Regina Milsztajn

Z Strona o Żydach lubelskich

Obecnie nazywam się Regina Winograd, ale z domu Rykla Milsztajn. Tatuś mój nazywał się Szlomo Milsztajn, mamusia Rywka Milsztajn z domu Papier. Siostra moja najstarsza Rachela Milsztajn, no i oczywiście ja, Rykla Milsztajn i pozostałe rodzeństwo, Josef , Ester, Uszer i Eliezer. Było nas sześcioro dzieci i mieszkaliśmy w Lublinie, przy ulicy Lubartowskiej 65. Chodziłam do szkoły na Czwartku, skończyłam sześć oddziałów. W 1939 r., gdy wybuchła wojna, uciekliśmy z Lublina. Nie weszliśmy do getta. Przedtem było jeszcze kilka łapanek. Tatuś mój był kilkakrotnie złapany. Ja też byłam złapana w łapance i pracowałam u Niemców. Czyściłam śnieg, czyściłam im buty, czyściłam im łóżka. Wszystko, każdą ciężką robotę, którą mi dali, ja robiłam. Po jakimś czasie, jak otworzyło się getto w Lublinie, Tatuś, gdy go zwolnili z Majdanka (z początku, gdy jeszcze nie utworzyli getta, to łapali Żydów i wysyłali ich na różne ciężkie roboty - niektórzy zostali tam zgładzeni, niektórzy wrócili). Mój Tatuś, gdy został złapany na Majdanek, to ja tam pobiegłam i pamiętam, że szukałam go pomiędzy wszystkimi głowami. Byłam wtedy mała, drobna, stawałam na palcach i szukałam między wszystkimi głowami i po dwóch dniach Tatuś wrócił do domu. Nie wiem, jak i co, ale wrócił do domu. Przyszedł i powiedział: "jeżeli my teraz nie uciekniemy z Lublina, to my żywi nie zostaniemy". Byliśmy jeszcze trochę w domu i Tatuś wynajął jakąś furmankę, nie wiem, jak on to zrobił, nie miałam wtedy o tym pojęcia, ale pojechaliśmy do Rozkopaczewa. Tam przyszliśmy i Tatuś zaczął tam pracować u wieśniaków. Cała rodzina, wszyscy pracowaliśmy. Wieśniacy tam byli z nas zadowoleni, bo moja Mamusia, zajmowała się czymś, co dzisiaj nazywa się leczenie alternatywne. Jeżeli były tam choroby w inwentarzu, to robiła im różne wywary. Pamiętam, jak dziś, jak Mamusia robiła jakiś wywar dla krów, czy dla koni i powiedziała, żebyśmy wyszli z pokoju, ponieważ to było strasznie ostre. Potem założyła na twarz jakiś ręcznik, ponieważ to było bardzo ostre, a ona musiała to gotować. Później zapanował tam ciężki świerzb. To też robiła różne maści. Także dzięki temu przetrzymywali nas przez pewien okres. Później wiedzieli już, że nie mogą nas dłużej trzymać, bo wiedzieli, że jeżeli przyjdą Niemcy i nas złapią, to rozstrzelają i ich i nas. To było takie ostrzeżenie. My byliśmy jeszcze trochę w tej wiosce i pewnego razu przyjechali tam Niemcy. Między tymi Niemcami był także taki Dolmetscher - tłumacz z niemieckiego. Ubrany był też w takie buty z ostrogami. Oni przyczepili się do nas, że niby Mamusia coś powiedziała, ale ona nic nie powiedziała takiego, za co można byłoby nas ukarać. Wtedy zaczęli nas bardzo bić i szukali Tatusia. Tatuś był schowany, a oni chodzili po tym pokoiku z bagnetami na karabinach i szukali, pytając: "gdzie stary?!" Ponieważ moja starsza siostra była bardzo ładną dziewczyną, gdy Mamusia usłyszała, że Niemcy idą, wysmarowała swoje palce sadzami z fajerek i nasmarowała siostrze twarz. Bała się o moją siostrę. Gdy oni przyszli i zobaczyli taką dziwną twarz, zaczęli ją bardzo bić i zaczęli ją strasznie kopać. Gdy ja do niej podeszłam i płakałam, to mnie też zaczęli strasznie kopać i Mamusię też. Mamusię tak zbili, że w końcu Mamusia powiedziała: "Herrschaften, bitte schuess mich. Ich kann nicht mehr". Moja Mamusia znała niemiecki, znała rosyjski, była bardzo inteligentną kobietą. Wtedy tak nas zbili i moja mała siostrzyczka weszła na podwyżkę, tam, gdzie przechowuje się siano i ktoś z nich pobiegł za nią i zrzucił ją z góry, ale ponieważ była małym dzieckiem, to nic się jej nie stało. Nawet nie płakała. W końcu ci Niemcy, było ich dwóch i Polak, ten tłumacz, kazali nam się wynosić. Chcieli nas wygonić z tego mieszkania. Wtedy moja Mamusia powiedziała "Nicht hojlechen, nicht hojlechen". Co to znaczy "nicht hojlechen" - zazwyczaj, kiedy zapala się świece w piątek wieczór i robi się kidusz, wtedy nie rozmawia się w żadnym języku, tylko po hebrajsku. To jest taki loszon kojdesz - taki hebrajski, w którym rozmawiało się