Sylwetki powojenne

Z Strona o Żydach lubelskich

Spis treści

FAJWEL FRYD

- nauczyciel języka żydowskiego i historii Żydów w powszechnej szkole żydowskiej w Lublinie w latach 1945 - 1949. Maleńki pokoik przy Krakowskim Przedmieściu w Lublinie. W szafach, na pułkach, podłodze, stole, łóżku, parapecie okna piętrzą się stosy książek. Niknie w nich drobna postać pana Fajwela Fryda. Ogromna, z górą 5-tysięczna biblioteka wywiera swoiste wrażenie. W otoczeniu mądrości zawartych w dziełach setek autorów można mówić i myśleć tylko o stopniu swojej ignorancji. Pan Fryd jest przedstawicielem nie spotykanych już dziś klasycznych myślicieli żydowskich, jakby żywcem wyjętych z dzieł Alejchema czy Pereca. Pochodzi z ortodoksyjnej rodziny żydowskiej w Chełmie. W młodości, tak jak ojciec, nosił bardzo długie pejsy i przepasywał chałat pasem, by odgrodzić czystą część ciała, gdzie jak wiadomo jest mózg i serce, od tej dalszej, nie tak bardzo już doskonałej. Żadnej szkoły nie ukończył. Uczęszczał natomiast do jeszybotu, czyli uczelni talmudycznej. Gdy miał 18 lat, zainteresowała się nim pewna studentka, sąsiadka. Chłopiec rozgorzał miłością. Nie do dziewczyny jednak, lecz do książek, które mu dostarczała. Były odmienne od dotychczas przez niego czytanych. Zawierały myśli często przeciwstawne Talmudowi. Dzieła te, z serii literatury zakazanej, rozbudziły w młodym Frydzie mnóstwo najprzeróżniejszych myśli. Im więcej oddawał się rozważaniom, tym bardziej świat wyuczonych prawd stawał w płomieniach. Kolejnym etapem w rozwoju ideowym młodzieńca był jego udział w wystąpieniach rewolucyjnych 1905r. Oskarżony o dokonywanie aktów terrorystycznych przesiedział 3 lata na lubelskim Zamku. Następnie zesłany na Syberie nielegalnie wędrował po całej Rosji. Sporo spraw w tym czasie przemyślał, obserwując burzliwy rozwój wypadków. Po pierwszej wojnie powrócił do kraju, wstąpił do lewicy Poalej Syjon i osiadł w rodzinnym Chełmie. Żył z prywatnego nauczania języka rosyjskiego. Jako korepetytor wzbudził miłość w 16-letniej panience, dwukrotnie od niego młodszej. Dziewczyna była tak zakochana, że gdy rodzina stawiała przeszkody w zawarciu małżeństwa, usiłowała popełnić samobójstwo. Ostatecznie skończyło się na zamążpójściu. Młoda mężatka poszła na medycynę i była wziętą lekarką w Chełmie Słuchaj Fajwel, ty nie musisz pracować. Ty się zajmij książkami, które tak bardzo lubisz. Rozmyślaj, pisz rozprawy, działaj społecznie, ja na ciebie zarobię - mówiła do męża. Jak radziła, tak upływało życie. Kwitła e rodzinie miłość uwieńczona przyjściem na świat Miny. Córka zapowiadała się świetnie. Studiowała polonistykę na Uniwersytecie im. Batorego we Lwowie gdzie profesor Klesner przepowiadał jej karierę naukową. Pan Fryd zaś odgrywał coraz poważniejszą role w Chełmie. Z natury miłośnik książek, bibliofil i biblioman, jak siebie określa, zgromadził10-tysięczną bibliotekę. W latach 1928 - 1930 wydawał lewicowe pismo pt. -Fołksblat" (Gazeta Ludowa). Był w jednej osobie redaktorem naczelnym, reportażystą, felietonistą, autorem artykułów i kronik, tudzież korektorem tych wszystkich tworów dziennikarskiego rzemiosła. Głównie jednak oddawał się badaniom folkloru żydowskiego. Zbierał do tego tematu żródła, literaturę, pisał rozprawy. Jako chełmianin i miłośnik miasta, którego mieszkańcy są - w literaturze żydowskiej, w przypowieściach ludowych i anegdotach - synonimem głupoty, zna chyba wszystko co na ten temat napisano i powiedziano. Nim spostrzegłem, szary zmierzch wcisnął się do pokoiku. Z trudem zapisywałem czwarty z kolei brulion, a gospodarz domu wciąż opowiadał o mądralach, cudotwórcach, perypetiach ludzi wybitnych i przeciętnych. Poprzez przypowieść, aforyzm, dowcip, kreślił bogatą galerię typów, wspomniał o przeróżnych problemach minionego czasu. Jak w życiu zazwyczaj się zdarza - dobro przeplatało się ze złem. Wszystko dało się jednak zrozumieć, wytłumaczyć. Jedno nie mieści się tylko w myślach i wyobrażeniach - epoka pieców, która przyniosła Żydom straszliwą zagładę. Wśród milionów ofiar zginęła świetnie się zapowiadająca studentka Mina. Choć posiadała aryjskie papiery, zdobyte olbrzymim kosztem, dobrowolnie zgłosiła się do getta, by towarzyszyć swej matce w drodze na śmierć. Panu Frydrowi zostały tragiczne wspomnienia. - Cóż mi z tego, że w głowie mam tysiące anegdot, kiedy w sercu samotność i smutek - mówi na zakończenie spotkania. (Rozmowa Romualda Karasia z Fajwelem Frydem, Kurier Lubelski, 16, 17 grudzień 1962r.)

