Irena Gottlieb

Z Strona o Żydach lubelskich

Pani Irena Gottlieb z domu Gewerc, rodowita lublinianka, pochodząca ze znanej przed wojną rodziny kupców metalowych w Lublinie, a obecnie mieszkająca od 1949 r. w Izraelu i od kilku lat piastująca funkcję sekretarza Ziomkostwa Lubelskiego w Izraelu, grupującego byłych mieszkańców Lublina, bądź ich dzieci i wnuki, przybyła w sobotę, 23 lipca tego roku do Lublina wraz z mężem, Eugenem i córką Hagit. Ich podróż miała charakter sentymentalny, głównie ze względu na córkę, której pani Irena chciała przybliżyć miasto swojego dzieciństwa. Dwukrotnie towarzyszyłem państwu Gottliebom w ich wyprawach po Starym Mieście. Byliśmy również na cmentarzu żydowskim przy ul. Walecznych, gdzie w 1940 r. spoczęla matka pani Ireny. Niestety, jej grób nie zachował się, tak jak 99 procent innych przedwojennych i okupacyjnych nagrobków z tego cmentarza. Nie tylko dla pani Ireny przyjazd ten miał charakter sentymentalno-wspomnieniowy. Pan Eugen Gottlieb, chociaż sam urodził się na terenach dzisiejszej Słowacji, w Trenczinie, korzenie swoje po ojcu posiada również w Lublinie. Jego ojciec, jeszcze przed I wojną światową, w 1911 r. wyemigrował z Lublina, a zarazem z ówczesnego Królestwa Polskiego i trafił do ówczesnej monarchii austro-węgierskiej, dokładnie na Węgry, skąd przeniósł się na Słowację i w ten sposób rodzina Gottliebów, w 1918 r. stała się obywatelami przedwojennego państwa czechosłowackiego. Od zagłady uratowała pana Gottlieba służba w wojsku słowackim, którą skończył w 1943 r., kiedy to wstrzymano już deportacje Żydów ze Słowacji do obozów zagłady, między innymi na Majdanek, do Bełżca i Sobiboru. Takiego szczęścia nie mieli rodzice pana Eugena. Zostali deportowani w 1942 r. do obozu zagłady. Jakiego? Nie wiadomo do dzisiaj. Państwo Gottliebowie, mimo dokuczliwych upałów chodzili po Lublinie, mieli spotkanie z dziennikarzami oraz członkami nielicznej już dzisiaj społeczności lubelskich Żydów. Dzięki ludziom dobrej woli mogli zwiedzić Łęczną. Staraliśmy się, myślę tu głównie o pani Krystynie Madałowej, pracowniczce archiwum Muzeum na Majdanku oraz o pani Danucie Kubejko, prezesce Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Izraelskiej, by goście z Izraela poczuli się w Lublinie ciepło i rodzinnie. Mamy nadzieję, że udało się nam to uczynić. Ostatniego dnia pobytu państwa Gottliebów w Lublinie, podczas przemiłego spotkania w wąskim gronie przyjaciół, przyszedł czas na refleksję i wspomnienia pan Ireny o jej szczęśliwym dzieciństwie w przedwojennym Lublinie i tragicznej, okupacyjnej młodości w lubelskim getcie, warszawskich kryjówkach i na robotach przymusowych w Berlinie, gdzie pani Irena przebywała jako Polka. Po raz pierwszy w życiu jej opowieści wysłuchała córka pani Ireny, Hagit i myślę, że te wspomnienia były dla niej uzupełnieniem /koniecznym/ tego, co zobaczyła i przeżyła sama w Lublinie. Oddajmy więc głos pani Irenie.