kiedyś. A to "nicht hojlechen" znaczyło "nie iść", bo moja Mamusia wiedziała co to są Niemcy i wiedziała, że jeżeli ktoś z nas pójdzie, to nas zastrzelą. Dlatego krzyczała "nicht hojlechen". W każdej żydowskiej rodzinie znali tych kilka słów. Wiedzieli, jak się mówi po hebrajsku sól, chleb. Przy stole się w ogóle nie rozmawiało, tylko czekało się, kiedy Tatuś skończy ten kidusz i wtedy każdy, w każdym domu znał tych kilka słów po hebrajsku. To nas ocaliło. Pobili nas i poszli. My byliśmy tak pobici, że nawet nie można było wstać. Za pół godziny wrócili znowu i znów zaczęli krzyczeć: "gdzie jest stary?!" Pytali o Tatusia. On wcale nie był stary, był młody, miał coś około czterdziestu lat. Znowu zaczęli nas bić i kopać. Wtedy Mamusia zwróciła się ponownie do nich: "Bitte, Herrschaften, ich bitte Euch, schuess mich!" Wtedy, albo oni nie zrozumieli, albo byli pijani, albo czort wie, co i poszli. Poszli i nie przyszli więcej. My do samego rana nie mogliśmy chodzić. Rano moja Matka była sina, cała sina. Ja czołgałam się na czworakach. Wszystkiego miałam wtedy 12-13 lat. Byłam strasznie pobita i pokopana. Siostra moja była również strasznie pobita, a te maleństwa siedziały i płakały, a ojciec siedział pod słomą i siennikami. On był w domu, ale go nie znaleźli. Dziobali tymi bagnetami i widocznie to było takie przeznaczenie, że nie znaleźli Tatusia. Wyszliśmy wtedy rankiem z tej wsi. Wieśniacy nie chcieli nas trzymać dłużej. Spaliśmy później na łąkach, na polu, w kartoflanych kopcach. Opowiadam to w takim skrócie, a to było, jak wiek. Ja, osobiście, chodziłam do polskiej szkoły, a skoro chodziłam do polskiej szkoły, moja siostra również, a młodsze dzieci do freblówki, tak że my nie mogliśmy być bardzo tradycyjną rodziną. Tradycja u nas była, ale normalnie, progresywnie. Bo gdy byliśmy bardzo tradycyjni, to dzieci nie chodziłyby do polskiej szkoły, a ja przecież chodziłam do polskiej szkoły na Czwartku, moja siostra również. U nas prowadziło się normalne życie, jak w każdej rodzinie. W soboty, w święta Tatuś chodził do bóżnicy, ale nie było niczego specjalnego, żebyśmy mogli odróżniać się od innych ludzi. Zazwyczaj w święta ludzie kupowali sobie miejsca w bóżnicy. Tatuś modlił się przeważnie w jesziwie, w Jesziwat Chachmej Lublin. Piękna jesziwa, bardzo piękna. Czasami modlił się także w Szpitalu Żydowskim. Tam też się modlili. Czasami w Wielkiej Synagodze na Podzamczu, przy Jatecznej. To była bardzo ładna bóżnica. Nie chodził tam zbyt często, ponieważ my mieszkaliśmy przy Lubartowskiej, to bliżej było do jesziwy. W jesziwie było najładniej się modlić, bo tam była przepiękna sala. Dla kobiet też była ładna sala i w ogóle było dużo miejsca. Przed wojną nie byliśmy bardzo tradycyjni. Moja najbliższa koleżanka była Polką. Nazywała się Jadzia Jakubczyk. Mieszkała na Ponikwodzie. Ona powinna być w moim wieku. Może jeszcze żyje? Gdy ostatnio byłam w Polsce, mogłam ją spotkać, tylko nie wiedziałam jak ją znaleźć. Jeżeli wyszła za mąż, to przecież nie nazywa się już Jakubczyk. Jej ojciec był policjantem. Moja kamienica była polsko-żydowska. Gospodarz był Żydem. Nazywał się Brafman. Miał jednego syna, który wtedy był studentem. Mieszkali tam i Polacy i Żydzi. Stosunki między nimi były normalne. To byli sąsiedzi. My jako dzieci bawiliśmy się razem. Nie było, że to jest Żyd, a to jest Polak, ale każdy znał swoje miejsce. Żyd był Żydem, Polak Polakiem, ale jako sąsiedzi byliśmy bardzo normalni. Wszystko było razem, bawiliśmy się razem na podwórku, do szkoły chodziliśmy razem, więc nie mogło być dużych różnic między nami. W tej okolicy, w której mieszkałam, to jest za Rogatką Lubartowską, to nie była już typowa dzielnica żydowska. Lubartowska w stronę centrum miasta była bardziej żydowska, a za Rogatką nie było już tylu Żydów. Połowa Żydów, połowa Polaków. Podobnie było przy Unickiej. Mieszkał tam policjant Popek. Mieszkał tam też jeden Ukrainiec - Rzeszko. Niebywale zdolny uczeń, niebywale. Mieszkał przy Unickiej 2. Był to następny dom za naszym. Jesziwa znajdowała już poza ścisłym skupiskiem żydowskim. Moja Mama była