Szeroka
Z Strona o Żydach lubelskich
Od XVI w. stanowiła centrum nieistniejącej dzisiaj Dzielnicy Żydowskiej na Podzamczu. Przebiegała ona samym środkiem dzisiejszego Placu Zamkowego, a jej naturalnym przedłużeniem stała się ulica Kowalska. Wedle historycznych hipotez ulica Szeroka została wytyczona już przed 1564 r., gdy w Mieście Żydowskim u stóp Zamku naliczono 66 domów. W XVI w. ulica ta zwana była Żydowską. Obok niej istniała też już ulica Jateczna, o której jeszcze wspomnę w dalszych częściach tego cyklu. Na początku swojego istnienia i aż prawdopodobnie po koniec XVI w. posiadała charakter prymitywnej drogi ułatwiającej komunikację po podmokłym gruncie podzameckim, ale też od początku swojego istnienia stała się handlowym, a od XVIII w. również społecznym centrum Podzamcza. Tu budowali swoje domy najbogatsi mieszkańcy Żydowskiego Miasta, chociaż nie brakowało tutaj również domów biedoty. Już w XVI w. okazały dom posiadał przy ul. Szerokiej Pesach Joskowicz, bankier króla Zygmunta I Starego, brat znanego lubelskiego rabina Szaloma Szachny. Murowane domy przy ul. Szerokiej zaczęto budować prawdopodobnie od XVII w., a całkowicie murowaną zabudowę zyskała ta ulica dopiero pod koniec XVIII w. Warto przy tym zauważyć, że większość parcel przy tej ulicy pozostawała w rękach tych samych rodzin często przez kilka wieków, jak chociażby dom rodu Doktorowiczów, z którego wywodził się Hirsz Doktorowicz, nadworny faktor króla Władysława IV. Dzięki swojej zamożności i przywilejowi królewskiemu, Hirsz Doktorowicz ufundował w 1638 r. przy tejże ulicy, w domu oznaczonym przed II wojną światową numerem 2 własną synagogę, która potem stała się własnością cechu kotlarzy i stąd zwana była także "Synagogą Kotlarską". Doktorowiczowie zamieszkiwali przy tej ulicy jeszcze pod koniec XVIII w. Na przełomie XVIII i XIX w. ulica Szeroka stała się religijnym centrum społeczności żydowskiej nie tylko w Lublinie, ale w ogóle w centralnej Polsce. W domu pod nr 28 swój dwór stworzył jeden z największych cadyków polskich, rabbi Jakub Icchak Horowic, zwany również "Widzącym z Lublina", uważany za jednego z najważniejszych współtwórców chasydyzmu. Dzięki niemu Lublin na wiele lat stał się "twierdzą żydowskiej ortodoksji" na ziemiach polskich, a jednocześnie stąd promieniowała sława najwybitniejszych myślicieli chasydzkich. Sława ta do dzisiaj ściąga do Lublina liczne pielgrzymki i wycieczki żydowskie, których stałym punktem programu jest wizyta na Starym Kirkucie na Kalinowszczyźnie, gdzie znajduje się nagrobek "Widzącego". O tym jak silny w Lublinie był zaszczepiony przez rabbiego Horowica chasydyzm świadczy fakt, że już w 1794 r. przy ul. Szerokiej 40 lubelscy chasydzi wybudowali własną synagogę, tzw. Bóżnicę de Chassidim. Istniała ona tutaj aż do czasów II wojny światowej. W tym samym budynku swój dwór założył w połowie XIX w. kolejny lubelski cadyk, Jehuda Lejb Eiger. Cadycy z jego rodu przewodzili lubelskim chasydom aż do ich tragicznego końca w 1942 r., stale mieszkając przy tej ulicy, w tym samym domu. Mimo swojego religijnego wymiaru, ulica Szeroka aż do XX w. stanowiła handlowe centrum Podzamcza, mimo że po 1862 r. bogatsi kupcy