MARIAN ADLER

- przewodniczący WKŻ w Lublinie w latach 1948 - 1950 Marian Adler, prezes lubelskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów, w Jahwe nie wierzy. Wiarę stracił w młodości, choć w rodzinnym Biłgoraju spośród siedmiu tysięcy osiadłych tam Żydów, każdy był religijny. Jeden więcej, drugi mniej, lecz tradycji przestrzegali wszyscy. Dopiero w jego pokoleniu wyrosłym w dwudziestoleciu międzywojennym część młodych odeszła od religii. Jedni zwrócili się ku komunizmowi, inni asymilowali do polskości. Adler wstąpił do Komunistycznej Partii Polski. Na jego terenie komuniści - Żydzi, Polacy, Ukraińcy - razem "robili robotę", podrzucali podziemną literaturę, agitowali, zakładali lewicowe związki zawodowe, a w istniejących organizowali swoje komórki. "Policja miała zajęcie" - wspomina z satysfakcją. Aresztowany za działalność komunistyczną odsiedział trzy lata. - Podobno wówczas polityczni mieli dobrze? - pytam. - Tak, mieliśmy swoje przywileje, ale dużo też zależało od więzienia. - Pan był w wielu? - Bojowców wozili po całym kraju. - Należał pan do nich? Maran Adler, nadal przystojny, niebieskooki, ze względu na swój "aryjski wygląd nazywany przez kolegów z TSK˝ "szabesgojem", uśmiecha się. - Należałem, to i dużo zwiedziłem. - Istnieje szeroko rozpowszechnione przekonanie, że w KPP większość stanowili Żydzi. - Było bardzo dużo Żydów. Nie wiem, czy większość, ale dużo, a po więzieniach to rzeczywiście prawie sami Żydzi siedzieli. Przynajmniej ja na takich trafiałem. - Jaka, według pana, była przyczyna tak licznego udziału Żydów w ruchu komunistycznym? - Przyczyna była prosta. My, Żydzi, byliśmy dyskryminowani. Głównie po cichu, lecz czasem oficjalnie, istniało przecież na uczelniach getto ławkowe. Wzmagał się antysemityzm. "Żydzi do Palestyny" - słyszało się często, więc uważaliśmy, że socjalizm będzie wybawieniem. - Komunizm na wzór radziecki. - Tak. Związek Radziecki był ideałem; który wielbiliśmy. Od nas, z Biłgoraja, kilku pojechało na szkolenie i nigdy nie wróciło. Prawdopodobnie zabili ich od razu, albo pognali na zsyłkę. A myśmy im zazdrościli! - Pan póżniej też znalazł się w Związku Radzieckim? - Na początku wojny uciekłem na wschód. Tam zostałem aresztowany przez NKWD i wywieziony na daleką północ, do Archangielska. Siedziałem w obozie pracy w straszliwych warunkach, až uwolniła mnie amnestia, po porozumieniu Stalina z rządem Sikorskiego w Londynie. Chciałem wówczas wstąpić do wojska polskiego, ale byłem tak chory i wycieńczony, że się nie nadawałem. - Kiedy pan wrócił do kraju? - W 1944.Tak jak większość powracających wylądowałem w Lublinie. Spotkałem znajomego, zacząłem pracować w Komitecie żydowskim i zostałem. To były trudne czasy, ale także wiele dobrego się działo, bo było jeszcze kilkaset tysięcy polskich Żydów. Ich obecność się czuło, działały różne instytucje. W 1947 zorganizowaliśmy zjazd Żydów lubelskich. Zjechały ich setki, może więcej. W mieście rozpuścili wiadomość, że przyjechali domy odbierać i zrobiła się panika. - Rozumiem, że Żydzi z Lublina rozproszyli się po kraju między innymi dlatego, że te domy były zajęte. - To nieprosta sprawa. Po likwidacji getta część własności przejęli Niemcy, a część sprzedali Polakom. Po wojnie napłynęło tu mnóstwo ludzi, także repatriantów zza Buga, głód mieszkań był ogromny, wszyscy żyli ściśnięci, więc jak jeszcze mieli się pomieścić ci Żydzi? Znałem takiego Żyda, który miał przed wojną piękną kamienicę, a potem mieszkał u swojego dozorcy, aż wyjechał na Ziemie Zachodnie. Tam było dużo miejsca. - Pewna grupa jednak pozostała. - Niektórzy przedwojenni, inni nowi, jak ja. - Co się z nimi stało? - Zabrały ich kolejne emigracje. Jeszcze do sześćdziesiątego ósmego w naszym klubie było pełno, mieliśmy kawiarnię, zespół młodzieżowy, taki big-beat, wieczorki taneczne. Młodzi wyjechali wszyscy, zostało trochę starszych. Zbieramy się czasami, dziesięć, dwanaście osób. Lokal podnajęliśmy Radzie Adwokackiej, bo nam taki obszerny już niepotrzebny, instrumenty muzyczne oddaliśmy do Domu Dziecka. Odbywają się odczyty, niekiedy jakiś aktor przyjedzie... Zajmujemy się też pomocą dla chorych i samotnych. Ot, i wszystko. - Co pan myśli teraz o komunizmie? - Idea jest piękna, szlachetna. Zależy, kto to robi. - A swój udział w jego tworzeniu, jak pan widzi? - Tu się mówi, że Żydzi Polakom zrobili komunizm, a sami uciekli do Izraela. No, ja przynajmniej nie wyjechałem. - Dlaczego? Jestem samotny. Nie miałem gdzie. (M. Niezabitowska, T. Tomaszewski, Ostatni współcześni Żydzi polscy, Warszawa 1993)