sierotą. Kiedy była małą dziewczynką, jej rodzice umarli. Była jedynaczką i wychowywała się u cioci. To ja słyszałam z opowiadania. Wydali ją za mąż, bo przecież to nie byli jej rodzice. Jeżeli wydaje matka, to jest inaczej. Przychodzi chłopak, poznają się normalnie i pobierają się. Tatuś na przykład był kulturalnie troszeczkę niżej od Mamusi. Żyli jednak w harmonii, było nas sześcioro dzieci. Mamusia była bardziej oczytana, ale ja dokładnie o wszystkim nie wiem, bo jednak kiedyś dzieci tak bardzo nie interesowały się tym, co się dzieje w domu. Kiedyś słyszałam, że Mama była spokrewniona z rabinem Majerem Szapiro. Ponieważ moja Mamusia pochodziła z rodziny więcej tradycyjnej, pobożnej. Moja ciocia chodziła z peruką. Właśnie ta ciocia, która wychowywała moją Mamusię. Wujek miał wielką brodę i sztrajmel na głowie, a kto chodził w sztrajmel przed wojną - kto miał pozwolenie na rabina lub coś takiego. Ja nawet dokładnie nie wiem, ale nie każden jeden nosił ten sztrajmel . Ja dużo się nie orientowałam w tym, tyle ile słyszałam. W ogóle rodzina mojej Mamusi była można powiedzieć ze sfery kulturalnej. Więcej kulturalnej, niż rodzina Tatusia. Aczkolwiek mój dziadzio był nauczycielem. On był taki rabaj - uczył dzieci. Dzisiaj mówi się nauczyciel. Uczył dzieci. Jakie były warunki u nich w domu, tego ja nie wiem. Ja więcej znałam rodzinę Mamusi, bo to jednak był zaszczyt. To byli ludzie na poziomie kulturalnym, uczyli się. Na przykład, miałam ciocię, która pracowała w Sądzie Polowym w Lublinie. Nazywała się Edzia. Więcej nie wiem. Nazwisk nie znam. Edzia była blondynką, to znaczy miała tlenione włosy i nawet się dziwili, że Żydówka pracuje w Sądzie Polowym, ale ona pracowała w Sądzie Polowym! Druga ciocia pracowała w Gminie Żydowskiej. My powinniśmy jedno wiedzieć, że w tamtych czasach, nie każden jeden pozwolił sobie pójść do gimnazjum i niektóre dzieci były nawet analfabetami, albo chodziły dwa, trzy lata do szkoły i skończyły ją na tym etapie i szły uczyć się jakiegoś zawodu. Ci ludzie z mojej rodziny byli jednak ludźmi kultury. Dużo o nich nie wiem, bo nie byliśmy w ścisłym kontakcie. Moi rodzice byli ludźmi pracy. Mój Tatuś przeważnie wynajmował sady w lecie, kiedy kwitły drzewa. Później zbieraliśmy owoce i sprzedawaliśmy je. Pamiętam, jak raz był wielki huragan i kwiat spadł. Tatuś wtedy stracił wszyściuteńko. Pamiętam, jak dzisiaj, siedział na stołeczku i płakał, bo wszystko poszło w niwecz. Ale to był wypadek i normalnie wszystkie dzieci były w szkole, czy we freblówce. Wszyscy byliśmy czyściutcy, ubrani. Nikt nie był głodny. Nikt nie płakał. Wszystko było w porządku. Jeżeli chcę popatrzyć się na Lublin, przypomnąć sobie oczami dziecka, dziewczynki dziesięcio-jedenastoletniej, to Podzamcze dla mnie to były takie chatki, drewniane domki, czy nawet kamieniczki, ale to było takie getto. Tam przeważnie mieszkali tylko Żydzi. Gdy wychodziło się tam w piątek, to czuło się zapach ryb, zapach rosołu. Dzieci w takich czapeczkach z małym daszkiem, takie jidysze hitelech. Tam było bardziej przytulnie. Byli tam ludzie różnego rodzaju. Byli ludzie biedni, byli i bogaci. Ja wiem, że tam właśnie mieszkała moja ciocia, która wychowała moją Mamusię. Niby to oni byli niebiedni, bardziej na poziomie. Mieli czyściutko w domu. Mieli swój drewniany domek, ale to był ich własny domek. Mnie bardzo podobały się Krakowskie Przedmieście, Lubartowska. Lubartowska - piękna, szeroka ulica. Krakowskie Przedmieście - chodziliśmy zawsze do Saskiego Ogrodu na spacer z koleżankami. Wtedy nie było tyle samochodów, jak dzisiaj. Mogliśmy iść nawet po szosie. Nikt nam nie przeszkadzał. Kiedyś przejechała jakaś furmanka, albo kiedyś przejechało jakieś auto. W ogóle Lubartowska była bardzo ładna. W sobotę pełno dzieci, pełno ludzi. Wszyscy świątecznie ubrani. Spacerowali. Bardzo lubiłam chodzić z moją Mamusią na targ. Bardzo kolorowy targ. Ja dzisiaj to tłumaczę, że widzę to wszystko dziecięcymi oczami. Dzisiaj mam już przecie prawie siedemdziesiąt lat. Można powiedzieć, że nawet tęsknię za tym. Mój Tatuś miał brata, który nazywał się Naftali. Naftali