żydowscy woleli otwierać swoje sklepy i składy hurtowe w centrum miasta, przy Krakowskim Przedmieściu lub przy ul. Lubartowskiej. Była też ta ulica jedyną wybrukowaną do połowy XIX w. drogą na żydowskim Podzamczu. O jej charakterze i ruchliwości świadczy fragment dokumentu, pochodzącego z 1860 r., zachowanego w lubelskim Archiwum Państwowym: "Tretuary z różnemi wiktuałami przez przekupniów zastawiane są tylko w ulicy Szerokiej, właśnie w tem punkcie, gdzie się cały handel koncentruje, gdzie codziennie kilka tysięcy krąży ludzi." Przy ul. Szerokiej znajdowały się najbogatsze żydowskie sklepy. Tu też swoje kramy zakładali ubożsi przekupnie. Mimo swoistej degradacji w II poł. XIX w., Szeroka nadal pozostawała najbardziej ruchliwym miejscem Żydowskiego Miasta. Jej atmosferę oddaje fragment artykułu z 1874 r., zamieszczonego w "Kurierze Lubelskim": "Handlarki stoją lub chodzą z różnemi sprzętami i naczyniami napełnionemi pieczywem oraz suchemi produktami, inni stojąc po kilka i kilkanaście osób szwargoczą, kłócą się lub handlują: - przy studniach nieustannie bitwa i zbiegowisko: - ze sklepów na chodnik powystawiane stołki, ławki, worki i różne rupiecie: - tam znów na środku chodnika stoi waga z olbrzymiemi worami mąki otoczona tłumem zamączonych tragarzy, gdzie indziej sągi drzewa..." Cały ten barwny i ruchliwy świat zniknął w marcu i kwietniu 1942 r., kiedy to zlikwidowane zostało lubelskie getto, dla którego Szeroka stanowiła centralną ulicę. Wraz z zamieszkującymi ją od pokoleń rodzinami, zniknęły również domy, sukcesywnie wyburzone przez hitlerowców do końca 1943 r. Dzisiejsza zabudowa Placu Zamkowego, pochodząca z 1954 r. podobno architektonicznie miała nawiązywać do dawnej ulicy Szerokiej. Zabrakło jej jednak dawnej kolorystyki. Na koniec, wracając na ulicę Szeroką, chciałbym zacytować fragment listu mojej znajomej, Pani Zahawy Lichtenberg, lublinianki, mieszkającej obecnie w Izraelu, która swoje dzieciństwo spędziła właśnie przy ul. Szerokiej. "Urodziłam się przy ul. Szerokiej 35 i do 1936 r. mieszkałam przy tej ulicy. Od 1936 r. do wybuchu wojny mieszkaliśmy przy ul. Grodzkiej 1. Przy ul. Szerokiej 1, blisko Bramy Grodzkiej mieściła się organizacja "Cukunft", która grupowała młodzież bundowską /Bund - żydowska partia socjalistyczna, w okresie międzywojennym będąca jedną z najsilniejszych partii w Lublinie, stanowiąca swoisty odpowiednik polskiej PPS - przyp. red./. Przy Szerokiej, koło ulicy Ruskiej był lokal Związku Stolarzy oraz lokal Związku Kamaszników. W każdym podwórku działała jakaś organizacja. Przy ul. Szerokiej mieścił się również Związek Krawców, będący bardzo silną organizacją. Młodzież żydowska przychodziła do tych organizacji, później schodziła się na ulicę i zaczynały się dyskusje. To był nasz światek. Każda grupa marzyła o czymś innym. Ktoś, żeby "przyszedł" komunizm, inny, by Anglia oddała Żydom Palestynę. Przecież tak mało było nadziei na przyszłość, tak mało młodzieży żydowskiej miało możliwość kształcenia się, zwłaszcza tej młodzieży, która żyła przy tych małych uliczkach, w ciasnych mieszkaniach." Mam nadzieję, że fragment tego listu sprowokuje Państwa do nadsyłania również innych wspomnień.
