Christine Damski

Z Strona o Żydach lubelskich

Christine Damski urodziła się w Chełmie w 1918 roku jako Sara Rozen. Dzieciństwo i młodość spędziła w Zamościu, 35 tysięcznym mieście, w którym Żydzi stanowili około 25 procent mieszkańców. Rozenowie byli bogatą, zasymilowaną, mieszczańską rodziną żydowską. Ojciec Sary, w Zamościu, Chełmie i Lublinie, posiadał siedem browarów, gorzelnię i bank.

"Zawsze wiedziałam że jestem Żydówką. Moja rodzina obchodziła wszystkie święta żydowskie i była powszechnie akceptowana przez środowisko. Dorastając przyjaźniłam się zarówno z Żydówkami, jak i z Polkami. W polskim gimnazjum do którego chodziłam, w mojej klasie około 10 dziewcząt było Żydówkami. Spośród całej klasy jedynie ja jedna miałam "celujący" z języka polskiego, żadna z polskich dziewcząt nie dostała tej oceny. Tak naprawdę, nigdy nie czułam się inna, gdy uczęszczałam do gimnazjum w Zamościu. Wstrząs nastąpił dopiero we wrześniu 1938 roku gdy wyjechałam na studia do Warszawy. Na początku postanowiłam że zdawać będę na Politechnikę, jednak z powodu obowiązującego wówczas Numerus Clausus podanie moje o przyjęcie na tą uczelnię zostało odrzucone. W końcu zdecydowałam się studiować dziennikarstwo. Studentką byłam dobrą, podobnie jak cały mój rok. Robiliśmy wszystko, chodziliśmy do sądów i pisaliśmy sprawozdania z procesów, pisaliśmy recenzje koncertów i sztuk, redagowaliśmy także artykuły polityczne a nawet nauczyliśmy się pisać na maszynie, a w razie niebezpieczeństwa powielać teksty. Program nauki na studiach obejmował jedenaście przedmiotów i był bardzo napięty. Pewnego dnia na uniwersytecie ogłoszono że wszyscy żydowscy studenci muszą siedzieć po lewej stronie sali wykładowej, miało to zamanifestować że wszyscy Żydzi to lewica " komuniści. Był to dla mnie duży cios. Byłam polską patriotką, a to był przecież polski uniwersytet. Żeby zaprotestować na wykładach staliśmy, po prawej stronie sali wykładowej. Było to w tym samym czasie gdy mój wujek Natan (młodszy brat mojego ojca) za to że był Żydem został pobity na uniwersytecie, i z tego powodu opuścił uniwersytet i wyjechał z Warszawy. Podobnie jak ja, pochodził on z patriotycznej i zamożnej rodziny. Żydem się nie czuł. Pod koniec pierwszego roku wracając na wakacje do domu, wiedziałam że nie będę mogła wrócić do Warszawy. Nie chciałam nawet dalej pozostawać w Polsce. Złożyłam papiery na Sorbonę i zostałam przyjęta. Wyjechać do Francji miałam w połowie września, ale 1 września 1939 roku Niemcy zaatakowały Polskę, rozpoczęła się wojna. Wiedzieliśmy że pierwszymi ludźmi, których Niemcy będą poszukiwać będą dziennikarze i pisarze który występowali przeciwko Hitlerowi. Jako studentka sama pisałam takie artykuły i byłam zagrożona. 9 września 1939 r. ojciec dał mi 3 tysiące rubli w złocie, całkiem dużą sumę pieniędzy, i wysłał mnie i mojego brata Juliana przez granicę na terytorium zajęte przez Rosjan. Zatrzymaliśmy się we Lwowie, pięknym mieście, nazywanym "małym Wiedniem". Zastaliśmy tam bardzo wielu Polaków, uchodźców, którzy nie chcieli pozostać pod okupacją niemiecką. Julian był o trzy lata młodszy ode mnie, ale dzielił nas tylko jeden rok studiów, był taki zdolny że "przeskoczył" dwa lata nauki. Kochałam go bardzo. Gdy