Milsztajn . To był jedyny brat mego Ojca. Mój Tatuś był ładnym mężczyzną - wysoki, przystojny, zielone oczy, ładna czuprynka. Miał tego jednego brata. Oni mieli troje dzieci. Dużo o nich nie mogę powiedzieć. Nie pamiętam, nie wiem. Dzisiaj człowiek wie więcej, co dzieje się u siostry, brata, ojca, matki. Kiedyś dzieci w ogóle nie wiedziały, co rodzice robią. Dzisiaj, jeżeli rodzice chcą coś postanowić, to siedzą razem z dziećmi i postanawiają. Pytają się, czy to dobre dla ciebie, czy to dobre dla mnie? Kiedyś tego nie było. Kto postanawiał? Tylko rodzice. Wtedy, w tym wieku, kiedy ja byłam, to tę rodzinę, która była w Lublinie, to ja nie znałam po nazwisku, tylko po imieniu: ciocia Edzia, ciocia Sara, wujek Naftali i na tym się kończyło. To było w sobotę we wrześniu 1939 r. Pamiętam, jak zaczęli bombardować Lublin. Ludzie ranni biegli za Rogatkę. Wszyscy biegli za Rogatkę. To był straszny widok. Wszyscy mężczyźni musieli kopać okopy. Strasznie baliśmy się. Nie pamiętam, kiedy Niemcy wkroczyli do Lublina. Mniej więcej po dwóch tygodniach od rozpoczęcia wojny wkroczyli do Lublina. Wszyscy krzyczeli na ulicach, żeby nie podchodzić do okien, bo był wypadek, że jak widzieli kogoś w oknie, to strzelali w okna. Bardzo baliśmy się wtedy. Ponieważ moja Mamusia przeżyła I wojnę światową i wiedziała, co to są Szwaby. Ona bardzo, bardzo się bała. Bardzo szybko zaczęło się tworzyć getto w Lublinie. Pamiętam, jak chodziliśmy i szukaliśmy, gdzie sprzedają chleb. Szłam od Rogatki aż gdzieś za Krakowskie Przedmieście. Nawet nie pamiętam na jakiej ulicy. Od razu musieliśmy ubrać opaski. Najpierw żółte gwiazdy, a potem Magen Dawid . Ja i moja siostra nie ubraliśmy tego i poszliśmy stać w kolejkach, szukać chleba. Mogliśmy ustać tam kilka godzin i przyjść do domy bez chleba, albo, gdy zaczęto dzielić chleb na pół, potem na ćwiartki. Mogliśmy przynieść albo ćwiartkę, albo wrócić bez chleba. Pamiętam, że szliśmy w zimie. Mamusia owinęła nam buty szmatami. To było rano, a nie wolno było nam było wyjść z domu, bo przecież były godziny, kiedy wolno było wychodzić i kiedy nie wolno było chodzić po ulicach. Na Lubartowskiej, po lewej stronie była hala. tam stali Niemcy. Musieliśmy przejść tę halę, żeby pójść dalej, bo tam gdzieś dalej była jakaś piekarnia, gdzie dzielili chleb. Jak przeszliśmy tę halę, to tak, jak byśmy przeszły jakieś piekło. Udało nam się przejść bez opasek i bez gwiazd. Byłyśmy jedyne z siostrą, które mogły dostarczyć chleb do domu, bo ani ojciec nie mógł iść, ani matka nie mogła iść. Pamiętam, gdy raz wracaliśmy. Mieliśmy ćwiartkę chleba w ręku i przed halą Niemcy złapali jakiegoś Żyda i strasznie go bili. Zebrali tam ludzi, żeby wszyscy stali dookoła i żeby wszyscy się patrzyli, jak oni jego biją. Wracaliśmy z tej piekarni i zatrzymaliśmy się przy hali i wszyscy tam stali. Myśmy były dziećmi, więc nam nic nie powiedzieli i poszłyśmy dalej. Przyszłyśmy do domu i powiedziałyśmy rodzicom wszystko, co widziałyśmy i byłyśmy strasznie poruszone. Wtedy Mamusia powiedziała, że musimy coś zrobić, żeby uciec stąd. Ale dokąd można uciekać? Mieszkaliśmy vis a vis szkoły i w tej szkole byli Niemcy. Raz przyszli do nas do domu Niemcy i wzięli wszystkie kobiety, żeby poszły do nich sprzątać. Ponieważ Mamusia bała się zostawić dzieci, więc ja ubrałam taki fartuch i zawiązałam chustkę i wzięłam Mamusi pantofle, że niby ja jestem duża. Oni nie tyle wzięli wszystkich, ile szukali młodych ludzi, żeby pracowali u nich. U nas było sześcioro dzieci. Siostra i ja byłyśmy starsze, ale pozostałe, to były małe dzieci, więc jak Mamusia mogła je zostawić. Więc ja ubrałam się i stanęłam z ludźmi, ponieważ oni chcieli jakąś liczbę ludzi, więc stanęłyśmy siostra i ja do pracy. Wzięli nas do pracy. Pamiętam jeszcze, że dali nam kawałek chleba i świece, bo przecież światła nie było. Tam pracowałam kilka razy. Później nadeszła zima. W zimie też tam pracowałam. Zamiatałam tam śnieg. Ja nie pamiętam dat, w ogóle nie pamiętam dat. Ja pamiętam tylko czas. Muszę zaznaczyć, że gdy kazali nam nosić żółte gwiazdy lub opaski, to człowiek nic nie