Szeroka 28

Z Strona o Żydach lubelskich

Wokół nieistniejącego domu przy ul. Szerokiej 28 w Lublinie narosło od kilku lat wiele legend, domniemań i hipotez. W ramach przywracania pamięci o miejscach, których już w mieście nie ma, ta kamienica stała się wręcz "magiczna". Swego czasu wiele zamieszania spowodowała stara fotografia przedstawiająca Żyda w chałacie, stojącego przed wejściem do ubogiego sklepiku i którą z uporem podpisywano, że jest to właśnie Szeroka 28, chociaż na tymże zdjęciu wyraźnie widać, że na murze domu widnieje tabliczka z numerem 4. Dopiero ostatnio udało mi się zobaczyć toż samo zdjęcie z poprawionym napisem, że jest to Szeroka 4, chociaż też można się zastanowić czy jest to rzeczywiście ulica Szeroka, skoro nie widać całego budynku. Czym ten dom tak sobie zasłużył, że otoczony jest do dzisiaj atmosferą niepowtarzalności, chociaż na próżno go szukać w dzisiejszym Lublinie? Związany jest przede wszystkim z niebanalną postacią ojca chasydyzmu w Królestwie Polskim, Jakubem Icchakiem Horowitzem, zwanym "Widzącym z Lublina" lub po prostu "Lublinerem". Jego imię znane jest religijnym Żydom i tym, którzy historią Żydów w Lublinie interesują się. On to, będąc nauczycielem prawie wszystkich najwybitniejszych cadyków w Królestwie Polskim, dzięki któremu w świecie żydowskim znane są tak prowincjonalne miejscowości w Polsce, jak Kock, Izbica Lubelska, Warka czy Przysucha, stał się na przełomie XVIII i XIX w. właścicielem nieruchomości przy ul. Szerokiej 28. Tu funkcjonował jego chasydzki dwór, tu nauczał, tu pulsowało wtedy życie tradycyjnego, żydowskiego Lublina. Wreszcie w tym miejscu miały mieć miejsce jego rozliczne cuda i przepowiednie. Do dzisiaj nie wyjaśnione są okoliczności jego śmierci, która dokonała się również w tym domu. Według chasydzkiej legendy, trzech cadyków , po klęsce Napoleona w Rosji, którą zresztą miał przepowiedzieć reb Jakub Icchak Horowitz, przypuściło "szturm niebios", by przyśpieszyć nadejście Mesjasza. Niecierpliwych cadyków Bóg miał ukarać za ten szaleńczy czyn śmiercią. Dwaj pierwsi, Dawid z Lelowa i Izrael Icchak zwany Magidem Kozienickim zmarli w 1814 r. Lubliner, jako nieustępliwy, ukarany został śmiercią tragiczną i niezwykłą - złożony obłożną chorobą, miał zostać wyrzucony przez tajemne siły z I piętra domu przy ulicy Szerokiej 28 na ulicę, gdzie skonał. Pozostawił po sobie całe rzesze uczniów i pamięć, która rozsławiła chwałę jego i miasta na całym świecie. Tyle chasydzka legenda. Jego przeciwnicy, a takich nie brakowało wtedy w Lublinie, upierali się przy bardziej prozaicznej wersji wydarzeń. Już wcześniej oskarżano reb Jakuba Icchaka o chciwość i nadużywanie trunków, za pomocą których miał wprowadzać się w religijną ekstazę. Mawiano wręcz o nim, że jest czarownikiem i szarlatanem, bogacącym się na głupocie naiwnych zwolenników. W mało tajemniczy sposób jego przeciwnicy wytłumaczyli sobie również jego śmierć. Oto Lubliner miał po prostu i prozaicznie upić się i w pijackim transie sam wypadł przez okno na ulicę. Nie jesteśmy w stanie dojść dzisiaj do prawdziwych przyczyn śmierci Jakuba Horowitza. Natomiast możemy odtworzyć historię domu, w którym żył, nauczał i zmarł. Najstarsze informacje, które udało mi się zebrać na temat tej nieruchomości pochodzą z dnia 24 VIII 1815 r., a więc z okresu dzielącego śmierć lubelskiego cadyka od opisywanych w dokumentach wydarzeń zaledwie o dziewięć dni (Horowitz zmarł w dniu 15 VIII 1815 r.). Z zachowanych materiałów, zawartych w Księdze Hipotecznej domu przy ul. Szerokiej 28 wynika, że "Widzący z Lublina" spodziewał się swojej śmierci, skoro pozostawił po sobie testament, wokół którego rozgorzała potem kłótnia rodzinna pomięzy jego synami, a jej efektem była sprawa sądowa. Treści testamentu nie znamy. Informacja o