciągu dnia ani na chwilę. Zastępuje im ona restaurację, giełdę, aulę do przyjęć towarzyskich, gabinet dla pogawędki, szkołę, resursę, teatr...

Po tego typu opisach trudno było przypuszczać, że mieszkańcy Śródmieścia, zwłaszcza Polacy, nie mieli ochoty zapuszczać się na zdegradowane Podzamcze, chociaż na każdej żydowskiej ulicy mieszkało zazwyczaj kilka polskich rodzin, równie ubogich, jak ich żydowscy sąsiedzi. Były to rodziny stróżów w żydowskich domach, trochę ubogiej służby.

Ulica Szeroka była także ulicą mówiącą w II połowie XIX w. po żydowsku. Tu nie było potrzeby łamania sobie języka ani polskim, ani rosyjskim. Nawet szyldy na sklepach w wielu przypadkach posiadały jedynie żydowskie napisy, a jeżeli znalazł się bardziej ambitny kupiec i próbował obok żydowskiego szyldu umieścić jego polski odpowiednik, wtedy niejednokrotnie narażał się na kompromitację z powodu słabej znajomości języka polskiego. Nierzadko można było spotkać takie kwiatki, jak chociażby ten, przytaczane przez "Gazetę Lubelską" w 1904 r., której dziennikarz lub korespondent znalazł szyld, na którym brzmiała następująca informacja: "Sprzedasz węgiel kamiennych i Drewnianych i koks kowalskie". Był to całkiem inny świat od tego, który można było spotkać już na Starym Mieście, czy przy Krakowskim Przedmieściu. Był to świat, który rzadko kontaktował się z sąsiadami z eleganckich, chrześcijańskich dzielnic.

Ulica Szeroka, jako reprezentacyjna dla Miasta Żydowskiego, zawsze była szeroka i przy tym pełna ludzi. Tu znajdowało się także kilkanaście synagog i prywatnych domów modlitwy. Owa arteria gęsto zabudowana była dwu lub trzypiętrowymi kamienicami, których metryki sięgały niejednokrotnie XVII i XVIII w., chociaż już przed wojną trudno było dopatrzyć się w nich cech obiektów zabytkowych, a to na skutek wielokrotnych zmian architektonicznych, przebudówek, dobudówek, a przede wszystkim zapuszczenia i braku odpowiedniej opieki. Na Szerokiej mieszała się szara rzeczywistość ubogiej i zdewastowanej dzielnicy żydowskiej z jej legendarną świetnością z czasów staropolskich.

W lubelskich legendach krążyły informacje, że w kamienicy przy Szerokiej 19 zbierał się sejm żydowski - słynny Sejm Czterech Ziem (Waad Arba Aracot, zwany także Waad Gromnic, ponieważ jego obrady organizowano w okresie wielkich jarmarków lubelskich, odbywających się w katolickie święto Matki Boskiej Gromnicznej - tak to tradycja chrześcijańska mieszała się z życiem żydowskim). Po raz ostatni żydowski parlament zebrał się przy Szerokiej w 1682 r.

W XVI i XVII w. Szeroka dla lubelskich Żydów była tym samym, czym dla chrześcijan Rynek na Starym Mieście - najbardziej pryncypialnym miejscem, przy którym zamieszkiwali najbardziej szanowani członkowie miejscowego kahału. Tu swoje domy stawiali kupcy, uczeni, rabini, bankierzy i doktorzy. Wystarczy wspomnieć adres Szeroka 2, gdzie do okresu II wojny światowej funkcjonowała Synagoga Kotlarska (Kotler-szul), zwana także Synagogą Hirsza Doktorowicza, postaci niepospolitej. Hirsz Doktorowicz w I połowie XVII w. był nadwornym faktorem króla Władysława IV, otoczonym przez monarchę osobistą opieką i zaufaniem. W dowód wdzięczności dla zasług tego lubelskiego Żyda, Władysław IV nie tylko zezwolił mu w 1638 r. na wybudowanie własnej synagogi, ale także zakazał lubelskiej gminie mieszania się do jego działalności. Niestety, mimo opieki króla, Hirsz Doktorowicz nie miał szczęścia do chrześcijan lubelskich, którzy podczas jednego z tumultów, w 1641 r. zdemolowali mu doszczętnie dom. Bo Szeroka była też ulicą, która swoją zamożnością budziła zazdrość nieżydowskich mieszkańców miasta. Największy bodajże tumult miał na niej miejsce w 1646 r. i zorganizowany został przez studentów lubelskiego Kolegium Jezuickiego. Zginęło wówczas 8 Żydów, a 50 zostało rannych, nie licząc zdemolowanych sklepów i mieszkań. Żydzi stawili opór - w zachowanych dokumentach sądowych tej sprawy znajdują się także obdukcje poszkodowanych chrześcijan. Nie piszę tego, by wskazać, że być może źle żyło się przy ulicy Szerokiej - z pewnością tak nie było, chociaż bycie Starozakonnym w dawnej Rzeczypospolitej wiązało się z pewnym ryzykiem. Raczej między bajki należy włożyć słynne powiedzenia, że Polska była paradisus Judaeorum. Mimo sytuacji konfliktowych i oskarżeń, wśród których najczęstszym było mówienie o żydowskiej przewrotności lub o wiele gorszym, wskazujących na wyznawców wiary mojżeszowej jako wrogów chrześcijaństwa, ci sami Żydzi okazywali się być potrzebni, bo to oni napędzali gospodarkę krajową. Nie inaczej było w Lublinie, a być może miasto nasze było jednym z najwybitniejszych przykładów wielkiego ośrodka żydowskiego, już nie tylko na skalę Rzeczypospolitej, a cieszącego się sławą europejską - "żydowski Oxford", "Jerozolima Królestwa Polskiego" - ileż do dzisiaj zostało z tego w pamięci?