czuje. Ja dzisiaj, mniej więcej próbuję sobie wyobrazić. Jestem dzieckiem, jestem Żydówką i gonią mnie jako Żydówkę, nie jako człowieka, który popełnił jakieś przestępstwo. Tylko jako Żydówkę gonią mnie i chcą mnie zabić. Moim zdaniem, że w takiej sytuacji, w jakiej ja byłam wtedy, człowiek nie zastanawia się nad niczym. Chce żyć i to wszystko! Chce żyć! Chce kawałeczek chleba. Chce przynieść do domu jeszcze kawałeczek chleba. Ale jedną rzecz wiem - w moim wieku, dziewczynka dwanaście lat - raptem dostałam wielką odpowiedzialność. Odpowiedzialność, że muszę przynieść do domu chleb, bo jeżeli Tatuś wyjdzie, to go złapią i go zabiją. Może on jest podobny do Żyda, a jeżeli jest podobny, to go złapią. Jeżeli go złapią i on wyszedł bez opaski, to go poproszą o dokumenty i dojdą, że on jest Żydem, to go zastrzelą na miejscu. Jedyna rzecz, którą wiem, to że już w tym wieku miałam wielką odpowiedzialność. Odpowiedzialność - szukać chleba dla dzieci. To jest jedno uczucie. Ja nie zastanawiałam się wtedy, co mnie to robi, czy robi mi to źle, czy dobrze? Bałam się bardzo, a przy tym miałam tyle odwagi, bo nie miałam rady. Jak człowiek nie ma rady, to robi wszystko. Fakt, że ja poszłam, jak przed śmiercią. Bo gdyby mnie złapali i zapytali się, kto ja jestem i gdyby dowiedzieli się, kim jestem, to by mnie zastrzelili na miejscu. U nich nie odgrywało to żadnej roli. Chodzili po ulicach i jeżeli ktoś obok nich przeszedł, to potrafili zdjąć mu czapkę z głowy i rzucić na ulicę. Jeżeli ten ktoś szedł po tę czapkę i okazało się, że jest Żydem, to go zastrzelili. U nich to była zabawa. Rozstrzeliwanie ludzi to była zabawa. Ja mieszkałam niedaleko cmentarza. Na Unickiej był cmentarz. Codziennie jechały tam towarówki i na towarówce pełno ludzi do rozstrzelania. Myśmy wiedzieli, jedzie towarówka z ludźmi, po kilku minutach słyszeliśmy rozstrzeliwanie. To już było prawie, jak powszedni chleb. Prawie codziennie jechały tam towarówki, nawalone pełno Żydów, ilu tylko mogli tam wepchać i rozstrzeliwali ich tam. Po kilku minutach słyszeliśmy kulomiot. Zdaje mi się, że w Lublinie były takie roboty, na które chodzili ludzie, w tym mój Tatuś. Nie wiem, kto je organizował, ale wiem, że zbierali dużo ludzi, którzy chodzili na roboty. Na ciężkie roboty. Musieli taszczyć jakieś worki, ja sama nawet nie wiem, co oni tam dokładnie robili. Nawet nie wiem skąd mieliśmy pieniądze. Przecież mój Tatuś nie zajmował się sadami. Ostani raz, gdy się tym zajmował, to był w 1938 r. Raz jeden, pamiętam, Tatuś przyniósł jakieś stare ubrania i Mamusia je prasowała. Ja poszłam z Tatusiem na targ, żeby je sprzedać. Ubrałam się, jak dorosła. To trwało jednak bardzo krótko. Bardzo krótko po tym Niemcy otworzyli już getto, a wtedy nic już nie mogliśmy robić. Ja sobie wyobrażam, że żyliśmy z tego, co mieliśmy w domu, z jakichś oszczędności, które mieliśmy w domu, ale dokładnie tego nie wiem. Jednak osiem osób musiało coś jeść. Było dobrze, jak był jakiś kawałek chleba i Mama kupiła jakieś zamarznięte kartofle, gorzkie. Pamiętam, że zrobiła z nich zupę, a ja powiedziałam: "Mamusiu, kartofle gorzkie", a Mamusia odpowiedziała: "Jedzcie, jedzcie dzieci, bo nie ma nic innego". Gorzkie, zamrożone kartofle. Później Mamusia sprzedała za grosze wszystko, co mieliśmy w domu. Za grosze sprzedała jakieś futro, jakiś aksamitny kilim. Sprzedała piękną szafę z rzeźbami, która rozbierała się na wiele kawałków. Sprzedaliśmy wszystko, co było w domu i z tego widocznie się żyło, dopóki rodzice nie postanowili, że musimy zostawić mieszkanie i uciekać. Wtedy postanowiliśmy, że uciekamy i wtedy wyjechaliśmy na wieś. Do getta nie weszliśmy. Gdybyśmy weszli do getta, to mnie by dzisiaj, tutaj nie było. Ja bym dzisiaj tego nie opowiadała . W tej wsi cała rodzina pracowała. Od największego do najmniejszego. Nie płacili nam, tylko dawali jedzenie: trochę kartofli, albo trochę fasoli, żeby na kawałkach drzewa zrobić małe ognisko i coś ugotować, albo upiec kilka kartofli. To też był luksus. Albo dawali trochę mleka dla dzieci. To też był luksus. Tam siedzieliśmy przez jakiś czas, dopóki