Tu już nie ma nic z Singera ...
Z Strona o Żydach lubelskich
Do Biłgoraja ciągnęło mnie od dawna, zwłaszcza po napisaniu i opublikowaniu genealogii rodu Isaaca Bashevisa Singera oraz artykułu o jego dziadku, biłgorajskim rabinie Jakubie vel Jankielu Mordce Zylbermanie. Chciałem skonfrontować rzeczywistość z historycznymi informacjami. Mimo, że w okolicach Biłgoraja bywałem wielokrotnie, przy okazji różnych wyjazdów, przez samo miasto jedynie przejeżdżałem i prawdę mówiąc niewiele mi to dało. Z okien autobusu widziałem jedynie nową zabudowę, ani śladu dawnego żydowskiego Biłgoraja. Nic mi to nie mówiło. Znajomi, którzy znają Biłgoraj sami stwierdzali, że nic tam nie znajdę, ponieważ jest to nowe miasto, pozbawione dawnego ducha. Jednak moje postanowienie było silniejsze, zwłaszcza, że przez panią Agatę Sagan z Warszawy, z którą koresponduję za pomocą e-maila, udało mi się nawiązać kontakt z jej Babcią, panią Marią Sagan, rodowitą mieszkanką Biłgoraja, która pamięta dawne miasto. Wcześniej były jeszcze poszukiwania w bibliotekach, by znaleść chociaż jakieś strzępy informacji na temat rodzinnego miasta matki żydowskiego pisarza. Udało mi się zebrać nieco materiałów i napełniony tą wiedzą wybrałem się do Biłgoraja w grudniową niedzielę, przed świętami Bożego Narodzenia. Jechałem, by spotkać się z panią Marią Sagan, ale też, by schodzić Biłgoraj i znaleść coś, co łączyłoby współczesność z historią. Jakikolwiek ślad po Singerze lub żydowskiej społeczności. Żałowałem, że nie miałem czasu, by po drodze zatrzymać się chociaż na chwilę w Goraju lub Frampolu, dawnych żydowskich miasteczkach, które znalazły się na kartach powieści i opowiadań Isaaca Bashevisa Singera. Bo to przecież i "Szatan w Goraju", uważany przez wiele osób za najlepszą powieść noblisty. Frampol, jako tło występuje w opowiadaniu "Gimpel-Głupek". Jednak mijając te miejscowości, nawet z okien autobusu nie zrobiły one na mnie większego wrażenia. W Goraju wokół rynku stały tylko nowe domy. Singerowski Szatan nie miałby czego tam szukać, zwłaszcza po II wojnie światowej, gdy miejscowi Żydzi zostali wymordowani w tak okrutny sposób, że moce piekielne chyba nie byłyby w stanie sobie tego wyobrazić. Frampol jest też nowym miastem. We wrześniu 1939 r. hitlerowskie lotnictwo wybrało sobie to miasteczko na cel dla ćwiczebnego nalotu. Regularny układ rynku i ulic gwarantował, że można było przećwiczyć skuteczność niszczenia całych skupisk ludzkich. Rzeczywiście, miasto spłonęło w ciągu jednego dnia. Tu też wymordowano całą społeczność żydowską. Dokonano tego na miejscowym cmentarzu żydowskim, w masowej egzekucji. Cmentarz wojnę przetrwał, a nawet zaopiekowała się nim młodzież z miejscowej szkoły. Można na nim znaleść macewy nawet z XVIII w. Nie ma tylko dawnego ducha prowincjonalnego sztetl - żydowskiego miasteczka, którego mieszkańców wraz z ich namiętnościami, przywarami, mądrością i głupotą wskrzeszał w swoich opowiadaniach Isaac Bashevis Singer czy wcześniej przed nim, jeden z ojców literatury w języku jidysz, zamościanin, Icchak Lejbusz Perec. Dawny nastrój maleńkiego Frampola można znaleść nawet u Marii Dąbrowskiej, która była