- // -

Jestem wzruszona, widząc Lublin. Chodzę po mieście i oglądam wszystko oczami duszy. Myślę, że moja rodzina, to znaczy mąż, córka, oni widzą to inaczej. Córka widzi niezaplanowane miasto, biedną, zdewastowaną Starówkę. Jest to coś zupełnie innego, niż w Izraelu, gdzie wszystko jest zaplanowane, nowoczesne i przede wszystkim zadbane. Serce mi się ściskało, gdy przechodziłam koło hotelu "Europa" na Krakowskim Przedmieściu. Ja pamiętam ten hotel sprzed wojny. To było bardzo eleganckie miejsce. Tam przychodziły panie w futrach. Przed hotelem stali inwalidzi, ale nie żebracy. Pracowali jako posłańcy, którzy obsługiwali gości, na przykład nosili listy miłosne do pań od panów, którzy mieszkali w hotelu, a w mieście mieli swoje miłosne przygody. Pamiętam, jak do Lublina przed wojną przyjeżdżała wybitna aktorka żydowska z Warszawy, Ester Rachel Kamińska. Na dworcu kolejowym w Lublinie czekali na nią już studenci żydowscy, którzy zaprzęgali się zamiast koni do jej dorożki i tak wieźli ją do "Europy", gdzie zazwyczaj zatrzymywała się. Pamiętam Lublin szczęśliwy. Teraz, stojąc przed własnym domem, odczuwam wielki ból. Żyłam tam razem z rodzicami i rodzeństwem, byłam tam szczęśliwa. Teraz ulica Noworybna jest inna i ludzie też mieszkają tam już inni. Boli mnie, że nie mogę odnaleźć mojej przedwojennej dzielnicy żydowskiej, a to, co po niej pozostało, jest w strasznym stanie. To wrażenie jest bardzo mocne.


DZIADKOWIE Mój dziadek od strony ojca, Beniamin Gewerc był chasydem, zwolennikiem cadyka z Bełżyc i chodził do jego domu modlitwy w Lublinie, tzw. sztiblech. Przy tym był człowiekiem zamożnym. Przed I wojną światową miał fabrykę mosiądzu i skład żelaza na ul. Furmańskiej. Mimo posiadania ośmiorga dzieci, w jego domu nie odczuwano problemów finansowych, a warto dodać, że każde z jego dzieci było wykształcone. Dwóch wujków było adwokatami, ciotki studiowały na uniwersytecie. Rodzina biedy nie cierpiała. Mieszkali w pięciopokojowym mieszkaniu, a babka, pochodząca z Warszawy, pracowała w sklepie dziadka. Mieszkali w domu Borensztajna, znanym przed wojną budynku, położonym róg Furmańskiej i Cyrulniczej, gdzie dawniej były dwa przejścia, na obydwie ulice. Obecnie już tylko można tam wejść tylko od Cyrulniczej. Dziadek, jako chasyd, wcale nie był zadowolony z tego, że jego dzieci mają świeckie wykształcenie, ale to był wpływ mojej babci, osoby nowoczesnej, warszawianki, a przy tym żony pobożnego chasyda, która nie mogąc sama się kształcić, pragnęła dać wykształcenie swoim dzieciom. Mój ojciec, wujkowie, ciotki, kontakt z żydowską tradycją i religią mieli ze względu wyłącznie na dziadka. Udawali przed własnym ojcem, że chodzą do bóżnicy, a na przykład mój wujek potrafił w największy post żydowski, w Yom Kippur /Sądny Dzień/, pójść rano do bóżnicy, a potem, po południu siedział ze swoją polską przyjaciółką w kawiarni. Rodzice mojej mamy, Aspisowie mieszkali natomiast na Grodzkiej. Dziadek Aspis, do połowy lat dwudziestych miał duży skład win na rogu Kowalskiej i Nowej, ale w 1924 r. zbankrutował, gdy pooddawał wszystkie długi wierzycielom. Sam był pobożny, ale nie był chasydem, zresztą nie bardzo ich lubił. Chodził do ogólnej synagogi - był ortodoksą, misnagdem. Każde z jego dzieci miało swoje przekonania polityczne, podobnie, jak u dziadków Gewerców. Mój