Niemcy nie weszli do nas i katowali nas. Bardzo nas bili. My byliśmy bici tam dwa razy. Po drugim razie już nas wieśniacy nie chcieli trzymać. Pamiętam, pewnego razu już nie byliśmy wszyscy razem Mamusia z trojgiem dzieci osobno, bo nas nie chcieli już razem trzymać. Umarł nam brat i pamiętam, że ja chciałam pobiec do księdza, bo ksiądz to był jedyny człowiek na wsi, który mógł pomóc też jak lekarz lub pielęgniarka. Ja chciałam biec do księdza, jak do lekarza, a ten ksiądz wiedział, że my jesteśmy na wsi. Ja podeszłam tam, gdzie ksiądz mieszkał, a tam siedzieli Niemcy. Nie mogłam już tam wejść. Gdy wróciłam, to mój brat już umierał. Piękny dzieciak, jak marzenie - blondas, duże piękne, niebieskie oczy, zdolny, udany, ale trudno, odszedł... Nie mogliśmy go pochować, bo nikt z wieśniaków nie chciał zawieść go na cmentarz, bo się bali. Pamiętam, że Mamusia coś tam jeszcze miała i dała jednemu kilka złotych i ten się zgodził. Jechał przez łąki, przez pola, nie przez drogi. Zawieźliśmy go na cmentarz i tam go pochowaliśmy. Był to cmentarz żydowski. Zdaje mi się, że to było aż w Ostrowie Lubelskim. Nawet dobrze nie pamiętam. Wiem tylko tyle, że ludzie nam potem powiedzieli, że on sobie coś zasłużył u Boga, że go normalnie pochowali. Polacy odnosili się do nas normalnie, bo my usługiwaliśmy im. Mój Tatuś pracował na maszynie tkackiej. Pięknie wyrabiał płótno. W Lublinie, w Muzeum Wsi można zobaczyć takie warsztaty tkackie. Mój Tatuś był zdolnym człowiekiem. Wyrabiał wieśniakom piękne płótna. Trzymali nas dotąd, dopóki mogli. Mam wrażenie, że gdyby nie było tak groźnie, to oni trzymaliby nas dalej. Sam fakt, że wiedzieli, że jesteśmy Żydami. Narażali się, bo wiedzieli, że nas wolno przetrzymywać Żydów, a wieś przecież wiedziała, że jesteśmy Żydami, a jednak nas przetrzymywali do jakiegoś momentu. Byli tam niektórzy, którym się to nie podobało, że my tam jesteśmy, ale jednak nas tam trzymali. Wtedy, gdy już nas tak pobili, musieliśmy się rozbić, bo nie chcieli już nas tam trzymać. Mamusia wzięła troje dzieci i poszła do jakiejś stodoły. Tatuś musiał się przechować gdzieś indziej. Siostrę przechowywał też ktoś inny. A ja wstałam pięknego dnia i powiedziałam, że pójdę do drugiej wioski gdzieś pracować. Tam mnie nikt nie znał. Ja idę, już jestem na polu, już minęło pół dnia. Już byłam głodna i spragniona, ale idę. Raptem, przede mną, zdaje mi się, że to była jaskółka - zaczyna robić takie ronda przede mną. Nie mogłam iść na przód. Zaczęłam się strasznie denerwować, bo byłam przecież na polu. Już zaraz będzie po obiedzie i zanim ja dojdę do drugiej wioski, to będzie późno, a ten ptak mnie zatrzymuje. To ja sobie siadłam na bruździe i pomyślałam, że gdy usiądę to on odleci. Wstałam, znowuż idę, znowuż ten ptak krąży przede mną i nie mogłam iść w żadnym wypadku. Znowu usiadłam i znowu ten ptak odleciał. Ja wstaję, znowuż idę, a ten ptak znowuż krąży przede mną. Zapadał już wieczór, to gdzie ja pójdę w nocy. Dookoła Rozkopaczewa były lasy. To było takie miejsce, gdzie były tylko łąki i lasy, a gdzie ja miałam pójść w nocy sama, jedna. Usiadłam i zasnęłam na przykucku, na bruździe. Rano wstałam i wróciłam do tej wioski, z której wyszłam i nie znalazłam rodziców, nie znalazłam nikogo. Słyszałam tylko, jak ludzie opowiadali, że w tej wiosce, do której miałam dojść, tam była rzeź. Wybrali kilku wieśniaków, dużo ludzi i zabrali do takiego wąwozu i tam było rozstrzeliwanie. Okazuje się, że jak to się mówi, to było przeznaczenie, zbieg okoliczności. Ten ptak uratował mi życie. Gdyby ktoś dzisiaj opowiadał mi takie rzeczy, to bym powiedziała, że ten ktoś śnił o czymś. Opowiada banialuki. Ale mnie zdarzyło się to osobiście. Ten ptak uratował mi życie! Nazajutrz, gdy kręciłam się po tej wiosce i pytałam się wszystkich: może widzieli moją Matkę, może widzieli dzieci. Przed wieczorem odnalazłam moją siostrę. Siostra wiedziała, gdzie są rodzice. Wtedy moja Mamusia powiedziała: "Nie możemy się nigdzie utrzymać. Pójdziemy do Łęcznej". Zebrała dzieci i powiedziała do mnie i do mojej siostry: "Trzymajcie się razem dzieci, bo nie