tu w latach 20. i swoje wrażenia opisała w opowiadaniu "Czas zatrzymał się we Frampolu". Może, kiedyś, gdy będę miał więcej czasu uda mi się i w tych miasteczkach znaleść coś z ich dawnego ducha. Nawet, jeżeli ten duch pozostał jedynie w ludzkich wspomnieniach, jak chociażby w opublikowanej niegdyś na łamach "Kameny"legendzie o pięknej karczmarzównie Esterce, która zakochała się w "goju"i na rok przed wybuchem wojny uciekła z domu. Podobno jej dusza błąka się do dzisiaj na wzgórzu pod Frampolem i płacze. Biłgoraj przywitał mnie słoneczną pogodą, topniejącym śniegiem i tłumami ludzi na ulicach. W przedświąteczną niedzielę ludzie robili generalne zakupy na Boże Narodzenie. Tak też było chyba i dawniej, gdy w mieście większość handlu znajdowała się w żydowskich rękach. W soboty miasto, jak i setki innych miasteczek w Polsce, zamierało, a Żydzi świętowali szabas. W niedzielę, mimo nawoływań katolickich moralistów, żydowskie sklepy i sklepiki otwierały się, a chrześcijanie po mszy w kościele robili zakupy. Teraz też, mimo że moraliści nawołują do świętowania niedzieli, polski kapitalizm, nawet bez Żydów, jest silniejszy. Niedzielnym rytuałem stały się zakupy, zwłaszcza przed świętami. Klucząc po całkiem nowych ulicach nie mogłem dostrzec niczego, co mogłoby przypominać stary Biłgoraj. Niby był Rynek, jakieś domy i sklepy, pawilony, wszystko nowe. Nawet kościół z boku Rynku wydawał się być nowy. Dopiero w bocznych uliczkach znalazłem kilka domków chylących się ze starości. Łatwiej je można porównać do chatek, niż do normalnych domów. Czy to miał być ten Biłgoraj, którego szukałem? Rynek był dookoła otoczony przeważnie murowanymi, jednopiętrowymi domami. Na środku Rynku usytuowany był Magistrat, również jednopiętrowy, od strony północnej i południowej, tuż przy Magistracie były małe żydowskie sklepiki, bardzo ubogie. Miały ceglaną podłogę, oświetlenie naftowe, a nawet świecowe, posiadały trochę na półkach towarów spożywczych lub z branży odzieżowej, albo tylko naftę, mydło i świece. Pieców te sklepiki nie miały. Zimą sprzedawcy grzali sobie dłonie nad żelaznymi garnkami, wypełnionymi żarzącymi się węglami drzewnymi. Ponieważ Rynek nie był wybrukowany, więc rosła na nim miejscami trawa i stały kałuże - pasły się na nim żydowskie kozy i popijały wodą. Stefania Kwiecińska, Biłgoraj mojego dzieciństwa, w: Tygodnik Zamojski, Nr 26 (1987). Dzisiaj nie ma już w Rynku żydowskich sklepików, bo i samych Żydów tu nie ma. Ulice są wybrukowane, a istniejące zakłady handlowe świadczą raczej o zamożności Biłgoraja. Nie uświadczy się tu kóz, kupców wystających godzinami w oczekiwaniu na klienta, beczek z naftą. Za to ruch w centrum miasta spory, świadczący o przedświątecznej gorączce zakupów. Singer z pewnością nie poznałby miasta swojej matki, w którym sam często bywał, przyjeżdżając do dziadków. Z każdą chwilą spaceru utwierdzałem się w przekonaniu, że chyba nie znajdę tego, co szukałem. Po drodze na żydowski cmentarz znalazłem tylko jeden ślad wielokulturowości - kościół św. Jerzego, który architekturą od razu przypomina dawną cerkiew. Jest to pozostałość po początkowo unickiej cerkwi, ufundowanej