nim pochodzi z 1823 r. Wiadomo jedynie, że spisany został sposobem u Izraelitów używanym, czyli w języku hebrajskim. Nie znamy tłumaczenia tego testamentu, ale takowe musiało istnieć, chociażby dla przedstawienia tego dokumentu przed polskim notariuszem. Reb Jakub Icchak Horowitz, czując oddech śmierci, swój dom (a raczej chyba jego część - o czym będzie za chwilę) zapisał swoim dwóm synom - Josefowi - rabinowi w Korcu na Wołyniu i Izraelowi, mieszkającemu w Lublinie przy ul. Szerokiej. W tym momencie należy wspomnieć o pewnej ważnej rzeczy, o której nikt dotychczas w Lublinie nie wiedział, ponieważ nie funkcjonowała ona w niezbyt obszernej literaturze przedmiotu. Otóż Jakub Ichchak używał oficjalnie dwóch nazwisk: Horowitz-Szternfeld! Dlaczego tak - nie jestem w stanie tego wyjaśnić, ale co interesujące, jego potomkowie w późniejszych czasach używali tylko drugiego członu nazwiska, dlatego tak trudno było ich uchwycić w dziejach miasta i skojarzyć z osobą znamienitego przodka. Można jedynie przypuszczać, że Horowitzów w Lublinie było wtedy kilka rodzin (wszak największy wróg cadyka, oficjalny lubelski rabin Ezriel też nosił to nazwisko, ale z racji jego konserwatyzmu nadano mu przydomek Eiserner Kopf - Żelazna Głowa) i dlatego dla rozróżnienia nadano im podwójne nazwiska. Piszę nadano, ponieważ nie uczynili tego dobrowolnie sami Żydzi. Nazwiska ich są wytworem polskich, rosyjskich i austriackich urzędników. Wracając do naszej kamienicy. Wiemy już, że zaraz po śmierci jej właściciela stała się ona przedmiotem sporu pomiędzy jego synami. Spór ten trwał aż do śmierci korczyńskiego rabina, Josefa Horowitza-Szternefelda, który osobnym testamentem, spisanym również po hebrajsku, swoją część zapisał żonie, Esterze Rajzli Szternfeldowej. Z 1823 r. znany jest również opis całej nieruchomości Szeroka 28. Składał się na nią jednopiętrowy, murowany dom od ulicy Szerokiej. Na parterze tego domu znajdowała się frontowa wielka izba, która dodatkowo posiadała wewnętrzne komory. Tu też była dolna sień. Od podwórza znajdowała się druga izba, której okna wychodziły na stojącą za domem bóżnicę. Na I piętrze znajdowała się również wielka izba z alkierzem i mniejszą izdebką. W izbie tej miała być sala modlitewna. Mniejsze izdebki znajdowały się także przy schodach. W podwórku znajdowała się bóżnica ufundowana przez Jakuba Icchaka Horowitza jeszcze w 1794 r. Nie wiemy, jak była duża. Z pewnością była murowana. Przylegała do niej mniejsza izdebka, nad którą znajdowała się kuczka, czyli szałas lub zaadaptowane pomieszczenie z rozsuwanym dachem, którego używano podczas święta Sukkot, kiedy to Żydzi wspominając swoją wędrówkę do Ziemi Obiecanej, spożywając kolację muszą mieć nad sobą rozgwieżdżone niebo. Co ważniejsze, wspomniana synagoda, była pierwszą, oficjalnie uznaną przez władze Królestwa Polskiego synagogą chasydzką. Nosiła też ona nazwę "Bethamidrasz de Chassidim", czyli Dom Nauki i Modlitwy Chasydów. Jako ciekawostkę warto podać, że w Warszawie pierwszą chasydzką bóżnicę zalegalizowano dopiero w połowie XIX w. Władze Królestwa Polskiego, a później administracja rosyjska za chasydami nie przepadały. Przeszkadzali im w odgórnym reformowaniu i kontrolowaniu Żydów. Zarówno kamienica przy Szerokiej 28, jak i bóżnica nie były wyłączną własnością potomków Lublinera. Z dokumentów z 1823 r. wynika, że Horowitzowie-Szternfeldowie mieli prawo jedynie do 3/8 całej nieruchomości. Drugie 3/8 należało do niejakiego Kopla Engelsberga, właścicielem pozostałych 2/8 był Mordko Rappaport, który w 1827 r. wspaniałomyślnie podarował swoją część bóżnicy modlącym się w niej chasydom. Kim byli ci ludzie? Tego dzisiaj nie wiadomo. Na jakiej podstawie stali się właścicielami nieruchomości? Też nie wiadomo. Być może byli gorliwymi uczniami Widzącego