Demon niezgody w Tyszowcach

Z Strona o Żydach lubelskich

Był rok 1881. Rok szczególny w historii Żydów zamieszkujących Królestwo Polskie i całe Imperium Rosyjskie. Na wiosnę tego roku od bomby zamachowca zginął w stołecznym, a zarazem bardzo odległym od Tyszowiec, Petersburgu car Aleksander II. Zaraz po jego śmierci przez Rosję przewaliła się fala pogromów antyżydowskich. Jeden z nich miał miejsce również w Warszawie. Zginęły 2 osoby, a blisko tysiąc rodzin żydowskich utraciło majątek. To, że akcja ta została sprowokowana przez władze carskie, by mogły one zaraz wprowadzić w życie antysemityzm państwowy, wiedziały tylko oświecone warstwy żydowskie i polskie w stolicy Królestwa Polskiego. Czy wiedziały o tym rzesze biedoty zamieszkujące liczne miasta i miasteczka, tego nie wiemy. Z pewnością echa tego wydarzenia dotarły także do sennej mieściny w powiecie tomaszowskim, Tyszowiec, zamieszkałych wtedy przez ponad 2 tysiące ubogich i ortodoksyjnych Żydów. Z pewnością napełniły ich serca niepokojem, ale tyszowieccy Żydzi mieli wtedy swoje problemy, które im z pewnością, w porównaniu z wydarzeniami warszawskimi wydawały się o wiele bardziej ważniejsze. W łonie gminy żydowskiej w Tyszowcach zapanował duch niezgody i niepokoju, który doprowadził do skandalicznych wydarzeń. Dla sztetl Tyszowce i jego mieszkańców były one nie mniej tragiczne, jak pogrom dla warszawskich Żydów. Próżno byłoby szukać w ówczesnych Tyszowcach oświeconych Żydów, których nazwalibyśmy zasymilowaną inteligencją, mogącą przewodzić masom ubogich i tradycyjnych współwyznawców. W Tyszowcach czas zatrzymał się, a główną rolę, jak nakazywała odwieczna tradycja, odgrywał rabin, mędrzec, którego zadaniem miało być przewodzenie całej gminie. W 1881 r. był nim Moszek Icek Wielwelewicz i on to stał się powodem niepokojów wśród tyszowieckich Żydów. Nie wiemy, skąd pochodził i gdzie wcześniej piastował stanowisko rabina. Nie wiemy nawet, ile miał lat. Z pewnością był tradycyjnym rabinem, wywodzącym się z grupy tych duchownych żydowskich, dla których chasydyzm był herezją, a jego zwolennicy przedstawicielami wrogiej odwiecznej tradycji sektantami. To właśnie podejście spowodowało, że chasydzi tyszowieccy nie mogli ścierpieć Wielwelewicza w osadzie. Zaczęło się od częstych i dość prozaicznych w tych czasach skarg tyszowieckich Żydów na swojego rabina, wysyłanych do władz rosyjskich, a dokładnie aż do gubernatora w Lublinie, że rabin wraz z koszernymi rzeźnikami nałożył wysokie ceny na koszerne mięso, a gwarancją ich utrzymania miała być nieprawnie nałożona klątwa rabinacka na wszystkich tych, którzy próbowaliby sprowadzać mięso z innych miast. Obawa przed mocą klątwy - cheremu była wśród tradycyjnych, małomiasteczkowych Żydów wielka. Każdy, kto byłby nią obłożony, praktycznie stawałby się osobą wyrzuconą poza nawias całej religijnej społeczności. Cherem oznaczał w praktyce śmierć cywilną i religijną każdego Żyda. Ale cherem też od wielu już lat zakazany był przez władze. Stąd najmniejsza skarga zastraszonych Żydów powodowała ostrą reakcję tychże władz. W tym przypadku jednak władze nie dopatrzyły się znamion wielkiego przestępstwa, skoro poza zwykłym upomnieniem rabina sprawę wyciszyły. Nie wygasł jednak