jeszcze w XVIII w., a po powstaniu styczniowym zamienionej na prawosławną. Funkcję kościoła katolickiego pełni od 1919 r., chociaż w samym Biłgoraju i jego okolicach Ukraińcy - tu wyznawcy prawosławia - mieszkali jeszcze do okresu II wojny światowej. Wreszcie dotarłem na cmentarz żydowski - kolejny ślad po wielokulturowości miasta i jedyny chyba po obecności Żydów. Oddalając się od tłumnego targu, całkiem na uboczu, już poza domami mieszkalnymi, a wśród budynków przemysłowych, na niewielkim wzniesieniu znajduje się w zasadzie tylko fragment tego, co zostało z kirkutu. Zaraz za żelaznym parkanem zaczyna się bowiem teren jakiegoś zakładu, a sam obszar cmentarza jest niewielki. Za mały, jak na ludny niegdyś Biłgoraj. W centrum cmentarza znajduje się pomnik, upamiętniający zagładę biłgorajskich Żydów. Niewielkie lapidarium z wmurowanych w ceglaną ścianę fragmentów macew, na których do dzisiaj pozostały ślady interesującej symboliki i kolorowego zdobienia. Na całym obszarze znajduje się zaledwie kilkanaście nagrobków, ale niektóre z nich porażają wręcz naiwną, chociaż przykuwającą uwagę płaskorześbą. Chyba nie stoją na swoim dawnym miejscu, bowiem z dostępnych mi przekazów wiadomo, że obydwa cmentarze żydowskie w Biłgoraju zostały zniszczone przez hitlerowców:
Wchodząc do miasta, wypełniony byłem rozpaczą. Urodziłem się w Biłgoraju i mieszkałem tu przed wojną, a teraz, krocząc w pełni dnia, ledwo poznałem miasto: ulica Lubelska, gdzie znajdowała się synagoga, wielki dom nauki, mały dom nauki, łaśnia, rześnia, cheder Zichron Jankew, stary cmentarz, dom rabina, nowy dom cadyka z Bełza, reb Mordke Rokeacha błogosławionej pamięci, dom spotkań chasydów z Turzyska i Rudnika - wszystko było opuszczone i w południe nie było widać tam żywej duszy. Ulice wybrukowane były nagrobkami z żydowskimi inskrypcjami; wydawało się, że wszystko wygląda jak obszerny cmentarz. Wstąpiłem do sklepu, by kupić masło. Wręczono mi je zapakowane w strony wileńskiej edycji Talmudu. Stałem jak skamieniały, pamiętając, jak ciężko było Żydowi kupić Talmud wileński dla studiującego zięcia. Wydawało mi się, że słyszę jeszcze melodię "Tako rzecze Abaje i Raba". Wychodząc, wyrzuciłem masło i schowałem święty skrawek tekstu.
M. Rapaport, Wizyta w moim mieście Biłgoraju, w: Khurbn Bilgoraj
Tak wyglądał Biłgoraj w chwilę po zagładzie, w 1944 r. Zwiedzanie cmentarza żydowskiego wydaje się być także powrotem do czasu zagłady. Pomnik poświęcony jest właśnie wymordowanym biłgorajskim Żydom. Osobna inskrypcja informuje, że na kirkucie tym spoczywają prochy 200 rozstrzelanych dziewcząt żydowskich. Czy wśród nich była któraś z kuzynek Singera. Wszak rodzina Zylbermanów mieszkała tu do czasów okupacji hitlerowskiej. Czy na tym cmentarzu spoczywają także prochy dziadka Singera? Potwornego czasu wojny z pewnością nie doczekał, a my nigdy nie dowiemy się, gdzie znajduje się jego grób. Pole bez ani jednego drzewa, koszmarne otoczenie fabryczne spowodowały, że wolałem opuścić to miejsce. Do centrum powracałem specjalnie kierując się ulicą Nadstawną, która prowadziła do żydowskiej ulicy Lubelskiej. Poza muzeum - zagrodą sitarską, ani