Marian Adler

- pochodził z Biłgoraju, z zawodu szewc. Wojnę przeżył w ZSSR i wrócił po wojnie do Kraju, osiadł w Lublinie wraz ze swoją żoną Rosjanką, która umarła w Lublinie w latach 80 - 85. Adler też był przewodniczącym WKŻ w Lublinie do ostatniej chwili jego życia. Był członkiem PPR i PZPR, był człowiekiem spokojnym, zrównoważonym, pracował nad sobą i był ogólnie mile widziany. (Informacje - list Aleksandra Szryfta, w posiadaniu autora)

ELJASZ (EDWARD) UNGIER

- członek komórki PPR przy WKŻ. Drugim żydowskim komunistą w mieście jest Edward Ungier. Znają się z Adlerem jeszcze z przedwojennej działalności w partii, przyjażnią do dzisiaj i razem chodzą do bożnicy. "Nie wierzymy - mówi Ungier - ale przychodzimy, żeby dziesięciu było i oni mogli się modlić. Trzeba ich przecież jakoś podtrzymać". Przed laty, kiedy żydów w mieście było wielu i wszyscy mieli znacznie więcej zdrowia, energii i zapału, ci z TSKŻ˝ i ci z gminy nastawieni byli do siebie niechętnie, wręcz wrogo. "Sprzedawczyki, szajgece" mówili o partyjnych pobożni. "Ciemniaki, zacofańcy" określali religijnych komuniści. Dzisiaj, kiedy zostało ich tak niewielu, a starość, samotność i choroby trapią wszystkich jednakowo, spory sprzed lat wydają się mało istotne i z rzadka tylko, w jakiejś rozmowie, słychać słabe echo dawnych namiętności. Edward Ungier także czuje się stary, chory i samotny. Bardzo stary, bardzo chory i bardzo samotny. W młodości był siłaczem. Lekko zarzucał na plecy stukilogramowy worek, pracował cały dzień bez żadnego zmęczenia, a jeśli chodzi o jedzenie... Matka nie mogła nastarczyć, szczególnie że było ich w domu dziesięcioro rodzeństwa i ojciec, krawiec, ledwo zarabiał na skromne utrzymanie. Siły stracił w Związku Radzieckim. "Wróciłem stamtąd jako wrak" -mówi. Pięć lat wojny, obozów i głodu zrobiły swoje. Nabawił się szkorbutu, nerwicy, bezsenności i już nigdy więcej nie czuł się naprawdę dobrze, a teraz cierpi na wszystkie możliwe choroby: cukrzycę, prostatę, niewydolność nerek i krążenia. Najgorsze są jednak cierpienia moralne. - Podczas wojny to ja się tylko zastanawiałem, czy dożyję takiego szczęścia, żeby bochenek chleba leżał na stole, żeby można go było spokojnie kroi- i potem zjeść. Oj, myślałem wtedy, już chyba tego nie dożyję. Więc kiedy jednak przeżyłem i wróciłem do Polski, to chciałem tylko spokoju. Ale i tego mi nie dali. - Dlaczego? - Bo byłem ˝żydem". - Dawano to panu odczuć? - Tutaj jest taki antysemityzm w białych rękawiczkach. Niby go nie ma, a