To właśnie przy Szerokiej funkcjonowały w okresie staropolskim słynne drukarnie hebrajskie, a przy sąsiedniej Jatecznej, gdzie nad Żydowskim Miastem wyrastał dach głównej synagogi Maharszalszul, promieniowała sława jesziwy, założonej w XVI w. przez Salomona Lurię, do której ciągnęli żydowscy studenci z całej Europy, by pobierać nauki od najwybitniejszych rabinów i uczonych w Piśmie.

Jeszcze przed wojną istniała jeszcze pamięć o owych drukarniach; być może w którejś z nich opublikowano na początku XVII w. słynną "Cene urene", pierwszy modlitewnik dla kobiet, najpopularniejszą księgę w języku jidysz, która do dzisiaj doczekała się około 250 wydań, również w językach hebrajskim i angielskim. Do dzisiaj historycy literatury żydowskiej spierają się, czy księga ta została po raz pierwszy wydana w Lublinie, czy też w Janowie Lubelskim, ale z pewnością kolejne wydania wychodziły z oficyn w samym Lublinie. Jej autorem był Jakub syn Izaaka Aszkenazy z Janowa Lubelskiego. Jego dzieło jest jednym z największych polskich wkładów do dziejów literatury żydowskiej na świecie. Po "Cene urene" tenże sam autor opublikował w jidysz komentarz do "Pięcioksięgu" dla mężczyzn - "Mejlic jojszer", bo żydowscy mężczyźni woleli czytać w jidysz i nawet będąc absolwentami jesziwy, mając na głowie troski związane z utrzymaniem rodziny, zapominali hebrajskiego.

Tak o pamięci tych drukarni pisał jeszcze w 1945 r. żydowski dziennikarz i literat, rodem z Kazimierza Dolnego, Samuel Leib Schneiderman:

Zapomniane i pokryte kurzem stoją pozostałości starodawnych drukarni, przed setkami lat za zezwoleniem polskich królów zakładanych.

Podobnie jak pędzenie gorzałki, było też drukowanie ksiąg żydowskich przedmiotem monopolu. Zdobyć go udawało się tylko bogaczom i tym, którzy zyskali szczególną łaskę wojewody czy starosty.

Pierwszy wyłączny monopol na drukowanie świętych ksiąg żydowskich w Polsce przyznano w 1559 roku drukarzom lubelskim, Chaimowi, synowi Izaaka i Annie, córce Józefa, jak głosi przywilej królewski, pisany po łacinie(...).

Po dziesięciu latach inny Żyd lubelski, Kałmen, syn Mordechaja, uzyskał podobne zezwolenie od króla Batorego. Potem tradycja udzielania monopoli w drukarstwie coraz bardziej zanikała i coraz częściej powstawały w Lublinie żydowskie drukarnie, słynące na cały świat.

Spod drewnianych, gutenbergowskich pras wychodziły najpiękniejsze modlitewniki, księgi rabiniczne i chasydzkie, wykonywane przez zecerów-artystów w skąpym świetle małych okienek lub kopcącej lampki oliwnej.