i opiekowali się nim, gdy zachorował. Dzięki temu być może znaleźli się w jego testamencie jako spadkobiercy do części nieruchomości. Może w ten sposób reb Jakub Icchak chciał uniknąć rodzinnych waśni o nadzór nad bóżnicą i domem, które przecież przynosiły zyski. Wiadomo, że Lubliner nie pozostawił po sobie następcy w Lublinie, chociaż jego syn był rabinem. Jego sława jednak była zbyt mała, by przejąć po ojcu lubelskich chasydów. Tymi zaopiekowali się bowiem cadycy z Izbicy i Kocka. Pozostały w Lublinie drugi syn cadyka, Izrael, nawet nie pretendował do roli przywódcy duchowego miejscowych Żydów. Był tylko kupcem. Żaden z synów Jakuba Icchaka Horowitza z pewnością po ojcu nie odziedziczył daru jasnowidzenia i dokonywania cudów. Już w 1827 r. współwłaścicielami nieruchomości przy Szerokiej 28 były wnuki Widzącego. Syn cadyka, Izrael, swoją część podzielił pomiędzy synów: Szmuela Szaję, któremu po prostu odsprzedał część domu za sumę 7000 złotych polskich i Kopla. Obydwaj byli kupcami w Lublinie W tym czasie Szmuel Szaja Szternfeld mieszkał przy sąsiedniej ulicy, mianowicie przy Nadstawnej. Podziałom podlegała również część należąca do Engelsberga, który na swojego spadkobiercę jeszcze za życia wyznaczył syna Szmula. Prawdopodobnie w tym czasie musiały istnieć jakieś ostre zatargi pomiędzy współwłaścicielami kamienicy, skoro ich nazwiska znamy z wyroku sądu polubownego, na mocy którego podzielono całość kamienicy i bóżnicy. W dalszych latach nieruchomość dalej ulegała podziałom. Już w 1853 r. Szmuel Szaja Horowitz-Szternfeld swoją część rozdzielił pomiędzy trzech synów: Dawida-Kopla, Kichmana i Zysię. Dwaj pierwsi byli drobnymi kupcami. Przy trzecim warto się na chwilę zatrzymać. Był on jedynym członkiem rodziny Horowitzów-Szternfeldów, który w Lublinie poszedł w ślady swojego znanego pradziadka Jakuba Icchaka. Wspominają o nim dokumenty zachowane w lubelskim Archiwum Państwowym. Zysia Horowitz-Szternfeld (używał tylko tego drugiego nazwiska) był bowiem rabinem duchownym w Lublinie. Przez pewien czas praktykował jako rabin prywatny, a następnie został włączony w skład oficjalnego rabinatu lubelskiego i powierzono mu opiekę religijną nad Żydami mieszkającymi na przedmieściu Piaski, czyli w okolicach dzisiejszego dworca kolejowego, Placu Bychawskiego i ul. 1 Maja. W połowie XIX w. było to ubogie drewniane przedmieście, zamieszkałe przez ubogich Żydów i Polaków. Stała tutaj drewniana bóżnica, którą przebudowano na murowaną dopiero w 1864 r. (na jej miejscu dzisiaj znajduje się kościół polsko-katolicki). To, że Zysi Horowitzowi-Szternfeldowi powierzono pod religijną opiekę ubogie przedmieście musi świadczyć, jak daleko potomkowie słynnego cadyka odeszli ze swoją wiedzą i umiejętnościami od reb Jakuba Icchaka. Pozycję rabinów w dawnej Polsce wyznaczał również ich przebieg kariery. Tylko słynni i uczeni rabini mogli liczyć na posadę w dużych i zamożnych gminach. Dla pozostałych pozostawały małe miasteczka i ubogie przedmieścia, na których Żydów nie było stać na zapłacenie nawet najniższych podatków. Mimo, że sam Zysia Horowitz-Szternfeld musiał mieszkać już na Piaskach, to jednak członkowie rodziny "Widzącego" jeszcze w II połowie XIX w. mieszkali w kamienicy przy Szerokiej 28. Mieszkał tam między innymi syn rabina z Piask, noszący te same imiona jak jego słynny przodek - Jakub Icek (Icchak). Do roli przywódcy lubelskich chasydów jednakże nie pretendował. W tym czasie przewodził im Judah Lejb Eiger, mieszkający kilkanaście domów dalej, przy Szerokiej 40. Członkowie z rodziny Eigerów staną się przywódcami miejscowych chasydów aż do czasu II wojny światowej i to do ich domu zjeżdżać się będą chasydzi z Lublina i okolic na szabasowe nabożeństwa i wierzecze. Wydaje się, że ród Horowitzów-Szternfeldów w II