ferment wśród tyszowieckich Żydów i tym razem chasydzi postanowili zadziałać przeciwko Wielwelewiczowi nie czekając na interwencję władz. Już na początku 1882 r. do gubernatora lubelskiego wpłynął list od samego rabina Moszka Icka Wielwelewicza, skarżącego się na tyszowieckich chasydów, że ci ostro go prześladują i prowadzą przeciwko niemu agitację w osadzie, podburzając wiernych i rozpalając ich umysły. Rabin doskonale sobie zdawał sprawę z faktu, że władze rosyjskie, chociaż niechętne Żydom, staną w obronie jego urzędu i czci, gdyż w szczególny sposób Rosjanie nie cierpieli niepodatnych na żadne reformy chasydów. Prawodopodbnie w wyniku listu rabina jakiś urzędnik powiatowy z Tomaszowa musiał udać się do biednych Tyszowiec, grzęznących w błocie i brudzie i nic z jego wizyty nie wynikło. Tyszowieccy Żydzi, skłóceni ze sobą, w obliczu wrogiej im władzy, mieszającej się w ich sprawy, zgodnie z odwiecznym zwyczajem odmówili jakichkolwiek zeznań. Urzędnik wyjechał z Tyszowiec, a rabin Wielwelewicz pozostał w osadzie, skazany na dalsze prześladowania ze strony chasydów, którym musiał mocno zajść za skórę i bynajmniej nie przyczyniła się do tego tylko podwyżka ceny koszernego mięsa. Co było rzeczywistym powodem sporu, nie wiadomo i już z pewnością się nie dowiemy, bo rozegrał się on tylko między tyszowieckimi Żydami, a z oficjalnych dokumentów znamy tylko skutki wojny Wielwelewicza z chasydami. Emocje musiały być bardzo silne. Chasydzi woleliby widzieć na stanowisku rabinackim w Tyszowcach zapewne któregoś z wielu cadyków. Wszak w nie tak odległym od osady, powiatowym Tomaszowie Lubelskim, oficjalnym rabinem, zatwierdzonym przez władze był cadyk Majer Najhauz, przywódca tomaszowskich chasydów, a stanowisko to otrzymał po swoim ojcu, który też był cadykiem. Tyszowce też nie chciały być z pewnością gorsze. W tym samym 1882 roku doszło na tle sporu o rabina tyszowieckiego do zamieszek pomiędzy Żydami w osadzie. Ich miejscem stał się gminny dom modlitwy, miejsce religijnych spotkań chasydów oraz ich przeciwników, tradycyjnych misnagdów. Tyszowce były zbyt ubogą osadą, by mogły tu istnieć osobne modlitewnie dla tych dwóch grup tak, jak miało to miejsce chociażby w Tomaszowie, czy w gubernialnym Lublinie, gdzie przy ul. Szerokiej 2 istniała duża chasydzka bóżnica. W Tyszowcach wszyscy musieli modlić się razem, ale miejsce modlitwy nie gwarantowało wcale, że obydwie grupy w uniesieniu religijnym zapomną o swoich sporach. Tak więc dom modlitwy stał się miejscem i zarazem ofiarą ostrych wystąpień tyszowieckich Żydów. W czasie jednej z wielu kłótni o obsadę stanowiska rabina, kiedy zabrakło już słownych argumentów, sięgnięto po pięści i kamienie. Chasydzi i misnagdzi w ten sposób próbowali rozwiązać swoje spory. Czy w zajściu tym uczestniczył sam rabin Wielwelewicz, nie wiadomo. Zachowane dokumenty nic o tym nie mówią. W każdym razie powybijano okna w domu modlitwy, a i z pewnością kilka osób poniosło lekkie uszczerbki na zdrowiu. Bójka była tak ostra, że do Tyszowiec wezwano rosyjską Straż Ziemską, odpowiednik dzisiejszej żandarmerii. Dopiero widok carskich żandarmów z bronią w ręku ostudził wojownicze zapały obydwu stron. I znów, jak rok temu, rozpoczęto śledztwo, które