Wcześnie rozkwitła w Lublinie żydowska sztuka drukarska. Dziś pozostały po niej ledwo dostrzegalne ślady. Te same modlitewniki według starych lubelskich wzorów drukuje się dziś w Warszawie na automatycznych maszynach i sprzedaje na wagę - dziesiątki, setki kilo.

Ostatnie starodawne drukarnie lubelskie stoją zapomniane i pokryte kurzem. Na drewnianych półkach leżą jeszcze szerokie, najrozmaitszym szryftem przemyślnie złożone kolumny świętych ksiąg. Potomkowie małomiasteczkowych rabinów z okolic Lublina oddawali je do druku, zostawiając zadatek wraz z rękopisami. Zdarza się czasem, że wzbogacony wnuk któregoś z tych rabinów przybywa z Londynu czy Nowego Jorku i każe wykończyć książkę swego dziadka. Kilku zecerów staje wtedy nad niepomiernie wielkimi kasztami. Od świtu do późnej nocy składają suche komentarze, półokrągłymi wierszami, gęstym maczkiem spisane na dużych pożółkłych arkuszach.

Samuel Leib Schneiderman, Od Nalewek do wieży Eiffla, Nowy York 1945, przedruk za "Stary Lublin", w: "Midrasz. Pismo Żydowskie", Nr 7-8, lipiec-wrzesień 1999, s. 82-83.

Tekst ten dotyczy oczywiście okresu jeszcze międzywojennego, ale już czuć w nim nutkę legendarności, zaledwie ulotnego wspomnienia, które nie dotarło do świadomości dzisiejszych lublinian. Nie ma już bowiem ulicy Szerokiej z jej synagogami, drukarniami, piekarniami i sklepikami. Nie ma już ludzi, którzy mogliby stać się nośnikami legendy, tradycji i faktu.

Chciałbym, żebyśmy przeszli teraz ulicą Szeroką, pozbawioną świetnych tradycji i magiczności, chociaż dla wielu , jeszcze do dzisiaj sam adres Szeroka 28 ma magiczny zakres.

Czym była ta ulica w ciągu ostatnich stu lat, jeszcze przed jej zniszczeniem i wydarciem ze zbiorowej pamięci? Niewątpliwie nadal stanowiła centrum handlowe, z jej Psią Górką u zbiegu Szerokiej, Grodzkiej, Kowalskiej i Podzamcza, gdzie handlowano starzyzną, ze sklepami, może bardziej zamożnymi niż przy Krawieckiej i Podzamczu, ale już bez tego eleganckiego zacięcia bogatszej konkurencji przy Lubartowskiej. Ruchliwa, pełna wozów, przechodniów, sprzedawców, niosących swój lichy, groszowy towar w otwartych walizkach. Jednocześnie w piątkowe wieczory zamieniała się w ulicę świąteczną, bo tu zmierzali lubelscy chasydzi do bóżnicy Jakuba Izaaka Horowitza-Szternfelda - "Widzącego z Lublina". Jeszcze w I połowie XIX w. miejsce to promieniowało sławą wielkiego cadyka - wszak była to pierwsza oficjalnie funkcjonująca chasydzka synagoga w całym Królestwie Polskim, założona przez samego Choze jeszcze w 1794 r. W okresie międzywojennym zdegradowała się do roli zwykłej bóżniczki "dla modlących się w biegu". Tu zawsze był minian i zawsze można było znaleźć chętnych do dyskutowania nad zawiłościami świętych ksiąg.

Tłumy miejscowych i prowincjonalnych chasydów zalegały przed kamienicą Szeroka 40, gdzie mieścił się dom i bóżnica cadyków z lubelskiej dynastii Eigerów, założonej w połowie XIX w. przez Judę Lejba Eigera - "Płaczącego Rebe", wnuka Akiby Eigera, Gaona Poznańskiego i syna Salomona Eigera, rabina kaliskiego oraz członka Komitetu Starozakonnych w Warszawie. Ulica czerniała wtedy od kapot rzesz wiernych, którzy przybywali do swojego cadyka, by spędzić z nim święto.