ojciec był zwolennikiem Żabotyńskiego i całego ruchu Betar /1/. Żyjąca do dzisiaj w Izraelu moja ciocia należała do żydowskiego lewicującego harcerstwa - Haszomer Hacair, którego członkowie popierali lewicowy syjonizm. Gdy dowiedział się o tym dziadek, był na nią wściekły. W 1935 r. uciekła z domu wbrew woli dziadka, biorąc fikcyjny ślub z człowiekiem, który miał zezwolenie na wyjazd do Palestyny. Pozostała z nim do końca życia, ale dziadek nie chciał o niej już słyszeć. Kontakt utrzymywała tylko z rodzeństwem i swoją matką. Jej własny ojciec nigdy jej tego nie wybaczył. Brat mojej mamy, Eliasz Aspis, był w latach 30-tych znanym kasjerem w Elektrowni Miejskiej. DOM RODZINNY I SZKOŁA Moi rodzice byli młodzi i nowocześni. Mieszkaliśmy w domu Kolberga na Noworybnej, a ojciec, będący ekspedientem w firmie dziadka, założył własny interes na ul. 1-go Maja. Był to również skład żelaza, nazywający się "Żelazo-Łom". Utrzymywaliśmy się z tego na dobrym poziomie, to znaczy, mieliśmy własną służącą, a na wakacje jeździliśmy do popularnego w tym czasie jako letnisko Nowego Dworu koło Lubartowa. Ojciec dojeżdżał tam do nas na soboty i niedziele. W domu utrzymywało się raczej tradycję żydowską. Była koszerna kuchnia, na piątek paliło się świece, ale ojciec nie był specjalnie religijnym człowiekiem. Ze względu na dziadka chodził w sobotę do bóżnicy, ale już zaraz potem, tego samego dnia biegał po urzędach załatwiać różne sprawy, czego nigdy nie zrobiłby dziadek. W domu zawsze mówiło się po polsku. Ja, dopóki nie przyjechałam do Izraela, nie znałam jidisz, ale nawet teraz rzadko się nim posługuję, bo w domu mówimy po hebrajsku. Mieliśmy polską literaturę, ale były również żydowskie śpiewniki z ludowymi piosenkami Gebirtiga i Kirpisa, ponieważ moja mama bardzo lubiła i umiała pięknie śpiewać po żydowsku. Zresztą Zycie kulturalne odgrywało u nas bardzo dużą rolę. W soboty wieczorem moi rodzice chodzili do teatru lub do kina. Miałam dwoje rodzeństwa. Ja byłam najstarsza, potem był mój brat Kubuś, który w 1939 r. chodził do syjonistycznej szkoły Tarbut na Niecałej, gdzie uczono częściowo po hebrajsku i najmłodsza siostra, Rachelka, w momencie wybuchu wojny mająca 5 lat. Naukę rozpocząła dopiero w getcie. Czytać umiałam już w wieku czterech lat. Rok później rodzice zadecydowali, że powinnam pójść do szkoły. Zdałam specjalny egzamin i rozpoczęłam naukę w żeńskiej szkole powszechnej Beth Jakow na Lubartowskiej. To, że trafiłam do tej szkoły, a nie polskiej, państwowej, też było ze względu na dziadka. Szkoła była praktycznie polskojęzyczna, ale z większym nastawieniem na religię żydowską. Uczono tu też języka żydowskiego i nauka nie odbywała się w soboty. Dlatego też nie miałam specjalnie kontaktu z polskimi dziewczętami. Nie miałam polskich koleżanek również na podwórku, bo kamienica, gdzie mieszkaliśmy z rodzicami na Noworybnej była żydowska, podobnie jak dom dziadków Aspisów na Grodzkiej, gdzie często bawiłam się. Za to mój ojciec miał wielu przyjaciół Polaków i to bardzo nam się przydało w czasie wojny. Po skończeniu w 1939 r. szkoły powszechnej trafiłam do żydowskiego Gimnazjum Humanistycznego na Niecałej, ale niedługo się tam uczyłam, bo Niemcy zamknęli wszystkie żydowskie szkoły zaraz na początku okupacji. OKUPACJA I GETTO W 1939 r. wkroczyli do Lublina Niemcy. Dla