jest. - Jak on się przejawia? - Kiedy przyjechałem w 1945 roku, towarzysze z partii wzięli mnie od razu do Komitetu i mówią: "Edward, ty tu teraz będziesz szefem, dyrektorem. Zaraz ci coś znajdziemy". Ale ja nie chciałem, bo nie mam przecież żadnego wykształcenia, więc zostałem urzędnikiem. I właściwie dobrze mi się działo. Pracowałem spokojnie do emerytury. Ale jednak od czasu do czasu coś wyłaziło niczym czyrak, który się odnawia. - Co? - Odznaczenia nie dostałem, choć wszystkim innym przyznawano. Emeryturę dali mniejszą, niż mi się należała. I tak dalej i tak dalej. . . No i zawsze gdzieś na końcu to wylazło: bo jesteś Żyd. A najgorzej z dziećmi było. - Ma pan córkę i syna. - Udali mi się. Spokojni, porządni, po wyższych studiach. Oni oboje bardzo ciężko przeżyli l968 rok. Ponieważ moja żona jest Polką, a do tego ja nie uznawałem religii, więc dzieci były chowane całkiem normalnie. A potem, w sześćdziesiątym ósmym, okazało się, że im moje Żydostwo wypominają. Syn tak to przeżywał, że o mało antysemitą nie został. - Antysemitą?. . . - Z każdej strony wtedy na Żydów gadali, i jemu dokuczali na różne sposoby. Przychodził do domu i gryzł się i pytał: "Dlaczego, tato? Czy ja jestem gorszy od innych? Czy ˝żydzi są naprawdę tacy okropni? No coś w tym przecież musi być" - Syn wyemigrował po l968? - O nie! Niedawno nawet z Adlerem o tym rozmawiałem. Gdzie my mieliśmy głowy? Już w 1946, po pogromie kieleckim, trzeba było wyjeżdżać. A już na pewno po 1968. Ale wtedy właśnie Adler mnie zmylił. "Zostańmy jeszcze - mówił. - Nieżle nam się żyje. Zobaczymy, co będzie dalej, a nas zawsze wypuszczą". Lata mijały, my robiliśmy się coraz bardziej starzy, niedołężni. I teraz wypuścić, to owszem, stąd nas wypuszczą, ale gdzie są ci, co nas przyjmą? - Pana dzieci nie ma jednak w Polsce. - Córka wyjechała najpierw, w 1978 roku. Razem z mężem, Polakiem, osiedli w Kanadzie koło Vancouver. Syn razem z żoną i sześcioletnią córką wyemigrował dopiero w 1981. Póżno, dużo za póżno, dochodził już czterdziestki. I tak mieszkają wszyscy razem w tym miasteczku nad Pacyfikiem, a mnie jest tutaj ciężko, o jak ciężko, bo wiem, że ich już nigdy nie zobaczę. To jest straszne. Nawet w godzinę śmierci będę zupełnie sam. Oni nie mogą tutaj przyjechać. Ja jestem bardzo chory i nie mam ani siły, ani pieniędzy, żeby wybrać się w daleką podróż. I co mi zostało na koniec życia? 'Tylko listy. Listy i fotografie. (M. Niezabitowska, T. Tomaszewski, Ostatni współcześni Żydzi polscy, Warszawa 1993)