opuszczaliśmy Zamość, obiecałam rodzicom że się będę za niego odpowiedzialna. Ciągle miałam przy sobie paszport i wizę do Francji i myślałam że razem będziemy mogli się tam udać. Niestety Julian nie mógł otrzymać paszportu, wobec czego postanowiłam pozostać we Lwowie. Moi rodzice nie widzieli potrzeby opuszczania Zamościa. To był dopiero początek wojny i nie zdawali sobie sprawy z grożącego im niebezpieczeństwa. Przeżyli pierwszą wojnę światową i sądzili że z daleka od pól bitewnych, ludzie przetrwają. Nikt nie przypuszczał że Naziści będą chcieli zniszczyć wszystkich Żydów. Ciągle obwiniałam siebie, że zabrałam Juliana do Lwowa. Nie miał jeszcze dziewiętnastu lat gdy tam przybyliśmy. Właśnie po jego urodzinach Rosjanie powołali go do wojska i zamierzali wysłać do Władywostoku. Ogarnęła mnie rozpacz. Władywostok był po drugiej stronie Syberii, tuż przy Japonii. Julian był dla mnie wszystkim. Byłam zdeterminowana nie dopuścić do jego wyjazdu. Zaaranżowałam więc spotkanie z wojskowym odpowiedzialnym za listy powołań i podarowałam mu piękny, orientalny kilim. Pobór Juliana został odroczony. Wówczas miałam jak najlepsze intencje, ale to był wielki błąd. Julian byłby bezpieczny we Władywostoku, tam mógł przeżyć. Miałam bardzo złe przeczucia. Podczas gdy ja byłam we Lwowie, Niemcy wyrzucili moich rodziców z ich domu. Ojcu skonfiskowali jego zakłady przemysłowe. Na całe jego szczęście, interes ten przeszedł pod zarząd uczciwego człowieka, Polaka , którego Niemcy wysiedlili z Poznania gdy obszar ten włączono do Rzeszy. Miał on niemieckie nazwisko, ale nie czuł się Niemcem. -"Panie Rozen", powiedział on do mojego ojca, "Niemcy również i mnie pozbawili mojego interesu, będzie pan płacił mi co miesiąc pewną sumę pieniędzy, zaś interes pozostanie nadal w pańskich rękach". Niemcy uważali tego człowieka za swojego, wobec czego mój ojciec miał pewną ochronę i zapewnioną pracę u nowego właściciela. Rodzice stracili dom, ale aż do końca, dobrze stali pod względem finansowym. Razem z Julianem mieszkaliśmy we Lwowie aż do wkroczenia Niemców w 1941 roku. W nocy 22 czerwca, w nocy, wracaliśmy do domu z koncertu, gdy nagle usłyszeliśmy wybuchy bomb, zdaliśmy sobie sprawę że wojna rozpoczęła się znowu. Przez ponad dwa tygodnie Lwów był w sposób barbarzyński bombardowany. Lwów był miastem ukraińskim, a wielu Ukraińców nienawidziła Polaków. Gdy w mieście rządzili Rosjanie, Ukraińcy udawali wobec nich przyjaźń, w rzeczywistości jednak nienawidzili ich równie mocno jak i Polaków. Po ponownym wybuchu wojny, Ukraińcy zaczęli mordować Polaków i Żydów, tych ostatnich ze względu na to że wielu Żydów współpracowało z Rosjanami. Ukraińcy przywitali Niemców jak przyjaciół. Wraz z Julianem znaleźliśmy się we Lwowie w okropnej sytuacji. Wciąż obowiązywała granica pomiędzy niemiecką i rosyjską strefą okupacyjną. Ojciec zawiadomił nas że pośle kogoś aby nas sprowadził z powrotem do Zamościa. We wrześniu brat mojej najlepszej przyjaciółki ze szkoły przyjechał samochodem. Za przerzucenie nas ojciec zapłacił mu mnóstwo pieniędzy, znał go od małego i mu ufał. Brat przyjaciółki najpierw zabrał Juliana, a po dwóch tygodniach także i mnie. Ciągle jednak mieliśmy poważny problem. Niemcy uważali iż każdy Żyd