Jego sława i wpływ na współwyznawców były tak wielkie, że docenili to nawet chrześcijanie. Gdy w 1888 r. zapadł na śmiertelną chorobę, o jego stanie zdrowia informowała nawet "Gazeta Lubelska", zazwyczaj niezbyt przychylna miejscowym Żydom. Gdy zmarł, ta sama gazeta wystawiła mu ciepły nekrolog: Zmarły był doskonałym znawcą nauk kabalistycznych, nad któremi pracował nieustannie, odznaczał się uczciwością i umiejętnością godzenia stron zwaśnionych, miał też dużo wielbicieli i pozostawił po sobie pamięć dobrą nie tylko wśród swoich współwyznawców, ale i chrześcijan, którzy go znali bliżej. Kilkunastotysięczny orszak odprowadził wczoraj do miejsca wiecznego spoczynku zmarłego rabina, a nie było takiego z pomiędzy Żydów tutejszych, któryby nie znajdował się na pogrzebie. Sklepy żydowskie podczas pogrzebu były zamknięte na znak żałoby.

"Gazeta Lubelska", R. 13, Nr 27 z dn. 25 I/ 4 II 1888 r.

Dom, synagogę i wyznawców przejęli po nim jego syn i wnuki. Ostatnim lubelskim rebe był Szloma Eiger, który pozycję dziadka i ojca zdobył przy Szerokiej za pomocą swoistego dworskiego zamachu stanu, odsuwając swojego brata, Ezriela Meira, od dziedziczenia stanowiska. Podzielił lubelskich chasydów - odtąd zwolennicy Eigerów modlili się w dwóch miejscach - przy Szerokiej 40, ci od reb Szlomy i przy Kowalskiej 4, w wielkim podwórku, istniejącym do dzisiaj, a wtedy nazywanym "Fejgele Abraham Lajzers Hojf", ci od Ezriela Meira. Na koniec Szloma Eiger został następcą rabina Meira Szapiro, przejmując po nim, już za jego błogosławieństwem, stanowisko rektora Jesziwas Chachmej Lublin.

Czyż nie odbiera się dzisiaj tych informacji, jak sygnałów z bardzo dalekiej przeszłości, a dodatkowo dla większości współczesnych czytelników, jako bardzo egzotycznych? Czy wszystkie te miejsca nie są aż za bardzo odległe, nieznane, może wręcz obce, których współczesna percepcja nie jest w stanie przyjąć, przetrawić i w końcu zaakceptować jako cząstki wspólnej tożsamości? Odpowiedź pozostawiam czytającym.

Szeroka biedniała z końcem swojego żywota. Już w połowie XIX w. opuścili ją najzamożniejsi lubelscy Żydzi, przenosząc się na Stare Miasto, Lubartowską czy wreszcie do nowego centrum - na Krakowskie Przedmieście. Tu zostali ci ubożsi, religijni, wielodzietne rodziny, utrzymujące się z drobnego handlu, rzemiosła lub nie wiadomo z czego (z powietrza?) żyjące wspomnieniem lepszych czasów. Nawet domy i chodniki wykoślawiły się. Bo Szeroka, obok Kowalskiej, mogła poszczycić się w latach 80. XIX w. brukiem, którego brakowało przy innych żydowskich ulicach i zaułkach, tonących w błocie. Ale nawet i tu bruk ten był mało elegancki. W każdym razie zbyt mało, by mógł przyciągać zamożniejszych mieszkańców miasta.

Szeroka degradowała się z każdym rokiem. Mimo, że do eleganckiego centrum szło się stąd zaledwie dziesięć-piętnaście minut, to droga ta mogła się wydawać przemarszem przez całe pokolenia. Przy Szerokiej żyło się przed wojną ciężko. Po wodę chodziło się do dwóch studni - jedna znajdowała się w pobliżu Bramy Grodzkiej, druga zaś bliżej Ruskiej. Ta druga przetrwała do dzisiaj, stojąc samotnie przy placu manewrowym Dworca PKS i świadcząc o nieistniejącej już ulicy. Nikt nawet, przechodząc obok niej współcześnie, nie zdaje sobie sprawy, że jest to jedyna pozostałość po niegdysiejszej głównej ulicy Żydowskiego Miasta. Wodę kupowało się na wiadra: jedno wiadro - 1 grosz. Jeszcze gorzej było z kanalizacją - jedna, brudna, ciągle zapchana ubikacja w podwórku musiała wystarczać dla wszystkich mieszkańców dużej kamienicy, a często nawet dwóch kamienic, jak w przypadku tych, których frontony wychodziły na Szeroką, a oficyny stanowiły fronton od Zamkowej. Nic też dziwnego, że trudno było tutaj zachować najbardziej elementarne zasady higieny. Na nowinki architektoniczne i sanitarne zazwyczaj brakowało pieniędzy, bo większości mieszkańców nie stać było na zapłacenie czynszu.