Ulica Szeroka w II poł. XIX wieku
Ulica Szeroka na lubelskim Podzamczu stanowiła swoisty fenomen, przyciągający do dzisiaj wielu, głównie słuchaczy, opowiadań o niej. Nigdy nie doczekała się rzetelnych badań, osobnych analiz, a była przecież jedną z najważniejszych arterii handlowych miasta. Tu też tętniło życie religijne i społeczne lubelskich Żydów. Była z jednej strony symbolem dużego ośrodka żydowskiego na ziemiach polskich, jakim niewątpliwie był w przeszłości Lublin, a z drugiej mentalnością przypominała prowincjonalne sztetl, gdzie życie toczyło się tradycyjnym torem. Najgłębszy okres przemian zewnętrznych i wewnętrznych przeżyła Szeroka w II połowie XIX w., kiedy lubelscy Żydzi mogli opuścić wreszcie ciasne ulice i zaułki Podzamcza - Miasta Żydowskiego i zaczęli przenosić się na upragnione Stare Miasto, czy wręcz na Krakowskie Przedmieście, które kusiło najbogatszych swoją reprezentacyjnością. Spróbujmy wejść na Szeroką w owe lata przemian, jakie dokonywały się na niej, gdy z centrum handlowego nie tylko żydowskiego Lublina, Szeroka zaczęła przeistaczać się w główną ulicę po prostu tradycyjnego i niezamożnego Podzamcza , zdominowanego przez żydowskich handlarzy, rzemieślników, ale także przez tradycyjnych Żydów, do których zaliczali się chasydzi lubelscy. Tu przecież znajdowały się adresy kilku lubelskich bóżnic, znanych wszystkim miejscowym i wielu zamiejscowym Żydom: Szeroka 28 - bóżnica "Widzącego z Lublina", ojca chasydyzmu w Królestwie Polskim, Szeroka 2 - synagoga Hirsza Doktorowicza, czy Szeroka 40 - bóżnica chasydów lubelskich, dom założyciela lubelskiej dynastii cadyków, Jehudy Lejba Eigera. Nie były one jedynymi miejscami modlitwy przy tej ulicy. Do 1862 r., dopóki Żydzi lubelscy nie mogli zamieszkiwać na Starym Mieście, czy w rozwijającym się nowym Śródmieściu, ulica Szeroka bez wątpienia mogła uchodzić za jedną z najzamożniejszych ulic Żydowskiego Miasta. W zasadzie ustępowała chyba jedynie Kowalskiej, która przecież prowadziła do zakazanego dla Żydów Miasta Chrześcijańskiego i była swoistą granicą pomiędzy obydwoma światami. Z pewnością Szeroka, jako jedna z najgęściej zabudowanych ulic na Podzamczu, stanowiła też najbardziej ruchliwą arterię tej dzielnicy. Z racji swojej pryncypialności zamieszkana była przez najzamożniejszych mieszkańców Żydowskiego Miasta w Lublinie i, co również znamienne, już na długo przed 1860 r. doczekała się bruku, co stanowiło niebywałą rzadkość w tej części Lublina. W 1839 r., w jednym z pierwszych przewodników po Lublinie, autorstwa Sierpińskiego, możemy przeczytać: "Szeroka. Na Żydach, dobrze zabudowana" "Żydy", to oczywiście Podzamcze. Tak właśnie XIX-wieczni lublinianie nazywali inaczej dzielnicę żydowską. Nic dziwnego, że "dobrze zabudowana" Szeroka była miejscem, które najchętniej wybierali na zamieszkanie i prowadzenie interesów żydowscy mieszkańcy Lublina. Tu koncentrował się praktycznie cały handel żydowski Lublina, począwszy od hurtu, skończywszy na ubogim handlu ulicznym. Na pozostałe ulice i uliczki Podzamcza przewodniki z XIX w. radziły nie wchodzić. W 1877 r. Stanisław Krzesiński pisał o nich: "Pod górą zamkową, która się w niebardzo dobrym stanie znajduje i z której schodzić można w różnych kierunkach, rozłożone są ulice i uliczki zwane Podzamczem. Przeważnie zabudowane starymi, ścieśnionymi, drewnianymi i niechlujnymi domami. Ulice nadzwyczaj błotne i cuchnące, niebrukowane." Nic dziwnego, że dzielnica ta nie była częstym miejscem spacerów chrześcijańskich lublinian, dla których jedynym miejscem