powracający ze Lwowa, jest komunistą. Gdy mój kuzyn powrócił spod rosyjskiej okupacji, przywieziony przez swojego ojca, Niemcy posądzając ich o komunizm, rozstrzelali obydwu. Wraz z bratem musiałam się ukrywać. Wyjechaliśmy do majątku naszych krewnych w Siedliskach, w małej wiosce pod Lublinem. Wszyscy okoliczni chłopi pracowali dla nich. Gdy przyszli Niemcy, krewni musieli wyprowadzić się z domu, i przeprowadzić się do jednego z peryferyjnych zabudowań, przypominającego stajnię. Chłopi jednak nadal byli przyjaźnie nastawieni, jeden z nich odstąpił swoją małą chatkę mi, Julianowi i trójce naszych przyjaciół będących w podobnej sytuacji jak my. Oczywiście dobrze mu zapłaciliśmy. W piątkę mieszkaliśmy tam przez miesiąc. Żadne z nas nie miało jeszcze fałszywych papierów. Pewnego dnia przed dom zajechał samochód gestapo. Nie podejrzewałam niczego, sądziłam że to ojciec posłał po Juliana. Ojciec posiadał nadal browar, i wiedzieliśmy i byliśmy przyzwyczajeni że dużo SS-manów i wojskowych przyjeżdżało kupić piwo. Było tylko jedno wejście do naszej chaty. Gestapowcy nigdy nie pukali, popchnęli drzwi i wpadli do środka. Siedzieliśmy właśnie przy stole, ja, Julian i naszych troje przyjaciół. -"Który z was to Julian Rozen", zapytali. Mój brat powoli wstał. Gestapowcy założyli mu kajdanki i zabrali ze sobą. Zdrętwiałam, nie wiedziałam co robić. Nie było telefonu, nie mogłam skomunikować się z rodzicami. Następnego dnia z samego rana, poszłam siedem kilometrów do stacji kolejowej. Jedynie jeden wagon, na końcu pociągu przeznaczony był dla Polaków, za bilet do Zamościa musiałam dać łapówkę. Po dotarciu do Zamościa poszłam prosto do domu moich rodziców. Tam zastałam napiętą sytuację. Dowiedziałam się że człowiek którego wynajął mój ojciec dla przeprowadzenia mnie i Juliana przez granicę (brat mojej przyjaciółki) , zadenuncjował nas na gestapo. Powiedział im że mój ojciec nielegalnie sprowadził nas do Zamościa. Gestapo zaczęło poszukiwać Juliana. Zaaresztowali ojca i torturowali go tak strasznie, że ojciec złamał się i wydał miejsce naszego schronienia. Wiem jak strasznie skatowali ojca, gdyż sama widziałam go kilka dni później. Razem z siostrą siedziałyśmy w kuchni i rozmawiałyśmy. Miałam na sobie futro (żaden Żyd już wówczas futra nie posiadał " wszystkie zarekwirowali Niemcy), zaś na ręce nie miałam opaski z gwiazdą Dawida. W tym czasie matka wyszła z domu zdobyć pieniądze potrzebne do wykupienia z rąk gestapo ojca i Juliana. Nagle ktoś pchnął drzwi, do domu wkroczyło dwóch ogromnych gestapowców, ciągnąc za sobą skatowanego ojca. Miał on ranę na skroni, wybite zęby i zmiażdżony nos. Ojciec spojrzał prosto na mnie. -"Co robi tutaj ta Polka?", powiedział "Nie może zostać tu dłużej, wyprowadźcie ją" Nie pytali mnie o nic. -"Wychodź!". Wyleciałam z domu. Ojciec uratował mi życie. Następnego dnia siostra powiedziała mi że gestapowcy myśleli że ona jest mną. Oglądali nawet albumy rodzinne aby zorientować się jak wyglądamy. Jednak ojciec cały czas przekonywał ich że moja siostra nie jest tą osobą której szukają. W końcu uwierzyli mu. Kilka dni później za dużą łapówkę ojca wypuścili z więzienia. Nie wypuścili natomiast Juliana. Zamknięto go w polskim więzieniu w Zamościu, gdzie