połowie XIX w. mocno już zubożał i coraz częściej jego przedstawiciele zaczęli wybywać z miasta w poszukiwaniu lepszych warunków życia. Drugi z synów Zysie Szternfelda wyjechał z Lublina do Białej Podlaskiej jeszcze w 1852 r. Z Lublina wyjeżdżały też dzieci brata Zysi Szternfelda, Dawida-Kopla. Kamienica zaczęła przechodzić w większych partiach w ręce obcych ludzi. W 1860 r. córka Dawida-Kopla, Alta Mirla Szternfeld wyszła zamąż za Lejzora Blumenfelda, wdowca, z zawodu krawca rodem z Ciepielowa. Praprawnuczka "Widzącego" swoją część kamienicy wniosła wtedy w wianie swojemu mężowi. Prawdopodobnie część domu należąca do Alty Mirli i jej męża nie była zbyt duża i nie przynosiła zbyt wielkich zysków, skoro małżonkowie zdecydowali się w 1865 r. sprzedać ją Joskowi Dawidowi Becherowi z Biłgoraja. Dom przy Szerokiej 28 zaczął przechodzić w obce ręce. Swoją część zachował jeszcze przez pewien czas brat Alty Mirli, Kelman, który był "bakałarzem" w Lublinie, czyli po prostu zwykłym żydowskim nauczycielem - mełamedem uczącym w chederze. Niestety, nie wiemy gdzie mieściła się ta szkółka, albowiem "bakałarz" Kelman Szternfeld nie figuruje w żadnym z zachowanych z tego okresu wykazów nauczycieli i szkół żydowskich w Lublinie. Być może prowadził ją we własnym mieszkaniu, jak to bywało ówcześnie w zwyczaju i nie informował żadnej władzy o istnieniu swojej szkółki, by w ten sposób uniknąć płacenia stosownych opłat za zagodę na jej oficjalne funkcjonowanie. W 1869 r. w obce ręce sprzedali swoją część domu przy ul. Szerokiej 28 spadkobiercy po Koplu Engelsbergu. Kupującymi było małżeństwo Jojnisz i Chawa Helfmanowie. Engelsbregowie sprzedając swoją część domu, zachowali sobie jednak prawo do posiadania części słynnej bóżnicy. Szybko się jednak okazało, że pretensje do bóżnicy zaczęli sobie rościć również Helfmanowie, a obk nich niejaki Mordko Dawid Ungier, który przedstawiał się jako spadkobierca po Engelsbergu. Co interesujące, od lat 70. XIX w. nie znajdujemy prawie w ogóle informacji o tym, czy Horowitzowie-Szternfeldowie byli zainteresowani w tych wszystkich działach, podziałach i sporach. Konflikt pomiędzy Helfmanami a Ungierami trwał aż do czasu II wojny światowej. Jojnisz Helfman był właścicielem parteru kamienicy przy Szerokiej 28 i na tym parterze założył piekarnię. I piętro należało do spadkobierców Chuny Ungiera. W podwórku nadal istniała bóżnica, do której pretensje rościli sobie wszyscy. W okresie mięzywojennym w podwórku stała dodatkowo ruina jeszcze jednego, jakiegoś starszego domu, o którym nic nie znajdujemy w aktach hipotecznych. Można jedynie przypuszczać, że mogła to być jakaś przybudówka, wystawiona nawet na dziko, których wiele znajdowało się na maksymalnie zagęszczonym Podzamczu. W latach 30. okresu międzywojennego oprócz skłóconych Helfmanów i Ungierów, współwłaścicielami kamienicy byli dodatkowo Mordka Messinger i Beniamin Gał. Spokoju w tym domu raczej nie było. W 1936 r. Messinger złożył do władz miejskich donos na Gała, że ten zorganizował sobie na strychu komórkę z opałem, co miało grozić pożarem. Aż do 1939 r. trwały procesy Helfmanów z Ungierami. Jojnisz Helfman nie cieszył się w ogóle dobrą opinią wśród mieszkańców tego domu, ponieważ skarżyli się na niego wszyscy, a sprawa trafiła nawet do Starostwa Grodzkiego w Lublinie, gdzie lokatorzy Szerokiej 28 złożyli pismo takiej treści:

 Udajemy się do Pana starosta jak do swego ojca. Jest nas dziesięciu gospodarz pod Szerokiej ulicy Nr 28. Skarżamy się na Helfmana, bo on niechce wykonacz co policija nakazuje. Bo dom na front się wala, a on jest spółnikiem tego domu. Tylna ulica też się wala i może być dzień lada wypadek bo to jest ściana cała zawalona i ta sień jest przechodnia. Ja już meldowałem do pana wydziału budowlałego i on nie przychodzi.