godnym odwiedzenia w tej części miasta były jeszcze w tym czasie sklepy na Szerokiej, chociaż dla najbardziej eleganckiej klienteli o wiele bardziej atrakcyjne były niewątpliwie liczne już w tym czasie składy i "handle" położone przy Krakowskim Przedmieściu, Nowej, czy Lubartowskiej. Przyjrzyjmy się ulicy Szerokiej w roku 1869, gdy coraz więcej zamożnych jej mieszkańców wolało przenieść się do chrześcijańskiego centrum miasta, bo to i większy splendor i zamożniejsza klientela, która zaczynała coraz rzadziej zaglądać w sukcesywnie zaniedbywane centrum Podzamcza. W 1869 r. przy ul. Szerokiej stało 50 domów. Była to więc jedna z najdłuższych i najgęściej zabudowanych ulic całego Lublina. Do 1939 r. przybyło tam zaledwie 2 kamienice. Pustych placów pod budowę już nie było tutaj wiele. W wydrukowanym w "Kalendarzu Lubelskim" z 1869 r. możemy przeczytać całą listę właścicieli tych nieruchomości i z rzadka jedynie można na niej znaleźć nazwiska najzamożniejszych żydowskich lublinian. Zaraz po 1862 r. na ulicę Królewską wyprowadził się stąd Dawid Warman, który w swoim mieszkaniu przy Szerokiej gościł przedstawicieli władzy rosyjskiej. Jego pęd ku asymilacji, który przejmie po nim jego syn, adwokat Bolesław-Ber Warman, zaprowadził go już do chrześcijańskiego Lublina. Cóż, prawdopodobnie rosyjscy urzędnicy niezbyt chętnie zaglądali do żydowskiej dzielnicy, w której obcy język, przywiązanie do odmiennej tradycji unaoczniało im, że Żydzi w Lublinie niekoniecznie muszą utożsamiać się z carską Rosją i wcale nie jest to takie oczywiste, że w pełni czują się poddanymi moskiewskich carów, mimo że na każdym kroku musieli udowadniać im swoją lojalność, nie otrzymując nic w zamian, poza kolejnymi aktami niechęci i wrogości. Dla samego Dawida Warmana żydowskojęzyczna Szeroka stawała się coraz bardziej obca. Zbyt daleko było stąd do polskiej kultury i języka, a także kariery. Z dawnych lubelskich bogaczy przy Szerokiej pozostali: Abram Hercman, właściciel domów oznaczonych numerami policyjnymi 402 i 465/6, który jednocześnie był swoistym przywódcą politycznym chasydów lubelskich, Jankiel Cukier, do którego należał dom pod numerem 404 - człowiek, który majątek swój zbudował zaczynając od zwykłej kramarszczyzny, a majątku dorobił się na handlu hurtowym i detalicznym trunków zagranicznych i przypraw korzennych. Jednakże jego kariera dobiegała już w tym czasie ku schyłkowi. W 1872 r. zbankrutowało jego główne przedsięwzięcie - zakłady produkcji żelaza w dobrach w Mazanowie. Nie były to jego jedyne nieruchomości w Lublinie - z pewnością bardziej dochodowymi kamienicami Cukiera były dwa domy przy ulicy Grodzkiej i dom przy Kowalskiej. Przy Szerokiej swoje kamienice posiadała zamożna rodzina Wahlów. Jej główny przedstawiciel i najbardziej znany zarazem w Lublinie, Fiszel Wahl, właścicel kamienicy oznaczonej numerem 457, jeszcze w latach 50-tych XIX w. dzierżawca podatków konsumpcyjnych w Lublinie i Zamościu, kontrolujący między innymi składy napojów alkoholowych. Inny dzierżawca dochodów konsumpcyjnych, ale tym razem mniejszego Biłgoraja, Berek Klawir, również jeszcze w 1869 r. posiadał przy Szerokiej własną nieruchomość, a raczej dwie połączone - 479/80 oraz kilka domów dalej, numer 482, do której współwłaścicielem był inny zamożny lublinianin, Morgensztern. Warto dodać, że Klawir posiadał dodatkowo aż trzy domy przy równoległej do Szerokiej, ulicy Zamkowej. Wszyscy ci ludzie, oprócz zamożności cieszyli się w Lublinie wielkim poważaniem wśród miejscowych Żydów. Wielokrotnie piastowali