Żydów zaczęły się tragiczne dni. Po zamknięciu Gimnazjum siedziałam bezczynnie w domu przez kilka miesięcy. Na ulicach było niebezpiecznie. Hitlerowcy urządzali łapanki na Żydów, wywożąc ich do obozów pracy. Miałam 14 lat w 1941 r. i byłam wyrośnięta, jak na swój wiek, a w tym czasie Niemcy polowali znów na dziewczęta żydowskie, zabierając je do upokarzającej pracy przy myciu podłóg w instytucjach niemieckich, więc też musiałam raczej unikać częstych spacerów po ulicach. W marcu 1940 r. zmarła moja mama. Umarła w Szpitalu Żydowskim na Lubartowskiej na skutek wydawałoby się niewinnej choroby brzucha, ale w tym czasie na skutek nędzy w Szpitalu okazało się, że był to beznadziejny przypadek. W 1941 r., 21 marca Niemcy ogłosili, że w Lublinie będzie getto. Wyrzucono nas z domu na Noworybnej i przenieśliśmy się do dziadków Gewerców na Cyrulniczą. Początkowo było to otwarte getto, można było z niego wychodzić do miasta. W zasadzie nie było jako takiego oficjalnego getta - była Żydowska Dzielnica Mieszkaniowa w Lublinie. Nam nie wolno było mieszkać w mieście. W 1941 r. getto było nadal otwarte. Nie było żadnych drutów, ani murów, ale nie wolno było Żydom przechodzić na lewą stronę ulicy Lubartowskiej. W naszym domu nie było głodu. Żyliśmy tak, jak przedtem. Mieszkała u nas kobieta wysiedlona z Łodzi, która pracowała u nas, prowadziła nam kuchnię. Mieszkaliśmy u babci. Ale w getcie w ogóle była nędza, tyfus. Na Cyruliczej ludzie umierali z głodu. Byli też ludzie bardzo bogaci i byli bardzo biedni. Dzieci żebrały, tyle tylko, że może trupy nie leżały na ulicy tak, jak w Warszawie. W getcie była również policja żydowska, składająca się z bardzo różnych ludzi - jedni wysługiwali się Niemcom, inni byli łagodniejsi - muśleli, że uratują rodziny i siebie. Pamiętam doskonale Szamę Grajera, pamiętają go wszyscy, którzy przeżyli getto w Lublinie. To był szantażysta, przyjaciel gestapowców. Przed wojną również nieciekawa postać. Policjanci chodzili po getcie z pałkami, uczestniczyli w łapankach. Mieli swojego szefa. Istniał również Judenrat. Jego prezesem był najpierw inż. Henryk Bekkier, a potem adwokat Marek Alten. W getcie istniała także żydowska szkoła. Funkcjonowała ona w naszym mieszkaniu na Cyruliczej. Prowadził ją znany lubelski nauczyciel, Nachman Korn. W ciągu dwóch lat zdążyliśmy zrobić cztery klasy. Istniała chyba ona aż do wysiedlenia. WYSIEDLENIE Tego dnia trwała właśnie lekcja Korna, gdy na ul. Nadstawnej Niemcy zaczęli gonić ludzi. Nazajutrz walili już w drzwi mieszkania mojej babci. Uciekliśmy tak, jak staliśmy, na Grodzką do dziadków Aspisów. Tam ukrywaliśmy się przez kilka dni. W tym czasie Niemcy wywozili lubelskich Żydów do Bełżca. Ojciec mój pracował. Był oficjalnie zatrudniony u Niemca Kremina, komisarza, który przejął nasz zakład. To był bardzo dobry człowiek. Wiele nam pomógł. Dzięki tej pracy, ojciec posiadał J-Ausweis /żydowski dokument uprawniający do pozostania w getcie i chroniący tymczasowo przed deportacją - przyp. red./. Takie J-Asweisy zdobył również dla nas i mogliśmy wtedy wyjść z kryjówki. Zostaliśmy zatrudnieni u Kremina, który w tym czasie prowadził trzy placówki pracy w Lublinie - szmaciarze pracowali na Kalinowszczyźnie, skup żelaza był w naszym zakładzie na 1-go Maja, szkła na Zamojskiej. Mieszkaliśmy w szczątkowym getcie na