wiadomo, jak długo my będziemy żyć". Muszę cofnąć się jeszcze wstecz. Gdy uciekaliśmy, widzieliśmy, jak Niemcy wkroczyli. Raz Niemcy weszli do tej wsi i musieliśmy uciekać. Mamusia wzięła małe dzieci, a my z siostrą z drugiej strony. Mamusia uciekała w stronę łąk. Za nią gonili polscy policjanci i zaczęli strzelać w ich kierunku. Strzelali im w nogi. Byli ranni, albo nie, ale policjanci strzelali do nich. Wtedy uciekliśmy i ci policjanci wrócili. Tego samego dnia złapali moją Matkę z dziećmi i zapytali się jej: "Co ty się Żydowico tutaj kręcisz? Czego ty szukasz? Szukasz śmierci? To chodź, to my cię rozstrzelamy". Mama moja bardzo ich prosiła: "Zlitujcie się nad tymi dziećmi" i jakoś się wyprosiła u nich i Matki, ani dzieci nie rozstrzelali. Nie rozstrzelali nikogo i policjanci odeszli. Jeżeli ja chcę dzisiaj sobie przedstawić ten obraz, to on nigdy nie zniknie z mojej pamięci. Ja nigdy o tym nie zapomnę. Stałam z drugiej strony i oni nie wiedzieli kim my jesteśmy z siostrą. Myśleli, że jesteśmy dziećmi ze wsi. Stałam i widziałam, jak Matka szła z dziećmi. Widziałam, jak oni strzelali do rodziców. W ogóle nie zastanawiałam się, że oni mogą ich zabić. Bo dla mnie wtedy pojęcie rozstrzelanie nie było pojęciem zabicia. Ktoś strzela, tylko strzela. Ja sobie teraz dopiero dokładnie przypominam ten obraz i jestem dość przytomna. Ja sobie przypominam, jak Mamusia błagała i prosiła ich. Tak samo, jak później moja Mamusia prosiła, żeby ten Niemiec rozstrzelał nas, bo ona nie mogła dłużej patrzeć, jak on nas torturuje. Tak samo Mamusia prosiła tego policjanta, żeby się zlitował i nie zastrzelił. Później widziałam, że oni wyjechali ze wsi i fakt, że nie zastrzelili ich. Od wtedy nie mogliśmy się więcej utrzymać w tej wsi, bo wtedy nikt nas więcej nie chciał trzymać. Wtedy wróciłam z siostrą do rodziców. Siedzieli w stogu słomy. To była ich kryjówka. Wtedy rodzice postanowili, że idą w stronę Łęcznej, a my z siostrą, w drugą stronę, do Lublina. Rodzice postanowili początkowo, że wszyscy pójdziemy w stronę Łęcznej. W międzyczasie byliśmy na polnej drodze. Z daleka zobaczyliśmy, że jechała furmanka z dwójką koni. Ponieważ wszyscy wieśniacy, kto miał dwa konie, musiał jednego oddać na kontyngent. Więc kto jechał dwójką koni - tylko Niemcy. Wtedy Mamusia powiedziała: "Niemcy jadą!" Wtedy błyskawicznie rozeszliśmy się: Matka z Ojcem i trójką dzieci w jedną stronę, a my z siostrą w drugą stronę. Bez pieniędzy, bez żywności, bez niczego. Od tamtej pory nie wiem, co się stało z Rodzicami, co się stało z dziećmi. Nic. Tak, jakby zapadli się w przepaść. Z siostrą szliśmy przez różne wioski. Ja nawet dzisiaj nie wiem, jak daleko może być z Rozkopaczewa do Lublina. Więcej ponad 20 kilometrów, ale to można zobaczyć na mapie. W międzyczasie było tam takie jezioro i tam doszłyśmy. Moja siostra była bardzo mądrą dziewczyną. Powiedziała do mnie: "Jeżeli chcesz stać tutaj, to stój. Ja idę". Ja stałam i mówiłam sama do siebie. Patrzyłam na to jezioro i widziałam siebie, jak w lustrze i zaczęłam płakać: "Mamusiu, ja chcę do ciebie". Zaczęłam wstępować do wody. Chciałam się po prostu utopić. Szłam dalej i czułam, że ta ziemia była grząska i w ostatniej chwili, błyskawicznie przeszło mi przez mózg, że jeżeli się teraz utopię, to nikt mnie zobaczy. Komu ja coś powiem? Wyszłam z powrotem i zaczęłam krzyczeć do siostry. Ona powiedziała mi wtedy: "Jeżeli chcesz zostać, to zostań. Ja idę. Nie ma czasu, wieczór zapada". Biegłam za nią i zaczęłam krzyczeć: "Rachela, Rachela, poczekaj na mnie!", a ona wtedy odpowiedziała mi: "Ja nie jestem Rachela, ja jestem Marysia". Wtedy zaczęliśmy się nazywać różnymi imionami. Co jakiś czas zmieniałam swoje imię. Wtedy zaczęłyśmy wracać do Lublina. Weszłyśmy do jakiejś wioski. Nawet nie pamiętam, co to była za wioska i szukaliśmy gdzieś noclegu. Doszłyśmy do jakiegoś domu i wtedy zaczęły strasznie szczekać psy. Słyszałyśmy, że ktoś otwiera drzwi i zaczyna krzyczeć: "Do cholery! Kto tam się kręci! Psy szczekają, a nikogo nie widać!" Tam był blisko lasek. Dzisiaj wyobrażam sobie, że ci ludzie myśleli, że to może