Zachowałem brzmienie i ortografię oryginału, ponieważ jest to też jakieś źródło świadczące o słabym stopniu asymilacji Żydów mieszkających na Podzamczu, którzy kontakt z językiem polskim mieli raczej rzadki, a w domach rozmawiali w języku jidysz, nie odczuwając konieczności gruntownej znajomości języka polskiego - było im to po prostu niepotrzebne na codzień. Inną cechą kulturową żydowskiego Podzamcza w Lublinie w okresie międzywojennym był fakt, że można było być współwłaścicielem kamienicy i nie móc się z tego utrzymać. Szeroka 28 tych właścicieli miała w 1939 r. pięciu. Byli nimi: Jojna Helfman, Mordko Ungier, Brandla Eulgespert, Mordko Messinger i Dawid Baum. Trudno było czerpać zyski z domu, który przypominał bardziej ruinę, niż kamienicę, gdzie każdy lokator czuł się współwłaścicielem, dom nie był skanalizowany, a wszystkie jedenaście mieszkań miały tylko po jednej izbie, gdzie żyły wielodzietne rodziny i gdzie w tej jednej izbie trzeba było pomieścić kuchnię, sypialnię, jadalnię itd. Warunki mieszkaniowe na Podzamczu były fatalne, a najuboższe rodziny zamieszkiwały niejednokrotnie nawet na strychach czy w komórkach, dobudowywanych do innych domów. Była to jedna z najbardziej zaniedbanych i zagęszczonych dzielnic w Lublinie i to jeszcze przed wybuchem II wojny światowej, gdy hitlerowcy urządzili tu getto. Nie zapominajmy przy tym, że Szeroka była jeszcze stosunkowo najzamożniejszą ulicą w tej ubogiej dzielnicy. O wiele gorzej żyło się chociażby przy Krawieckiej czy Jatecznej. Jedynym miejscem przypominającym przy Szerokiej 28 o "Widzącym z Lublina" była stara bóżnica chasydzka, ale i ona nie miała już wtedy takiej rangi, jak chociażby bóżnica w domu Eigerów czy inne lubelskie synagogi. Oczywiście, lubelscy Żydzi potrafili określić bóżnicę przy Szerokiej 28, że była znanym miejscem. Tak oto wspomina o niej p. Aleksander Szrift, który sam mieszkał przy tej ulicy do 1939 r., a obecnie jest prezesem Komitetu Lubelskiego w Izraelu:

Znanym miejscem na Szerokiej była bóżnica w domu pod numerem 28. Mieściła się tu dawna bóżnica "Widzącego z Lublina". Na parterze tego domu znajdowała się piekarnia, która wypiekała ciastka dla cukierni. Piekarzem tam był Mordechaj. Na piętrach kamienicy mieszkali lokatorzy. Sama bóżnica usytuowana była za piekarnią, a wchodziło się do niej przez wejście prowadzące od uliczki przebiegającej od Szerokiej do Nadstawnej. Była to niewielka bóżnica, pozostająca pod administracją Gminy Żydowskiej i mówiło się o niej, że jest przeznaczona dla modlących się w biegu. Tu zawsze był minjan (10 mężczyzn niezbędnych do odprawienia nabożeństwa - przyp. R.K.) i każdy, kto szedł ulicą, a chciał się pomodlić, mógł tu zawsze wejść i wiedział, żę będzie tutaj dziesięciu Żydów gotowych do modlitwy. O tych minjanach mówi się, że są symbolem demokracji żydowskiej. Dziewięciu najmądrzejszych rabinów nie tworzy minjanu, podobnie jak dziewięciu największych żydowskich profesorów, a dziesięciu najprostszych, ledwie potrafiących czytać Żydów tworzy minjan.