Majdanie Tatarskim, gdzie Niemcy urządzali częste selekcje na śmierć. Na Majdanie został zastrzelony mój dziadek - wydał go podczas "akcji" Szama Grajer, który był panem życia i śmierci Żydów w getcie na Majdanie. Mój ojciec miał bardzo bogatego przyjaciela, nazywał się Owadia Frydman. Grajer zaprosił do siebie najbogatszych z getta i każdemu z nich powiedział, że są mu winni duże pieniądze, na przykład po 20 tysięcy złotych. Oczywiście ludzie ci powiedzieli, że nie pożyczali od niego żadnych pieniędzy, na co on zareagował, to będziecie mi winni te pieniądze i człowiek musiał mu przynieść żądaną sumę. Chodził ubrany jak SS-man, z pejczem. W czasie "akcji" wskazywał tym pejczem na ludzi i spokojnie mówił "kolego, wstań". Było to równoznaczne z wydaniem na śmierć. Jego siostra żyła po wojnie w Izraelu. Przez ludzi była traktowana różnie. W każdym razie nigdy nie przyszła na spotkanie z ziomkostwem lubelskim. Kremin, u którego pracowaliśmy był przyjacielem szefa policji i SS Globocnika i informował nas o każdej selekcji na Majdanie. Uprzedził nas również, że w 1943 r. Niemcy będą likwidować w Lublinie wszystkich pozostałych Żydów i kazał nam uciekać. Uciekliśmy, a u Kremina pozostała moja babcia, która nie miała już siły ukrywać się. BYŁAM KRYSTYNĄ GRAJDĄ Z Lublina uciekliśmy w maju 1943 r. do Warszawy. razem ze mną uciekał mój ojciec, moja siostra i ciotka. Ojciec przez swoich polskich przyjaciół załatwił nam polskie dokumenty i zaczęlo się nasze ukrywanie w Warszawie. Ciotka z siostrą w innym miejscu, a my z ojcem na Chmielnej. Mieszkały tam też Żydówki, lublinianki, które oficjalnie były zameldowane w Warszawie jako Polki. Ja też stałam się Polką - według dokumentów nazywałam się teraz Krystyna Grajda. Panie, z którymi mieszkałam pochodziły z zamożnych rodzin lubelskich - słynna piękność z Lublina, Rubenlichtówna i kupcowa bławatna z Cyruliczej, pani Cynamonowa. Było to jednopokojwe mieszkanie, z którego nie można było w ogóle wychodzić. Jednak pewnego dnia przyszli polscy policjanci i trzeba było uciekać. Ojciec wysłał mnie do Wesołej pod Warszawę, gdzie mieszkałam w domu polskiego kolejarza i nauczycielki. Gdy mąż jej wyjeżdżał do pracy, ona przyjmowała w domu Ukraińców. Pieniądze od ojca otrzymywałam przez Polaka, Andrzeja, ale gdzy pewnego dnia nie przyszedł, jak zwykle, nauczycielka wyrzuciła mnie z domu. To była jesień, a ona mnie wyrzuciła bez żadnego płaszcza. Pojechałam do Warszawy, do starego mieszkania, ale nikt nie chciał mnie przyjąć. Zrozumiałam wtedy, że ojca już nie ma. Szczęście w nieszczęściu - spotkałam na ulicy męża znajomej z Lublina Żydówki. On był w podziemiu i wtedy pomógł mi ulokować się w nowej kryjówce. Miałam ich w ogóle kilka. Raz było to mieszkanie polskiego komunisty, innym razem ukrywałam się w mieszkaniu u "babki", dokonującej nielegalnych aborcji - to była prawdziwa "fabryka aniołków", aż wreszcie trafiłam na Stare Miasto. Tu mieszkałam razem z warszawską rodziną żydowską, której syn działał w Żydowskiej Organizacji Bojowej. Na cały dzień zamykano nas na kłódkę w tym mieszkaniu. Pewien polski inżynier przychodził tam, by wynieść kubło z nieczystościami i przynieść nam jedzenie i gazety. Tam nauczyłam się grać w szachy i tam zastało nas Powstanie Warszawskie. My wcale nie mieliśmy świadomości tego, co dzieje się w