GRISZA ZAJDENWAR

- pochodzi z Parczewa, z zawodu mechanik - specjalista od maszyn do szycia, wojnę przeżył w ZSRR, mieszkał po wojnie w Lublinie, członek PPR i potem PZPR. W latach 1947 - 1949 pełnił funkcję przewodniczącego Wojewódzkiego Komitetu Żydów w Lublinie. Był wyjątkowo nie lubiany, miał bez przerwy konflikty z członkami tegoż komitetu. Był żonaty, ale żona opuściła go i wyjechała do Izraela. (Informacje - list Aleksandra Szryfta, w posiadaniu autora)

JAKUB GOLDFINGER

- członek Poalej Syjon lewicy, z zawodu stolarz meblowy, wojnę przeżył w ZSSR, wrócił do Lublina, zajmował się handlem, wraz z żoną mieli stragan na placu targowym koło "HALI". Sam Goldfinger był rodowitym lubliniakiem, żona jego pochodziła z Warszawy. Na przełomie lat 49 - 50 wyemigrował do Izraela, gdzie wrócił do starego zawodu (był dobrym fachowcem). Syn Goldfingera ukończył wyższe studia w Izraelu i nawet napisał pracę naukową o okresie wojny na Lubelszczyżnie. (Informacje - list Aleksandra Szryfta, w posiadaniu autora)

MONIEK

- (GORT - przypis A. K) tak go nazywała żona i w ślad za nią wszyscy. Słowo Moniek to pochodne słowo od słowa Mojżesz lub Mosza (hebr.) Moniek wraz ze swoją małżonką pochodzą z Warszawy, na początku wojny uciekli do Rosji, po wojnie wrócili do Kraju i osiedli w Lublinie, gdzie objęli pracę -wożnych" w biurze WKŻ na ulicy Krakowskie Przedmieście 60. Urodziła się córka i byli zadowoleni ze swojego stanowiska. Na początku lat pięćdziesiątych wyjechali do Izraela i tu kontynuowali swój spokojny żywot. Urodziły im się wnuczki i prawnuki. Moniek żyje po dziś dzień w Tel-Awiwie od czasu do czasu można go spotkać w alei im. Rotschilda w Tel-Awiwie. (Informacje - list Aleksandra Szryfta, w posiadaniu autora)


ARON NISENBAUM

- urodził się w Lublinie, pochodził z domu tradycyjnego, był biegły w judaizmie, był aktywnym członkiem Bundu w okresie między wojnami. Był też sekretarzem Związku Pracowników - Handlowców. Przez pewien okres reprezentował Bund w kongregacji wyznaniowej. Wojnę przeżył w Rosji, po czym wrócił do Lublina, gdzie brał udział w organizowaniu pomocy ludziom, którzy przeżyli obozy koncentracyjne lub wrócili ze Związku Radzieckiego. Reprezentował Bund w WKŻ w Lublinie. Zarobkowo pracował w magazynach miejskich centrali odzieżowej. Partyjnie nie był zaangażowany, bo był to okres łączenia się Bundu (części) z PPR w PZPR. Większa część starych przedwojennych bundowców nie miła zaufania do aktu "łączenia się" z komunistami, pamiętając co się stało w ZSRR z "KOM_BUNDEM". (Warto problem ten poznać!!!) Aron N. Miał brata Chaima w Kanadzie, do którego pojechał na początku lat sześćdziesiątych. W Kanadzie udzielił się pracy partyjno - społecznej. Umarł w wieku dziewięćdziesięciu pięciu lat. W latach 70 - 80 odwiedził dwa razy Izrael, gdzie spotkał się z ziomkami i starymi towarzyszami partyjnymi. Był powszechnie ceniony i lubiany. Był człowiekiem budzącym zaufanie. (Informacje - list Aleksandra Szryfta, w posiadaniu autora)


NOECH KAMIEŃ

- lublinianin z prawdziwego zdarzenia. Pochodził z rodziny drobnomieszczańskiej, uczęszczał do szkoły powszechnej i gimnazjum, którego nie ukończył, bo został zaaresztowany za działalność lewicową -MOPR -, spędził kilka lat w więzieniu. Wojnę przeżył w ZSSR. Po powrocie do kraju osiadł w Lublinie, gdzie pracował jako urzędnik w WKŻ. Po wojnie był też czynnym członkiem PPR I PZPR. Robił też zaocznie studia prawnicze. Był ożeniony z kobietą z Galicji, osobą nie sympatyczną, która miała krewnych w Australii, dokąd wyjechali w latach sześćdziesiątych. Noech był człowiekiem inteligentnym, bardzo oczytanym, wyjątkowo biegłym w historii polskiego ruchu robotniczego i literatury świata. N. Kamień działał wśród młodzieży szkolnej i studenterii. (Informacje - list Aleksandra Szryfta, w posiadaniu autora)