jednego starego domu. Wszystko nowe bloki, tak, jakby Biłgoraj nie miał przeszłości. Podobnie na Lubelskiej, a przecież jeszcze w 1939 r. znajdowała się tutaj synagoga, wymurowana co prawda dopiero w 1875 r., ale stojąca na miejscu dawnej bóżnicy, pochodzącej jeszcze z XVII w. W murowanej synagodze modlił się i wygłaszał kazania do swoich wiernych rabin Zylberman, przed którym biłgorajscy Żydzi czuli podobny respekt, jak jego rodzina. Podobno tylko matka Singera, Batszewa dopuszczana była przez "geniusza z Maciewa", jak nazywano rabina Zylbermana, do poważniejszych rozmów o problemach religijnych. Inne dzieci ignorował, nawet swojego syna Josefa, który był dajanem, czyli sędzią w sądzie rabinackim, w którym zasiadał razem z ojcem. Punktualnie o ósmej, co do minuty, dziadek szedł na modlitwę do synagogi położonej niedaleko domu. Wysoka Stara Bóżnica, z ciężkimi, mosiężnymi lichtarzami u sufitu i okrągłymi oknami, przez które lubiły wlatywać i wylatywać ptaki, zapełniona była prostymi Żydami, rzemieślnikami, którzy wcześnie rano chodzą się modlić. Każdy z nich witał dziadka pełnym szacunku "dzień dobry rabi". Dziadek modlił się głośno, z płomienną żarliwością, zupełnie nie pasującą do jego właściwej mitnagdom surowości. Prości ludzie patrzyli na niego z miłością, dumni, że nie chodzi się modlić razem z chasydami i ich cadykami do bóżnic chasydzkich, lecz modli się wraz z prostym ludem, i to z modlitewnika aszkenazyjskiego. Wczesne modlitwy wiernych rozbrzmiewały w Starej Bóżnicy i budziły długo nie milknące echo. Israel Joshua Singer, Mój dziadek - władca i moja babcia - buntownik, z jidysz przełożyła Natalia Krynicka, w: Midrasz, Nr 12 (1998). Na tejże samej Lubelskiej musiał więc być również dom Zylbermanów, gdzie urodziła się matka obydwu braci Singerów. W domu tym odbywały się także rozprawy sądu rabinackiego, tu przychodziły żydowskie kobiety z prośbą o poradę i modlitwę za chorych i cierpiących. Tu wychowywała się pod czujnym okiem biłgorajskiego rabina jego rodzina. Tu też buntowała się jego żona, prosta Żydówka, że mąż nie okazywał jej szacunku. Po domu tym nie pozostało żadnych śladów, nawet pamiątkowej tablicy na miejscu, w którym stał. Nie ma też śladów po starym cmentarzu żydowskim, z którego nie tylko w czasie wojny usunięto nagrobki, ale ścięto nawet wiekowe dęby, które tam rosły i wywieziono je do Rzeszy. Po Żydach miało nie pozostać żadnego śladu, nawet materialnego. Nie ma też szkół, gdzie studiowano Talmud i Torę. Nikt już nie zajrzy do chasydzkich bóżnic, bo ich też już nie ma. Zmiotła je wojna i jeden hitlerowski nalot we wrześniu 1939 r., który przewrócił cały Biłgoraj do góry nogami.
Zniszczenie Biłgoraja nastąpiło w 1939 r. Zbombardowane było całe centrum miasta. Spłonęły wtedy stary budynek ratusza, kościół parafialny i bóżnica. W centrum miasta znajdowały się dawne koszary. Żydzi mieli tam kaszarnie i składy z naftą, więc to wszystko się paliło. Z parafialnego kościoła spadły wtedy gotyckie wieże. Gdy w kilka dni po nalocie poszłam do centrum, zabłądziłam w swoim rodzinnym mieście. W Rynku i wokół niego były same zgliszcza. Żadnej ulicy nie mogłam poznać.