Oczywiście powiązanie Szerokiej 28 z "Widzącym z Lublina" mialo znaczenie dla religijnych Żydów. Dla tych, którzy od religii odeszli, a takich w okresie międzywojennym w Lublinie też nie brakowało, dom ten był zwyczajną kamienicą. Oto inna lublinianka, Zahawa Lichtenberg, która również mieszkała przy Szerokiej w okresie międzywojennym tak wspomina opisywany przeze mnie dom: Chciałabym przede wszystkim wspomnieć Szeroką 28. Nie wiem, kiedy ten dom i numer był ważny i w którym wieku? Za moich czasów był to zwyczajny dom. A propos "Widzącego" - to tłumaczenie nie jest dobre, gdyż "widzący" to jest każdy, który nie jest ślepy. jeśli już, to może przewidujący albo prorok. Ale ja i tak nic nie wiem o nim. Nie wiem dlaczego On stał się taki sławny, że aż się zaczęli Nim przechwalać. Kler nigdy mnie nie interesował i nigdy nie wierzyłam w robiących cuda. Ja znałam inny Lublin. Podczas okupacji hitlerowskiej przy Szerokiej 28 mieszkało 75 lokatorów - sami Żydzi. średnio więc przypadało po siedem osób na każde mieszkanie. Byli to ludzie niezamożni. Spis dokonany w grudniu 1940 r. informuje, że wśród nich było pięciu robotników i sześciu rzemieślników. Wolnych zawodów raczej się tam nie spotykało. Nadal funkcjonowała piekarnia, którą Helfman wydzierżawił Josefowi Kajmanowi. Piekarnia ta działała jeszcze w 1941 r., gdy istnialo już getto w Lublinie, ale zamiast ciastek, wypiekała chyba chleb, który w tym czasie był bardziej potrzebny. Co działo się z bóżnicą? Oficjalnie, od 1940 r. wszystkie synagogi w Lublinie zostały zamknięte dla kultu religijnego. Natomiast w związku z napływem do Lublina wielu żydowskich uchodźców z innych miast, a także wysiedlonych z samego Lublina bóżnice zamieniono na noclegownie dla tych ludzi. Njaprawdopodobniej taki punkt dla wysiedlonych i uchodźców funkcjonował w dawnej chasydzkiej bóżnicy. Nabożeństwa odprawiano bowiem prywatnie, w domach. Nie wydaje się, żeby ktoś z mieszkańców domu przy Szerokiej 28 przetrwał okres Zagłady. Ubodzy, religijni ludzie, którzy nie znali języka polskiego byli praktycznie bez szans po aryjskiej stronie. Zazwyczaj też nie uciekali poza getto. Zginęli oni prawdopodobnie w marcu lub kwietniu 1942 r. w czasie likwidacji getta na Podzamczu, gdy większość lubelskich Żydów wywieziono do obozu zagłady w Bełżcu. Sam dom wojny też nie przetrwał. Został zniszczony w 1943 r. w czasie wyburzania dawnej dzielnicy żydowskiej na Podzamczu. W 1964 r. kiedy porządkowano już w Polsce Ludowej sprawy własnościowe po Żydach, w Lublinie na własność Skarbu Państwa przeszło kilkadziesiąt placów, na których stały żydowskie domy i synagogi. Zgodnie z decyzją Powiatowej Rady Narodowej w Lublinie nieruchomość, która niegdyś należała do Irzaela Engelsberga, Cyrli Ungier oraz plac o powierzchni 225 metrów kwadratowych "po zburzonej bóżnicy" nabył przez zasiedzenie Skarb Państwa. Czy ktoś dzisiaj jest w stanie dokładnie określić, gdzie mieściła się bóżnica i słynny lubelski dom. Niektórzy wskazują na narożną kamienicę przy Placu Zamkowym i Al. Tysiąclecia, gdzie mieści się jeden z banków, a na frontonie umieszczona jest tablica pamiątkowa pioświęcona "Widzącego". Dla jeszcze mniej zorientowanych Szeroka mieści się na Grodzkiej, gdzie umiejscowiona została znana lubelska kawiarnia. W sumie chyba nie ważne, gdzie dokładnie mieściła się Szeroka 28. ważne, że nie zniknęła ona z lokalnej pamięci i jak niegdyś wzbudza wiele zainteresowania i hipotez. Może jednak czasami warto odmitologizować magiczne miejsca, by przywrócić im dawne życie.


Robert Kuwałek