IZRAEL KUPFER

- Kupfer pochodził z Chełma. Był synem zamożnych rodziców i miał "ciągoty" lewicowe. Był pierwszym przewodniczącym WKŻ w Lublinie po wojnie, ożenił się z Polką, mieli kilka pociech, w końcu wyemigrowali do Izraela. Tu im się nie bardzo wiodło, Kupfer chorował, żył z marnych zarobków, bo nie miał zawodu. (Informacje - list Aleksandra Szryfta, w posiadaniu autora)

BEREK ŚLIMAK

- mieszkał przed drugą wojną światową w Lublinie na ul. Bychawskiej. Był wspólnikiem młyna. Po pogromie w Kielcach wyjechał z Polski i dotarł do Wenezueli gdzie mieszkał jego znajomy o nazwisku Dach. W stolicy Caracas podczas napadu rabunkowego został zamordowany przez rabusia, któremu odmówił (podobno) oddanie teczki skórzanej, którą miał ze sobą. Wersję tę potwierdził jego były sąsiad z ulicy Bychawskiej. (Informacje - list Aleksandra Szryfta, w posiadaniu autora)


GRZEGORZ JASZUŃSKI

- członek Bundu i w latach 1944 - 1945 członek Komitetu Żydowskiego w Lublinie -Jak to się stało, że trafił Pan do Bundu? -Studiowałem prawo na Uniwersytecie Warszawskim i miałem polityczne zainteresowania. Całokształt życia, to, co się widziało, a także młodość, skłaniały człowieka do lewicowości. To wtedy wisiało w powietrzu. Czytałem "Robotnika". Uważałem, że kraj trzeba prowadzić ku postępowi, a droga socjalistyczna jest najlepsza. -Dlaczego więc nie ZNMS czy PPS? -Byłem świadomy swojego pochodzenia. Moi rodzice byli wprawdzie zasymilowani, ale dziadkowie w Grodnie byli prawdziwie tradycyjnymi Żydami. -To ojciec zerwał z tradycją. W domu mówiło się po polsku, czytało polskie książki, chociaż ojciec był jednym z dyrektorów ORT -u, organizacji szkolenia i pracy rzemieślniczej dla ludności żydowskiej. I to on zaszczepił mi myśl, że trzeba interesować się Żydami, cywilizować ten naród. Przynależność do Bundu była więc jakby bardziej uczciwa czy zgodna z rodowodem. - Czy Bund był dużą partii? Miał wielu zwolenników? - Opowiem Pani taką historię. W końcu lat trzydziestych odbywały się wybory do Rady Miejskiej w Warszawie. W sumie, w całym mieście, było sto mandatów. Bund zgłosił swoją listę do wyborów i stało się coś, czego nawet moi przywódcy nie przewidzieli: że z dwudziestu mandatów, które przypadły stronnictwom żydowskim, Bund zdobył siedemnaście, a trzy mandaty pozostałe stronnictwa syjonistyczne. - Byłem wtedy pełnomocnikiem Bundu w Okręgowej Komisji Wyborczej w okolicy ul. Grzybowskiej, a był to rejon zamieszkany dość gęsto przez Żydów. Kiedy przyszedłem do lokalu wyborczego, przewodniczący Komisji, skądinąd bardzo uprzejmy, potraktował mnie tak, jakbym nie wiadomo po co tu przyszedł. Posadził przy bocznym stoliku i zaczął otwierać koperty. Po jakiejś pół godzinie zorientował się, że dużo głosów jest na moją listę i zaczął mnie tytułować magistrem: "No - powiedział - panie magistrze, wizę, że pan tu wygrywa" - i zaprosił do głównego stołu. Jeszcze za jakiś czas, kiedy zobaczył, że ogromna większość głosów oddana jest na Bund, to mnie jeszcze herbatą poczęstował i złożył gratulacje. W każdym razie na przypadające na ten okręg trzy mandaty - dwa, a właściwie dwa i pół, zdobył Bund. Łącznie, jak mówiłem, w całej Warszawie dostał siedemnaście mandatów. Wówczas to, jeden z przywódców Bundu, Wiktor Alter, został ławnikiem magistratu. Po raz pierwszy w przedwojennej Polsce Żyd był ławnikiem magistratu! A inny przywódca, Henryk Erlich, został przewodniczącym frakcji w Radzie Miejskiej. Znałem osobiście Erlicha