Wspomnienia p. Marii Sagan, w zbiorach autora artykułu.
Podobno to, co uratowało się po nalocie, zniknęło po wojnie, gdy odbudowywano miasto. Biłgoraj został zabetonowany, chociaż budowane ostatnio budynki tracą kształty socjalistycznego blokowiska. Za to przy Lubelskiej znalazłem symbol nowych czasów i trochę wpływów innej wielokulturowości - znajduje się tam chińska restauracja, której nie omieszkałem nie odwiedzić. Wystrój miły, przypominający coś pomiędzy stylem lekko rustykalnym, nowoczesnością, a nawet być może nawiązujący do sitarstwa. Drzewo, plecionki, dobrze zaopatrzony bar, ale kuchnia taka sobie. Połączenie polskich potraw z chińszczyzną chyba nie wychodzi na dobre ani jednym ani drugim. W każdym razie jest to miejsce, gdzie można chwilę odpocząć w kulturalnej atmosferze. Przynajmniej wtedy gdy byłem, czułem się dobrze. A może by tak, dla atrakcji jakaś żydowska restauracja? W zalewie tanich "hamburgerowni i hotdogowni", tudzież barków, pijalni piwa, można byłoby zdobyć się na odrobinę oryginalności. Wszak przez Biłgoraj przejeżdża wiele osób, udających się na Roztocze lub dalej, na południe. Może chociaż w ten sposób wskrzesić odrobinę przeszłości. Myślę, że wyszłoby to miastu na zdrowie. Tylko niewielki fragment Lubelskiej, sama jej końcówka, to pozostałość dawnego Biłgoraja. Tu znajdują się drewniane domki, których niegdyś było wiele w mieście. Jak wspominała mi pani Maria Sagan, wszystkie były maleńkie i ściśnięte, a mieszkali w nich żydowscy kupcy i rzemieślnicy, wśród których nie brakowało także słynnych biłgorajskich sitarzy. Moja rozmówczyni, która wychowała się przy tej ulicy, mieszka dzisiaj w domu ostatniego biłgorajskiego rabina, Szora, którego hitlerowcy zastrzelili na ulicy. Przedtem przeżył tragedię rodzinną, gdy jego syn odszedł z domu z dziewczyną, której nie akceptowali rodzice. Przed wojną rabin Szor zbierał pieniądze na posagi dla ubogich dziewcząt żydowskich. Jeśdził nawet do Stanów Zjednoczonych, by tam szukać wsparcia dla swojego Komitetu Opiekuńczego, bo przecież każda dziewczyna żydowska powinna mieć posag. Dzisiaj pani Sagan żartobliwie przyznaje się, że jej łóżko znajduje się w dawnym pokoju, gdzie rankami zbierali się mężczyśni, modlący się z rabinem. "śpię na wymodlonym miejscu, więc dlatego tak długo żyję". Dzięki pani Marii poznaję nieco dawną topografię miasta. Przez ulicę Lubelską i Rynek, wokół którego znajdowały się żydowskie sklepy, hurtownie i warsztaty, wraca pamięcią na ulicę Nadstawną, gdzie przeważali katolicy. Ożywiają ci, którzy odeszli na zawsze: dentysta Kaminer i położna Potoker, Wakszul, który przy ulicy 3 Maja miał hurtownię wszystkiego. Przybywa też Hurwic, który handlował sitami oraz bogacz Erbesfeld, zajmujący się eksploatacją lasów i będący właścicielem tartaku. Z pamięci pani Marii pojawiają się sceny żydowskich świąt:
W piątek wszystko już było ugotowane i posprzątane. Na szabas biłgorajscy Żydzi ubierali się odświętnie. Kobiety obowiązkowo w perukach. W sobotę wieczorem Żydzi wychodzili na spacery. Spacerowali po Lubelskiej i w większości widziało się młode małżeństwa. We wrześniu świętowali Kuczki. Na moim podwórku był jeszcze jeden dom, pomiędzy domami znajdowało się zadaszenie - szałas. Tam siedzieli i jedli. Przed Wielkanocą piekli mace i z macy robili też kluski. W Sądny Dzień szli nad rzekę modlić się. Szli w kapeluszach, ze świecami. Stali nad rzeką i modlili się. My mawialiśmy, że gdy nadchodzi Sądny Dzień, to za póśno, żeby siać pszenicę. To byli ludzie z dobrymi sercami. Bardzo pracowici. Biedny mleczarz żydowski chodził po okolicy bez względu na pogodę i skupował mleko. U sitarzy pracowały nawet dzieci. Wśród Żydów byli biedni i bogaci. Może nie byli aż tak bardzo biedni, jak zaniedbani, ale z pewnością byli bardzo dobrzy. Nie było problemów, żeby Polakowi pożyczyli lub sprzedali coś na kredyt. W czasie wojny, jakby mogli, oddaliby wszystko polskim sąsiadom. Jedni nie brali, bo bali się donosów. Inni na tym skorzystali i wzbogacili się.