Zachowane w lubelskim Archiwum Państwowym akta pełne są dokumentów obrazujących codzienne bolączki mieszkańców Szerokiej, ich konflikty z właścicielami, miejskimi służbami sanitarnymi czy też architektonicznymi. Nic z magii, której chciałoby się dzisiaj poszukać. Ot, weźmy na przykład dom przy Szerokiej 24. Kamienica pochodziła z XIX w., a więc jak na metrykę tej ulicy, była stosunkowo młoda, ale jej stan przypominał czasy zamierzchłego średniowiecza. Gęsto zamieszkały dom - w 1940 r. żyło tutaj 45 osób (ilość niezbyt imponująca, jak na Szeroką, bywały tu bowiem domy, w których żyło ponad 100 lokatorów) - na dwuizbowe mieszkanie zaadaptowano nawet balkon, ale niestety, w 1934 r. pomieszczenia te zawaliły się. Dom pozbawiony był najbardziej elementarnych urządzeń sanitarnych. Ubikację zastępował dół kloaczny znajdujący się w podwórzu, osłonięty szopą. Chociaż w mieszkaniach znajdowały się zlewy na nieczystości, to i tak były one zawsze zapchane, więc mieszkańcy musieli wylewać wszystko na podwórko lub do rynsztoków, bezpośrednio na ulicy. Widok i zapach z pewnością nie zachęcał do zwiedzania tych miejsc. Tak było w większości domów przy tej ulicy. Jeszcze gorzej sytuacja przedstawiała się w bocznych ulicach.

Za luksusowe mogły uchodzić najstarsze domy, stojące bliżej Bramy Grodzkiej, gdzie co prawda przegniłe schody groziły zawaleniem się, ale funkcjonowały za to wodociągi i światło elektryczne. W każdej z tych kamienic gnieździły się także sklepy, zakłady rzemieślnicze i składziki - nie brakowało tutaj lokali sprzedających wszystko. W jednym domu można było zaopatrzyć się w przybory galanteryjne, szewskie, kupić żywność i węgiel na opał. Wszystko za grosze i w nienajlepszym gatunku.

Szeroka była całkowitym zaprzeczeniem polskiego mitu o zamożności wszystkich Żydów. Tu nawet kamienicznicy nie różnili się niczym od swoich niezamożnych lokatorów. Zazwyczaj jeden dom miał po kilku właścicieli. Rekordzistką pod tym względem była kamienica przy Szerokiej 34, która w 1936 r. posiadała aż 12 właścicieli: rodzina Goldbrantów - Zelman, Cudyk, Wolf, Aron i Frymeta, Dawid Furhang, Brucha Kerszenbaum, Lejzor Granetsztajn. Moszek Klar, Froim Fiszelman, Wolf Tiszlerman i Gmina Żydowska. W całym domu mieszkało w tym czasie128 lokatorów, w tym tylko trzech Polaków. Można było się szczycić tytułem własności, ale nic poza tym nie mieć. Zazwyczaj ratunkiem dla rodziny było otwarcie groszowego sklepu lub zakładu rzemieślniczego, by przynajmniej z niego mieć dochody, skoro poza problemami z lokatorów nic się nie miało.

Jest to ten mniej znany obraz ulicy Szerokiej, dla dzisiejszych lublinian równie egzotyczny, jak dawni mieszkańcy tej ulicy.

Jednocześnie Szeroka miała swój koloryt. Na ulicy tej toczyło się nie tylko życie handlowe lub codzienna wegetacja jej niezamożnych mieszkańców. W święta religijne, odświętnie ubrani Żydzi, wśród których nie brakowało też tych w tradycyjnych kapotach i sztrajmlach - kapeluszach obszywanych futrem, dostojnie kroczyli do swoich synagog i sztiblech - chasydzkich domów modlitwy. Tu swoje izdebki mieli chasydzi lubelscy, parysowscy i bełżyccy. Przy Szerokiej istniały też trzy gminne synagogi: wspomniana Hirsza Doktorowicza - "Kotler-szul", przy Szerokiej 3 niewielka bóżnica urzędników handlowych - "Mszorsimszul" i wreszcie w domu pod numerem 44 synagoga Parnas, założona jeszcze w XVIII w. przez Abrahama Heilperna, przedostatniego marszałka Sejmu Czterech Ziem.

Inny obraz można było oglądać w żydowskie święta narodowe. Wtedy to przez Szeroką maszerowały zwarte szeregi żydowskich skautów, niosąc sztandary swoich organizacji. Tu też odbywały się wiece polityczne rozlicznych partii. Rozpolitykowana młodzież żydowska dyskutowała o syjonizmie, socjalizmie, komunizmie i ideach narodowych. Każda ideologia była lepsza od szarego życia na lubelskim Podzamczu. Nawet ci, którzy pochodzili z najbardziej tradycyjnych rodzin, chłonni byli najświeższych ideologii ze świata.