zakończyło się jedynie lakonicznym stwierdzeniem faktu, że chasydzi nie chcą widzieć Wielwelewicza jako rabina w Tyszowcach. Nie mogąc go zmusić do mniej lub bardziej dobrowolnego sposobu odejścia z osady, uprzykrzali mu życie na wszelkie sposoby. Do władz carskich wysyłano donosy, że rabin jest zdziercą, bo samowolnie podnosi opłaty za posługę religijną. Oskarżono go nawet o przestępstwa przeciwko państwu rosyjskiemu. Niejaki Szmuel Sand w swoim donosie z 1884 r. opisał, że Moszek Icek Wielwelewicz, urzędowy rabin w Tyszowcach, miał zajmować się bardzo intratnym przemytem do pobliskich Austro-Węgier Żydów, którzy chcieli uniknąć służby w carskim wojsku. Kolejne ekipy śledcze, przysyłane do Tyszowiec z Tomaszowa, czy nawet Lublina, nie mogły jednak udowodnić żadnego z tych zarzutów. Albo takie fakty nie miały w ogóle miejsca, albo też tyszowieccy Żydzi nie chcieli zeznawać przeciwko swojemu rabinowi. Jednakże atmosfera wokół Moszka Wielwelewicza była gęsta. On sam z coraz większym trudem znosił prowadzoną przeciwko niemu wojnę podjazdową. Tyszowce również z pewnością kipiały niczym wulkan. W końcu atmosfera musiała być już tak napięta, że w 1889 r. rabin Wielwelewicz uciekł z Tyszowiec aż do guberni łomżyńskiej. Prawdopodobnie znalazł sobie tam spokojniejsze miasteczko. Jego funkcje w Tyszowcach przejął prosty szkolnik synagogi, który nie miał prawdopodobnie nawet odrobiny rabinackiego wykształcenia. Wyjazd rabina z osady utrzymywany był przez niego w takiej tajemnicy, że władze o tym fakcie dowiedziały się dopiero po kilku dniach. Czy zakończyło to spór pomiędzy tyszowieckimi Żydami, czy z rabinem Wielwelewiczem osadę opuścił także demon niezgody - nie wiadomo. O nowego rabina było trudno. Nikt nie palił się nawet na tę posadę w powiatowym Tomaszowie, który przeżywał podobne spory, nie mówiąc już o takiej głębokiej prowincji, jaką nawet na skalę guberni lubelskiej były Tyszowce. Władzom pozostawało jedynie smutne stwierdzenie, że w całym powiecie nie było ani jednej osoby, która mogłaby zająć wakujące stanowiska rabinów w Tomaszowie i Tyszowcach. Wśród ubogich tradycyjnych Żydów tyszowieckich trudno było zrobić karierę wybitnego mędrca. Najwyżej można było obcować z demonami, które powodowały ciągły niepokój wśród niewykształconego tłumu. Na koniec warto pokusić się o jeszcze jedną myśl. Sprawa rabina Wiewelowicza nie była w tym czasie odosobniona. Walki pomiędzy chasydami a misnagdami na Lubelszczyźnie trwały od dawna i niejednokrotnie przybierały one o wiele bardziej tragiczny efekt, niż w Tyszowcach. Wystarczy powiedzieć, że w Grabowcu koło Hrubieszowa konflikt taki, jak w Tyszowcach, mający miejsce w 1883 r. zakończył się spaleniem domu rabina, a kilkanaście lat wcześniej, w Kraśniku, w 1867 r. doszło do podpalenia wręcz części całego miasta, właśnie na tle wyboru na stanowisko rabina przeciwnika chasydów. Można więc rzecz, że spory takie stanowiły swoisty folklor na lubelskiej prowincji. Robert Kuwałek P.S. Opracowane na podstawie zasobu Archiwum Państwowego w Lublinie. Zespół archiwalny Rząd Gubernialny Lubelski Wydział IV Administracyjny, sygn. 1881:47, 1882: 91, 1883:15, 1886:16, 1886:85 oraz Kancelaria Gubernatora Lubelskiego, sygn. 1882:376.