Wspomnienia p. Marii Sagan, w zbiorach autora artykułu. Sama pani Sagan stwierdziła, że to już nie ten Biłgoraj i nie ci ludzie w nim mieszkają, chociaż nieliczni już starzy mieszkańcy miasta przechowują w swojej pamięci wiele szczegółów z dawnego miasta. Wśród tych wspomnień są i te dobre i te złe czy wręcz tragiczne, jak chociażby z okresu okupacji hitlerowskiej, gdy samo wyjście na ulicę groziło utratą życia. Tragedie tych lat przerażają swoimi okropnościami. Większość biłgorajskich Żydów deportowano w listopadzie 1942 r. do obozu zagłady w Bełżcu. Na ukrywających się polowano w całym mieście, nie oszczędzając nikogo. Potem, w latach 1943-1944 przyszły akcje wysiedleńcze i pacyfikacyjne, które dotknęły polską ludność z okolic miasta. Tragedia goniła tragedię. Nawet wtedy pojawiały się jednak legendy o cudownych ocaleniach, jak chociażby ta o reb Mordechaju Rokeachu, synu słynnego cadyka z Bełza, który przed wojną założył swój dwór w Biłgoraju. W czasie okupacji hitlerowskiej z Biłgoraja trafił do getta w Bochni, skąd wywiózł go węgierski oficer. Przejechali przez granicę Generalnego Gubernatorstwa, Słowacji, a na granicy węgierskiej zaczęły się problemy. Bełzko-biłgorajski cadyk przebrany był w mundur sowieckiego generała, a takiej persony węgierscy strażnicy graniczni nie spodziewali się. Nagle, jakby ze mgły pojawiło się na koniach trzech węgierskich generałów, którzy wyjaśnili żołnierzom, że cadyk-generał powinien wjechać na Węgry. W osobach generałów reb Mordechaj rozpoznał swoich przodków z rodu Rokeachów. Zjawili się jako duchy, w realnych przebraniach, by uratować swojego potomka. Dzisiaj w starym-nowym Biłgoraju chyba trudno zatrzymać się na dłużej, by odnaleść przeszłość. Prędzej odnajdziemy ją w okolicach. Nawet jeżeli nie interesuje nas historia, zawsze możemy podziwiać roztoczańskie lasy. Niedaleko stąd do urokliwego Zwierzyńca i Szczebrzeszyna czy na południe, do Józefowa i Tarnogrodu, w których można odnaleść zabytki dawnej przeszłości - tej polskiej i żydowskiej. Wiele osób, które przyjeżdżają do Lublina, głównie z zagranicy pyta mnie, czy warto jechać do singerowskiego Biłgoraja? Warto przejechać, ale z Singera nic już tutaj nie ma. Chyba, że bardziej będziemy posługiwać się wyobraśnią, niż liczyć na nasz wzrok.
Robert Kuwałek