Cała ta barwna mozaika ludzi, a potem stare domy przestały istnieć w ciągu zaledwie pięciu lat II wojny światowej. Szeroka od 1941 r. stała się centralną ulicą lubelskiego getta, jeszcze bardziej zagęszczoną z powodu napływu mas wysiedlonych lubelskich Żydów z innych części miasta. Sklepy i synagogi zamieniono na przytułki dla wysiedlonych z miasta i z innych części Polski. Ulicę Szeroką odkryli wtedy w zupełnie innym wymiarze ci żydowscy mieszkańcy miasta, którzy z racji swojej zamożności mieszkali przez całe lata w eleganckim centrum. Teraz, wyrzuceni ze swych komfortowych mieszkań, wrócili z przymusu i hitlerowskiego nakazu do środowiska, z którego wcześniej uciekali. Bieda przy Szerokiej stała się jeszcze bardziej wyrazista i nie kryła się już za murami kamienic. W marcu i kwietniu 1942 r. większość mieszkańców Szerokiej wywieziono do obozu zagłady w Bełżcu. Pobliska synagoga Maharszala stała się punktem zbornym dla tysięcy deportowanych. Po zagładzie ludzi przystąpiono do zagłady ich domów. Trwała ona zdecydowanie dłużej, niż wyniszczenie mieszkańców Szerokiej.

Mało kto wie, że cyklicznie wyburzana od 1942 r. ulica Szeroka, fragmentami istniała jeszcze w 1950 r. Stało tu kilka domów, które zamieszkiwali już sami Polacy. Niektóre kamienice zawaliły się same, jak chociażby dom przy Szerokiej 1, który z powodu starości częściowo runął w dniu 15 lutego 1943 r.

Zagłady serca Żydowskiego Miasta hitlerowcy na początku dokonywali rękami części jego mieszkańców. Kolumny żydowskich więźniów z małego getta na Majdanie Tatarskim i z obozu koncentracyjnego na Majdanku przychodziły tutaj do 1943 r., by wyburzać dom po domu. Niszczono święte księgi, meble i zwykłe pamiątki po ludzkim życiu. Potem akcję tą prowadzono przy pomocy polskich robotników. Dzielnica, a wraz z nią jej główna ulica zamieniały się w jedno wielkie rumowisko. Miastu wycinano część jego najstarszej tkanki. Czy ktoś po niej zapłakał? - Chyba tylko te osoby, które usiłowały zamieszkać w tej dzielnicy, gdy zabrakło jej pierwotnych mieszkańców.

Niszczenia tej części miasta nie zaprzestano z końcem wojny. Jeszcze w 1950 r. w Lublinie można było znaleźć resztki ulicy Szerokiej. Chyba ostatnim adresem przy tej ulicy był dom pod numerem 5, pierwotnie przylegający do ulicy Zamkowej. Była to niewątpliwie zabytkowa kamienica, licząca ponad 200 lat w 1940 r. Przed wojną należała do "niepiśmiennego Chemii Kormana". Od 1943 r. zamieszkiwali ją sami Polacy, a przedtem prawie sami Żydzi - 57 osób i oprócz nich 4 chrześcijan. Mieściły się tu dwa sklepy i piekarnia. Ta ostatnia prowadzona już w getcie lubelskim przez Szlomę Gitelmana. Ostatni mieszkańcy Szerokiej - ci żydowscy z pewnością zostali zamordowani. Czy udałoby się dotrzeć do tych polskich? Do tych, którzy chociaż na moment usiłowali ożywić ten fragment ginącego miasta?

Nie ma już ulicy Szerokiej. Definitywnie skończyła się w 1954 r., gdy na jej miejscu powstał Plac Zebrań Ludowych, obecnie Plac Zamkowy. Można doszukiwać się jej w otaczającej plac architekturze, która podobno miała nawiązywać do kształtu istniejących tu niegdyś domów. Nie ma kamienic, ludzi i od wielu lat pamięci.

Wejdźmy więc na ten pusty plac i chociaż przez chwilę pobądźmy na nieistniejącej ulicy. Może chociaż w ten sposób uda się przywrócić jej cząstkę, chociażby ulotne wspomnienie okaleczonej historii miasta.

Robert Kuwałek