funkcje członków, a nawet przewodniczących Dozoru Bóżniczego, czyli przewodzili miejscowej gminie żydowskiej. Wymieniłem tutaj tylko tych najbardziej znanych, ale do tej grupy można zaliczyć także i innych, którzy mieli kamienice przy Szerokiej, jak chociażby: Cygielmanowie, Rozenmanowie, czy Cukierfajnowie. Jednakże w 1869 r. Szeroka nie była już najelegantszą ulicą Podzamcza. Wyprzedzała ją Kowalska z bardziej eleganckimi sklepami i składami hurtowymi i zaczynająca robić karierę handlową Lubartowska. Z pewnością nie była Szeroka ulicą przemysłową - funkcjonował tu jedynie tartak H. Hercmana, prawdopodobnie brata Abrama Hercmana, bowiem mieścił się ten zakład w posesji oznaczonej numerem 465/6. Nie było tu też najbardziej eleganckich sklepów, które spotykało się przy Krakowskim Przedmieściu, Królewskiej, Nowej, czy Kowalskiej. Z tych najbardziej znaczących należałoby wymienić "handle korzeni" Lewina i Henigsbilda (nr 479 i 478), "towary norymberskie" F. Goldwaga (nr 480), "matryały piśmienne" Minca i Flichtenrejcha (nr 482 i 97 1/2). Minc prowadził tutaj również "dystrybucyę tytoniu i tabak". Podobny skład miał przy tej samej ulicy B. Morgensztern (nr 464). Za to ulokowały się tutaj wszystkie - aż trzy - lubelskie składy wapna: dwa należące do M. i I. Cygielmanów (Szeroka 408 i 517) oraz jeden stanowiący własność Szrejbmana (Szeroka 464). Było tu też kilku rzemieślników: introligator Grynfeld, czterech piekarzy - Miller, Mnasze, Wassersztrum i Urman, dwóch spośród trzech lubelskich piernikarzy - Frajndlib i Mitelman, szlifierz Filenboim, tokarze - Dreksler i Wiślicki. Mieściła się tutaj również destylarnia wódek i likierów, należąca do A. Roznebanda, który jednocześnie sprzedawał je "w miejscu i do domów w składach i szynkach" oraz warzelnia miodu braci Cukierfajn. Podobnie, jak Rozenband wódki przy Szerokiej można było kupić u Najnsztejna, Cukierfajna, Duzmana, Szternfinkla i Fejgina. Tylko na miejscu podawał je Morgensztern. Żeby zakąsić tę wódkę, u Glandszpigla można było kupić ryby, ale nie było tu już znaczącego sklepu handlującego "różnymi wiktuałami, solą, octem i drobiazgami". Te najprędzej kupić można było dopiero przy Grodzkiej. Mąkę i kaszę sprzedawali przy Szerokiej: Listyk, Blechman, Nyrenberg i Henigsblidt oraz jedyny kupiec polski na tej ulicy - Brzeziński. Byli również hurtownicy zbożowi: Lewinsohn, Rubinsztejn, J. Wahl oraz Jekeles. Jeżeli ktoś potrzebował pilnie pożyczki, bądź chciał wymienić listy zastawne, to mógł to uczynić u Abrama Hercmana lub u jego brata K. Hercmana. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że tych firm było przy Szerokiej bardzo wiele, ale zdecydowanie bardziej ruchliwą w tym czasie była już Kowalska. Przy Kowalskiej mieściły się też bardziej eleganckie i zamożne sklepy. Z pewnością na Szerokiej można było spotkać także biednych handlarzy, rozkładających się ze swoim lichym towarem wprost na chodniku. Wszak jeszcze w okresie międzywojennym żydowskie handlarki upodobały sobie niewielki placyk - skrzyżowanie Szeroka, Kowalska, Zamkowa, Podwale, znajdujące się bezpośrednio za Bramą Grodzką, gdzie można było kupić słynne lubelskie bubelach - gryczane babki, które jadło się na ciepło, przekładając je masłem. Takich drobnych handlarzy, krążących po Szerokiej i jej bocznych uliczkach, musiało być z pewnością wielu. Widziało się wśród nich z pewnością sprzedawców pieczywa, igieł, nici i różnego innego drobiazgu. Zarobek z tego z pewnością nie był wielki, ale ten ciągły ruch powodował, że Szeroka wydawała się być ulicą pełną ludzi i życia. Oto, w jaki sposób korespondent "Kuriera Lubelskiego", S. Lubicz, opisywał centrum Żydowskiego Miasta w Lublinie w 1874 r.:
"Tysiące przeszkód i nieprzyjemności czekają na miejskiego turystę przy przejściu przez Miasto Żydowskie. Pomimo chodników asfaltowych, nawet podczas trwałej pogody trudno jest tu przejść, jak to mówią - suchą nogą - brak systematyczności, porządku, poszanowania cudzej własności i praw przyzwoitości - a nawyknienie do krańcowego niechlujstwa i samowoli, na każdym kroku uwydatnia się na mieszkańcach tej części miasta: na tretoarach zatamowane przejście: - znaczna liczba nosiwodów z kubłami uwija się bezustannie, małe dzieciaki obnażone leżą w poprzek chodników lub też obierają je sobie na miejsce zabawy. Handlarki stoją lub chodzą z różnemi sprzętami i naczyniami napełnionemi pieczywem lub suchemi produktami, inni stoją po kilka lub kilkanaście osób szwargoczą, kłócą się lub handlują: - przy studniach nieustannie bitwa i zbiegowisko: - ze sklepów na ulicę powystawiane stołki, ławki, worki i różne rupiecie: - tam znów na środku chodnika stoi waga z olbrzymiemi worami mąki otoczona tłumem zamączonych tragarzy, gdzie indziej sągi drzewa: - ze sklepików bezwzględnie na przechodzących, wylewają wprost na chodnik nieczystości lub wyrzucają śmiecie: - a żadną miarą nikt ci się z drogi nie usunie, każdy cię szturchnie i nawet zawala ubranie; słowem pragnąc przebrnąć przez Szeroką ulicę, czy to chodnikiem, czy środkiem zawalonym wozami i brykami, potrzeba wiele czasu i narażenia się na okułakowanie boków i zniszczenie porządnego ubrania." Autor tego, niezbyt pochlebnego "reportażu" z ulicy Szerokiej dotarł także do wspomnianego powyżej ryneczku-skrzyżowania za Bramą Grodzką. Był to mały plac u zbiegu Podzamcza, Szerokiej, Kowalskiej i Cyruliczej: "na którym w każde święto zbiera się wielka liczba wojskowych niższych stopni, handlarzy ulicznych i ludzi prywatnych - tak że nie tylko przejechać, ale przejść nie można. Tu dopełnia się sprzedaż i kupno przechodzonej bielizny, odzieży i butów." Nic też dziwnego, że dla chrześcijańskiego mieszkańca Lublina była to egzotyczna, niezbyt interesująca i rzadko odwiedzana ulica. Czytając XIX-wieczną prasę lubelską, w której poza kilku zasymilowanymi przedstawicielami inteligencji żydowskiej, jak chociażby Henryk Neumanowicz, czy Jakub Goldszmidt, którzy mieszkali zresztą poza Miastem Żydowskim, nie znajdziemy zbyt wielu korespondencji z Szerokiej. Po prostu Polacy tam nie chodzili, bo nie znajdowali dla siebie nic interesującego, a z pewnością czuli się wśród chasydzkiego i ortodoksyjnego tłumu bardzo obco. Wszystko to miało miejsce zaledwie piętnaście minut drogi spacerem z Krakowskiego Przedmieścia, które już było postrzegane jako najelegantsza ulica miasta. Przez całą II połowę XIX w. prasa lubelska krytykowała warunki panujące przy Szerokiej i jej bocznic. Ze szczególną trwogą opisywano tę część miasta w 1892 r., kiedy przez Lublina przeszła ostatnia, wielka epidemia cholery, uśmiercając głównie żydowskich, najbiedniejszych mieszkańców Podzamcza. Lekarze lubelscy pierwsi uderzyli na alarm, informując lublinian, że największe żniwo cholera zbiera właśnie w najuboższych domach Czwartku, Kalinowszczyzny, ulicy Lubartowskiej, a przede wszystkim Podzamcza: "Chorzy Izraelici pochodzą z najbiedniejszej klasy ludności. Jest to proletaryat najstraszniejszy, nędzarze, o jakich słabe pojęcie może sobie wytworzyć ten, co nie jest lekarzem i do tego przybytku zaiste dantejskiego piekła nie zagląda."