i Altera. Erlich był adwokatem. Współpracował z moim patronem - adwokatem, w kancelarii którego pracowałem - z że był zajęty działalnością polityczna, zdarzało mi się występować w jego zastępstwie. Dwaj jego synowie, Aleksander i Wiktor, byli moimi kolegami w studenckich czasach. Bywałem u nich w domu i wtedy spotykałem tam pana Henryka Erlicha. (...) Kiedy się czyta stare dokumenty widać, że Bund nie tylko programowo, ale i w formach działania był bliski PPS - organizował szkoły, samokształcenie, placówki zdrowia. Należałem do "Ogniwa" - studenckiej organizacji Bundu, tak jak ZNMS była studencką organizacją PPS -u. Z ludżmi z ZNMS -u utrzymywaliśmy żywe stosunki, mieliśmy tam wielu przyjaciół. Moja działalność w Bundzie, w latach studenckich, polegała na tym, że występowałem jako prelegent albo brałem udział w spotkaniach polemicznych, często z komunistami, których nie lubiliśmy za sekciarstwo i stosunek do Stalina. Byliśmy więc z jednej strony antykomunistyczni - mówiąc o póżniejszych latach trzydziestych, już po procesach moskiewskich - a z drugiej strony - antysyjonistyczni.(...) - Czy odczuwał Pan antysemityzm przed wojną? - Osobiście antysemityzm odczułem raz, W 1968 roku. Oczywiście, przed wojną wiedziałem o antysemityzmie. Przede wszystkim z gazet. Były przecież pisma endeckie. Było hasło: -Nie kupuj u Żyda", bojkot sklepów żydowskich. Był pogrom w Przytyku, niewielki, jeśli tak można powiedzieć. Zginęły dwie lub trzy osoby. Ale mnie osobiście nie dotknął ani razu. Po studiach zostałem normalnie aplikantem w sądzie, potem byłem urzędnikiem Banku Zachodniego. Może gdybym chciał zapisać się np. do klubu sportowego "Legia", to by mnie, jako Żyda, nie przyjęli. Ale nie chciałem niczego takiego. - I nie miał Pan uczucia, że jest Pan obywatelem "drugiej kategorii"? Takiego uczucia w sobie, dla siebie? Wobec tego wszystkiego, co się czytało, czuło wokół? Hanna Krall napisała książkę o tym poczuci -sublokatorstwa", które jakby określiło całe życie narratorki powieści. Jest młodsza. Wyniosła to poczucie z czasów wojny. Nie, ja czułem się w Polsce u siebie. Czułem się Polakiem z innym rodowodem. - W czasie wojny znalazłem się w Wilnie. Byłem dwa lata w getcie. Uciekłem z getta i we wrześniu 1944 roku znalazłem się w wolnym już Lublinie. Tu od razu rozpocząłem pracę w prasie pepeesowskiej. Tę pracę i ówczesną powojenną wolność odczuwałem jako szczęście. Gazeta najpierw nazywała się "Lubelska", potem "Robotnik". Zostałem tam po pewnym czasie, zastępcą redaktora naczelnego. Byłem nim do zjednoczenia PPS i PPR - czyli do likwidacji "Robotnika". - Czy to znaczy, że wojna zmieniła Pana spojrzenie na Rosję? - W latach 1944 - 1948 mieliśmy jeszcze pewne złudzenia. Uważaliśmy, że w Polsce będzie mogła wnieść coś ze swego programu do rzeczywistości, że w Polsce będzie się działo jednak coś innego niż w Rosji. Jeszcze w 1947 roku na zjeżdzie PPS Cyrankiewicz grzmiał, że "PPS była, jest i będzie potrzebna narodowi polskiemu". W marcu następnego roku pojechał do Moskwy. Przebiegu tamtych rozmów nigdy nie ujawniono. Ale wkrótce, w czerwcu, w PPS zaczęły się czystki. Usuwano z partii tych, którzy nie chcieli zjednoczenia. Wielu moich przyjaciół spotkały szykany. Np. profesora Juliana Hochfelda z partii nie wykluczono, ale miał przykrości. Pamiętać jednak trzeba, że linie podziału nie były jednoznaczne. Uczciwi ludzie byli i wśród tych, którzy odeszli, i wśród tych, którzy weszli do PZPR. Uważali, jak