ktoś z lasu, że to może partyzanci? Ludzie bali się tak samo partyzantów, jak Niemców. Partyzantów też się bali, bo przychodzili rabować, brać żywność. Gdy ten człowiek tak krzyczał, my poszłyśmy dalej. Za stodołą znalazłyśmy stóg i tam przespałyśmy się w słomie. Nad ranem znowu szłyśmy, znowu w stronę Lublina... Na tym kończy się ciągła relacja Reginy Winograd. Wspomnienia wywołały w niej napływ emocji i wzruszeń i nie mogła już dłużej opowiadać. Dzień wcześniej, przed nagraniem relacji, gdy rozmawialiśmy o jej wspomnieniach i co powinno znaleźć się na kasecie, Regina opowiedziała mi w skrócie o swoich wojennych losach. W ten sposób, dzisiaj mogę również w skrócie uzupełnić jej relację o dalsze koleje jej życia. Tułając się z jednej wsi do drugiej, spotykając na swojej drodze bardzo różnych ludzi, wraz z siostrą dotarła do Lublina. Było to późną jesienią 1942 r. Bez dokumentów, wykorzystując jedynie własny tupet, doskonały aryjski wygląd i dobrą polszczyznę, siostra Reginy zdobyła w lubelskim Arbeitsamt (Niemiecki Urząd Pracy) skierowanie na roboty do Rzeszy. W czasie zdobywania tego dokumentu podała Niemcom informację, że pochodzi z terenów wcielonych do Rzeszy, jej rodzice zginęli w 1939 r., a wszystkie dokumenty spłonęły w czasie nalotu. W ten sposób Rachela Milsztajn znalazła się jako Polka w obozie przejściowym przy ul. Krochmalnej, skąd odprawiano transporty z przymusowymi robotnikami. Przed samym Bożym Narodzeniem 1942 r. jej transport został odprawiony w stronę Halle w Niemczech. Siostry przez cały czas kontaktowały się ze sobą, aż do momentu wyjazdu Racheli na roboty. Ostatnie spotkanie odbyło się na dworcu kolejowym w Lublinie, gdy pociąg już odjeżdżał. Rachela krzyknęła wtedy do Reginy, machając jej ręką na pożegnanie: "Wanda Dąbrowska!" Miało to oznaczać, że od tej pory tak będzie się nazywać. Regina nigdy więcej nie spotkała już siostry, chociaż po wojnie poszukiwała jej. Ma jednak nadzieję, że być może Rachela żyje gdzieś na świecie, właśnie jako Wanda Dąbrowska. W kilka tygodni później Regina sama zdobyła dla siebie skierowanie na przymusowe roboty do Rzeszy, gdzie przeżyła szczęśliwie wojnę jako Polka. W polskim środowisku ratowały ją: posługiwanie się wiejską gwarą - zbyt dobre mówienie po polsku też było podejrzane oraz fakt, że wysyłała listy do znajomych, którzy mieszkali w podlubelskiej wsi. Było to jej alibi, że ma w Polsce rodzinę, od której otrzymywała odpowiedzi. Po zakończeniu wojny do Polski już nie powróciła. Z Niemiec trafiła do Szwajcarii, gdzie zupełnie przypadkowo spotkała swojego przedwojennego kolegę z Lublina, Matysa Winograda, który mieszkał również przy Rogatce Lubartowskiej, tyle że w sąsiedniej kamienicy. Przed wojną dużo starszy od niej, teraz zaopiekował się nią. Efektem tego spotkania był ślub. W 1949 r. obydwoje przyjechali do Izraela. Obecnie, Regina Winograd, już jako wdowa i pełna poświęcenia babcia, mieszka w Bat-Yam nad Morzem Śródziemnym, miastem położonym w telavivskiej aglomeracji, opiekując się osieroconą wnuczką. W Lublinie były obydwie w 1997 r. Dla Reginy była to sentymentalna podróż w przeszłość, w poszukiwaniu miejsc z dzieciństwa oraz w poszukiwaniu dokładnej daty urodzenia. Regina wie bowiem tylko tyle, że urodziła się w 1927 r. Nie zna ani dnia, ani miesiąca swojego urodzenia. By móc obchodzić urodziny, wybrała sobie datę 8 października. Będąc w Lublinie nie była i nie chciała być na Majdanku. Nie zdecydowała się również na podróż do Rozkopaczewa. Odwiedziła jednak swoją kamienicę, która stoi do dzisiaj. Poza jedną staruszką nie spotkała już nikogo ze swoich dawnych sąsiadów. Lublin jednak nosi w sercu do dzisiaj. Relację powyższą zebrał w lutym 1998 r. w Izraelu i opracował Robert Kuwałek. wszystkie przypisy pochodzą od autora opracowania relacji. Uznałem bowiem, że relację Reginy Winograd należało uzupełnić o pewne wątki osobiste oraz historyczne, które poszerzałyby nieco opowiedzianą mi przez Reginę historię, a byłyby jednocześnie niezbędne dla polskiego czytelnika, słabo orientującego się w historii żydowskiego Lublina.

Robert Kuwałek