Dopiero właśnie epidemia z 1892 r. zwróciła nieco uwagę chrześcijańskich lublinian. "Gazeta Lubelska" uderzyła wtedy na alarm, że warunki życia w centrum Żydowskiego Miasta są tak straszne, że dopiero po ich zmianie, będzie można skutecznie walczyć ze wszelkimi epidemiami. Ukazał się nawet osobny artykuł pod znamiennym tytułem "Nieznajomość dzielnicy żydowskiej w Lublinie":
"Znaliśmy uwijających się w mieście handlarzy i faktorów - Żydów i Żydówki sprzedające po domach owoce, śledzie, naftę, zbyt dobrze znany jest nam obraz skupującego starą garderobę Żyda, lecz zamknięta w swej ciasnej, ziejącej trującemi oparami dzielnicy masa żydowska, stanowi dla wielu z nas to, co nazywamy terra incognita. Trzeba było dopiero epidemii, która zebrała obfite żniwo wśród nędzy, głodu i ubóstwa, by zrobić wyłom w tym chińskim murze, który zdawał się otaczać zydowską dzielnicę. Odgrodzona od nas wąskim pasem, znanym pod nazwą Bramy Żydowskiej (tj. Bramy Grodzkiej - przyp. R.K.), dzielnica ta ma tak odrębną fizyognomię, że zda się, jak gdyby morza ją od nas dzieliły. Na pierwszy rzut oka widzimy zbitą masę dorosłych, starców i dzieci, zalegającą chodniki, ulice i zaułki. Nad szarem tłumem uwija się jednolita masa brudnych, obdartych istot, nieznających dotąd użytku mydła i szczotki. Wynędzniałe fizyognomie, rzadko ożywiające się pod wpływem odbieranych wrażeń, wylęknione, przygnębione, wreszcie rozmowy obracające się wokół jednej myśli - zdobywania środków marnej egzystencji - dopełniają niewesołego obrazu. Z ulicą nie rozstają się w ciągu dnia ani na chwilę. Zastępuje im ona restaurację, giełdę, aulę do przyjęć towarzyskich, gabinet dla pogawędki, szkołę, resursę, teatr..."
Tragiczne warunki panowały także w mieszkaniach, gdzie najczęściej żyło po kilka-kilkanaście osób w jednej izbie - takie bowiem przeważały mieszkania przy ulicy Szerokiej. W latach 90. XIX w., gdy ulica ta jeszcze bardziej zubożała na skutek odpływu najzamożniejszych Żydów na bardziej eleganckie ulice w centrum miasta, pozostała tu w większość niezamożna lub bardzo biedna ludność żydowska, która często nie dojadała lub wręcz głodowała. Wszystkie kamienice były nieskanalizowane, a warunki higieniczne wołały o pomstę do nieba. Jedna ubikacja na całą kamienicę, był to szczyt luksusu higienicznego przy Szerokiej jeszcze w okresie międzywojennym. Mimo nawoływań jeszcze w latach 1892-1893 do poprawy warunków sanitarnych na Podzamczu, jedyną zmianą, jaka nastąpiła to było podłączenie kilku kamienic do wodociągu. Większość mieszkańców ulicy Szerokiej jeszcze w 1939 r. po wodę chodziło do publicznych studni. Nic też dziwnego, że dla Polaków Miasto Żydowskie było miejscem, do którego rzadko się przychodziło, chociaż na każdej żydowskiej ulicy mieszkało zazwyczaj kilka polskich rodzin, równie ubogich, jak ich żydowscy sąsiedzi. Były to rodziny stróżów w żydowskich domach, trochę ubogiej służby. Ulica Szeroka była także ulicą mówiącą w II połowie XIX w. po żydowsku. Tu nie było potrzeby łamania sobie języka ani polskim, ani rosyjskim. Nawet szyldy na sklepach w wielu przypadkach posiadały jedynie żydowskie napisy, a jeżeli znalazł się bardziej ambitny kupiec i próbował obok żydowskiego szyldu umieścić jego polski odpowiednik, wtedy niejednokrotnie narażał się na kompromitację z powodu słabej znajomości języka polskiego. Nierzadko można było spotkać takie kwiatki, jak chociażby ten, przytaczane przez "Gazetę Lubelską" w 1904 r., której dziennikarz lub korespondent znalazł szyld, na którym brzmiała następująca informacja: "Sprzedasz węgiel kamiennych i Drewnianych i koks kowalskie". Był to całkiem inny świat od tego, który można było spotkać już na Starym Mieście, czy przy Krakowskim Przedmieściu. Był to świat, który rzadko kontaktował się z sąsiadami z eleganckich, chrześcijańskich dzielnic. Szeroka posiadała jeszcze swój klimat religijny. Na początku tego artykułu wspominałem już o kilku miejscach