Warszawie. Dopiero, gdy zaczął palić się nasz dom, doszliśmy do wniosku, że jest to zapewne rosyjski nalot. Udało wyrwać nam się z tego mieszkania, a z piwnicy wygarnęli nas Niemcy. Wtedy dopiero dowiedzieliśmy się, że w Warszawie jest Powstanie. Moich znajomych wywieziono jako Polaków na wieś. Tu dopiero wydali ich chłopi. Mnie natomiast przez Pruszków wywieziono na roboty do Berlina. Pracowałam jako spawacz w fabryce. Udawałam, że jestem Polką, udawałam, że się modlę. W Berlinie przeżywałam koszmar. Co noc bombardowania. W dzień się pracowało, a w nocy siedziało się w bunkrze, aż wyzwolili nas Rosjanie. Widziałam zruinowane Niemcy, widziałam upodlonych Niemców, bitych przez Rosjan. Nas nie ruszali, nawet ochraniali i żywili. Do końca nie przyznawałam się, że jestem Żydówką, aż do powrotu do Lublina. LUBLIN NIESZCZĘŚLIWY Wróciłam do Lublina i samotnie kręciłam się po Krakowskim Przedmieściu. Z Noworybnej mnie wygoniono. Nowi gospodarze, Polacy, nie oddali mi żadnej rzeczy, która należała przed wojną do mojej rodziny. Moją tragedię pogłębiały straszliwe wieści o bliskich i znajomych. Ja znam Lublin szczęśliwy i nieszczęśliwy. To był ten nieszczęśliwy. Wałęsałam się po ulicach. Od znajomego dozorcy dowiedziałam się, że moja rodzina nie żyje, a jedynie siostra jest w domu dziecka. Mój brat oraz moich dwóch wujków zostali rozstrzelani w lesie na tydzień przed wyzwoleniem. Koszmar i pustka. Nie miałam co tutaj robić. Po miesiącu wyjechałam do Łodzi, a stamtąd przez Będzin, specjalnym transportem dostałam się do Włoch.

DROGA DO IZRAELA We Włoszech przebywałam przez dwa lata. Uczyłam się i już wiedziałam, że moje miejsce jest w ówczesnej jeszcze Palestynie. W drodze do niej złapali nas Anglicy i osadzili razem z innymi Żydami na Cyprze. Tam siedziałam przez półtora roku, aż wreszcie w styczniu 1949 r., już po utworzeniu Państwa Izrael, dotarłam do ojczyzny. Tu pracowałam jako nauczycielka, tu też poznałam swojego męża. Ziomkostwo lubelskie w Izraelu istniało już przed moim przyjazdem. Ja sama jestem w tej organizacji dopiero od dziewięciu lat. Zaczęłam chodzić na spotkania dopiero po przejściu na emeryturę. Ziomkostwo prowadzi w Izraelu swoje szkoły, dotuje je, adoptowano dzieci z tych szkół. Na spotkaniach rozmawia się w jidisz i po hebrajsku. Po polsku raczej się nie mówi, bo ludzie sami dość słabo mówią w tym języku. Mamy swoją gazetę - "Kol-Lublin" /"Głos Lublina" - przyp. red./. Istnieje Księga Pamięci Lublina z bogatymi ilustracjami. Moja wnuczka w szkole zrobiła zresztą bardzo dobrą pracę o Lublinie. Do ziomkostwa należą lublinianie, żyjący obecnie w Izraelu, Stanach Zjednoczonych - najwięcej w Nowym Jorku i Los Angeles, duża grupa była we Francji. Lubelscy Żydzi żyją w Szwecji, pewne grupy w Anglii i Australii. Jakie jest ich nastawienie do obecnego Lublina? Bardzo różne. Wielu z nich boi się szoku. Lublin bez Żydów jest dla nich szokujący. Myślę jednak, że powinno się tutaj przyjeżdżać, bo mimo wszystko jest inaczej, niż to, co piszą gazety w Izraelu, czy w Ameryce. Przed wojną też byli antysemici, a Żydzi przecież żyli tutaj od wieków. W każdym razie uważam, że jest to bardzo indywidualna sprawa. Przecież ci ludzie, którzy obecnie żyją w Lublinie, nie są winni temu, co stało się tutaj przed pięćdziesięciu laty.

Wysłuchał i spisał Robert Kuwałek