np. Jan Strzelecki, że potrafią wnieść do tej partii humanistyczne treści PPS. Ja zachowałem złudzenia do zjazdu zjednoczeniowego. Dalej - już nie. Ale miałem szczęście. W czerwcu 1948 roku wysłano mnie na korespondenta do Ameryki, i całe to wrzenie mnie ominęło. Po powrocie wywierano na mnie presję, bym wstąpił do partii. Rozmawiał wtedy ze mną Stefan Staszewski, znana postać, stosującą metodę kija i marchewki. Marchewką było wysokie stanowisko. Presja - straszne. Nie spałem kilka nocy - ale nic. Nic się nie stało. - Jak Pan przyjął "pażdziernik"? - Uwierzyłem. W 1956 roku uwierzyłem, że może być inaczej. No, teraz wstępuję do partii - powiedziałem do profesora Hochfelda. "Za miesiąc cię wyrzucą" - odpowiedział. I uratował mnie. W 1957 roku było już po "pażdzierniku". Zresztą u nas, w "Życiu Warszawy", najbardziej krytyczne artykuły ukazywały się w 1955 roku. "Pażdziernik" odbyliśmy wcześniej. (...) - W 1956 roku wielu Żydów wyjeżdżało. Czy byli wśród nich i Pana znajomi? - Po wojnie? Miałem niewielu znajomych Żydów. - Rok 1968? - W roku 1968 antysemityzm był dla Moczara po prostu narzędziem walki o władzę. Z przeżyć osobistych - to był ten jeden raz, kiedy spotkałem się z antysemityzmem w Polsce. Stałem się wówczas obiektem brutalnego ataku fizycznego. Było tak. Wychodziłem z dyżuru nocnego w "Życiu Warszawy". Przyjechała po mnie żona, też po dyżurze. Z ciemności ulicy wynurzyli się i zbliżyli do mnie dwaj faceci, pijani czy też udający pijanych. "To ty się nazywasz Jaszuński?" - zapytał jeden. Obejrzałem się. "To ty jesteś Żyd - powiedział drugi i walnął mnie w czoło żyletką w oprawie trzymaną między palcami. Celował w oko, ale nie trafił. Polała się krew, żona zaprowadziła mnie do pobliskiego szpitala, gdzie zszyto ranę. To są moje osobiste wspomnienia z poczynań Moczara i Walichnowskiego. (...) - Nie pisywał Pan :"wrednych" artykułów. Ale, czy jednak praca w redakcji w tamtych latach nie niosła ze sobą problemów sumienia? - Pisałem tylko to, co chciałem. Powiem może nieskromnie, że jako znany dziennikarz mogłem wybierać tematy. A czy nie było nacisków? Były. W 1968 roku po wejściu do Czechosłowacji wojsk Układu Warszawskiego, Ryszard Wojna, wówczas naczelny "Życia", wołał do siebie po kolei trzech czołowych publicystów pisma i zlecał napisanie hymnu pochwalnego. I wszyscy trzej po kolei odmówiliśmy. Chce Pani wiedzieć, którzy to byli? Kazimierz Dziewanowski, Wiesław Górnicki i ja. Wszystkie świństwa pisywał wtedy Bolesław Wójcicki. Tak, że ja nawet nie byłem pod naciskiem. Miałem łatwe życie. Jednak, gdy się pracuję w gazecie, istnieje nie tylko sprawa tego, czego się samemu nie pisało. Tak, to nie jest proste. Bo gdy moja koleżanka ogłaszała artykuł antysemicki - nie mogłem tego nie przeżywać Jest także inny problem. Sprawa rzeczywistości, która się dzieje, a o której pisać nie możemy. Ludzie siedzą w więzieniach - a my milczymy. Ktoś cierpi biedę - a my milczymy. Takie rozterki miałem cały czas. Wreszcie, gdy 13 grudnia 1981 roku ogłoszono stan wojenny, zrezygnowałem z pracy w "Życiu Warszawy" bez żadnych namysłów i chodzenia na weryfikacje. Zresztą byłem, w zacnym towarzystwie, ze Stefanem Bratkowskim na czele. - Jak Pan widzi dziś, po latach, szansę socjalizmu? - Ja w dalszym ciągu wierze, że socjaldemokratyzm - taki jak np. szwedzki - to jest to, co może być w życiu społecznym najlepszego.

(R. Pragier, Żydzi czy Polacy, Warszawa 1992 rok.)


Adam Kopciowski