modlitwy mieszczących się przy Szerokiej. Warto im poświęcić kilka słów, albowiem stanowiły one na tej ulicy miejsca charakterystyczne, a zarazem zabytkowe, a po których dzisiaj trudno szukać śladów, a nawet fotografii. W kamienicy przy ul. Szerokiej 2, róg Cyruliczej, która do 1942 r. kończyła właśnie swój bieg wylotem przy Szerokiej, mieściła się jedna z najstarszych synagog w mieście. Była to synagoga Hirsza Doktorowicza zwana także Kotlarską. Bóżnicę tę ufundował w 1638 r. Hirsz Doktorowicz, jeden z najbogatszych Żydów lubelskich, pełniących jednocześnie funkcję nadwornego faktora króla Władysława IV. W późniejszym okresie przejął ten przybytek modlitwy cech kotlarzy, sta zaczęto ją nazywać Synagogą Kotlarską. Przy Szerokiej mieściła się także XVIII-wieczna Bóżnica Parnas, ufundowana przez innego wybitnego lublinianina, jakim był Abraham Chaim Heilpern, ostatni marszałek słynnego Sejmu Czterech Ziem (Waad Arba Aracot), żydowskiego sejmu, zbierającego się od końca XVI w. do 1764 r., najczęściej w Lublinie. Synagoga Parnes posiadała jedną dużą salę męską oraz dwie żeńskie. W 1794 r. przy Szerokiej otwarta została jeszcze jedna gminna synagoga, a mianowicie Bóżnica de Chassidim, czyli chasydzka. Otwarcie jej było zasługą rabina Icka Szternfelda i co interesujące, była to pierwsza bóżnica chasydzka, która oficjalnie działała w centralnej Polsce. Jeszcze w połowie XIX w. w wielu miastach Królestwa Polskiego szykanowano chasydów, nie pozwalając im nawet piastować oficjalnych stanowisk w gminie żydowskiej. Natomiast Lublin już pod koniec XVIII w. miał oficjalnie uznaną synagogę chasydzką. Dobitne to świadectwo wpływu chasydyzmu na miejscowych Żydów. Dokumenty, niestety nie podają, w którym miejscu dokładnie mieściła się ta synagoga - czyżby to była bóżnica, która powstała przy Szerokiej 28, gdzie na przełomie XVIII i XIX w. mieścił się dwór twórcy chasydyzmu w Królestwie Polskim, cadyka Jakuba Icchaka Horowitza, czyli "Widzącego z Lublina"? Być może czytelnicy tego artykułu mogliby dopełnić tę niejasność własnymi informacjami. Ważnym miejscem była także Szeroka 40. Tu w połowie XIX w. osiadł założyciel lubelskiej dynastii cadyków, Jehuda Lejb Eiger - "Płaczący cadyk". Tu też pod koniec XIX w. powstała prywatna bóżnica chasydów lubelskich, uznających Eigerów za swoich przywódców. W każdą sobotę i święto żydowskie Szeroka zapełniała się czarnym od kapot tłumem chasydzkim, który przybywał z Lublina i całej Lubelszczyzny do swojego cadyka. Tu przychodzili także ci bogacze chasydzcy, którzy mieszkali na chrześcijańskich ulicach Lublina, tam posiadali swoje eleganckie sklepy lub kamienice, a do cadyka przybywali na rozpoczęcie szabatu, by spożyć z nim "trzecie danie", tradycyjny posiłek. Jeszcze w okresie międzywojennym Szeroka 40 była centrum religijnym dla lubelskich chasydów. Rodzina Eigerów kamienicę przy Szerokiej 40 zakupiła jednak dopiero na początku XX w. Wcześniej kamienica ta należała do Josefa Cygielmana. Nie tylko chasydzi lubelscy upodobali sobie Szeroką. Na przełomie XIX i XX w. istniały tu sztiblech - domy modlitwy chasydów z Parysowa i chasydów z Bełżyc. Ci pierwsi umiejscowili się w domu nr 41, a ci drudzy pod nr 37. Oprócz chasydów swoje domy modlitwy przy Szerokiej posiadały także poszczególne grupy zawodowe. Owe "profesjonalne" bóżniczki i sztiblech stanowiły charakterystyczną cechę Lublina. Przy Szerokiej 34 modlili się malarze, natomiast przy Szerokiej 40, w domu Eigerów, stolarze. Na Szerokiej nie brakowało więc miejsc i do robienia interesów i do modlitwy. Zdaję sobie sprawę z faktu, że mój przewodnik po Szerokiej jest niedoskonały. Brakuje w nim wielu elementów, ale może chociaż w ograniczonym zakresie starałem się odtworzyć atmosferę głównej ulicy Żydowskiego Miasta w momencie, gdy ulegało ono głębokim przemianom. Dzisiaj możemy się odwołać jedynie do dokumentów, artykułów, wspomnień i bardzo nielicznych fotografii.
Robert Kuwałek