władze więzienne nie zdając sobie sprawy z tego że jest Żydem, umieściły go w celi z Polakami. Stamtąd przeniesiono go na Zamek, do największego więzienia w Lublinie. Przestałam się odzywać do ojca. Nie mogłam uwierzyć że mógł zdradzić gestapo miejsce pobytu swojego jedynego syna. Trudno mi było mu wybaczyć. Zamek znajdował się w centrum małego lubelskiego getta. W Lublinie nigdy nie było zamkniętego getta, Niemcy nakazali po prostu lubelskim Żydom opuścić ich domy i przenieść się do innej części miasta. Dlatego też w dużym lubelskim getcie zamieszkiwali zarówno Żydzi jak i Polacy. Podobna sytuacja panowała również w Zamościu, dlatego też moi rodzice mieszkali razem w jednym domu z Janem Damskim. Jan żył w przyjacielskich stosunkach z rodzicami, mieszkali w tym samym domu od dwu lat, niemal w tym samym mieszkaniu. Zawsze wiedział co się u nas dzieje i często pomagał rodzicom w wielu sprawach. Podczas gdy Niemcy konfiskowali wszystkie futra należące do Żydów, Jan zabrał futro mojej matki i oddał na przechowanie znajomemu Niemcowi do Krakowa. Ponieważ rodzice mieli spory dochód ze swojego interesu, mogli sobie pozwolić na kupno węgla na czarnym rynku. W tym czasie Żydom jednak nie było wolno ogrzewać mieszkań węglem. Z tyłu domu znajdowały się dwa pojemniki na węgiel, jeden po stronie właścicieli posesji, drugi po stronie moich rodziców i Jana. Zawsze gdy gestapo rewidując mieszkania pytało czyj węgiel jest w pojemnikach, Jan odpowiadał że jest jego. Gdy Juliana uwięziono na Zamku, Jan zawoził mu paczki od rodziców. Gdy zaś zachorował na tyfus, Jan zdobył dla niego potrzebne lekarstwa. Robił dla nas dużo. W Zamościu przenosiłam się z miejsca na miejsce, jedna noc tu, druga tam, jedynie wieczorami odwiedzałam rodziców i siostrę. Pewnego dnia postanowiłam że przeniosę się do rodziców na kilka dni. 4 października 1941 r. , cały dzień spędziłam w sypialni rodziców. Około godziny 8 wieczorem usłyszeliśmy samochód. Wiedzieliśmy że to gestapo ponieważ w tym czasie żaden Polak nie posiadał już samochodu. Zamarłam z przerażenia. Gdy zaczęli pukać w nasze kuchenne drzwi, wyskoczyłam z domu przez okno. Złapał mnie Jan. Trzymając z rękę powiedział "uciekaj". Nie miałam nawet być zaskoczoną, chciałam po prostu jak najszybciej stąd uciec. Nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, ale wiedziałam kto mnie uratował, znałam jego głos jeszcze z czasów gdy mieszkałam z rodzicami. Jan powiedział żebym nie wracała do domu. Powiedział że nie wyglądam na Żydówkę, dlatego nie powinnam więcej zakładać na ramię opaski, chodzić do getta, ani nikomu nie mówić że jestem Żydówką. Obiecał że zdobędzie dla mnie aryjskie papiery. Kilka dni później z Janem wyjechaliśmy do Warszawy. Po drodze zatrzymaliśmy się w Lublinie aby przesłać Julianowi paczkę. Zanocowałam u kuzyna mojej matki. Około drugiej nad ranem w małym getcie, gdzie znajdował się Zamek, zawrzało. Wierzcie lub nie, ale była to akurat ta noc gdy rozpoczęła się likwidacja getta (dosłownie: otoczyli (getto) aby je zlikwidować). Całe szczęście że mój kuzyn mieszkał po aryjskiej stronie. Następnego ranka weszłam do getta aby zanieść na Zamek paczkę dla Juliana. Gdy wychodziłam, stojący na wasze Ukrainiec zatrzymał mnie i nie chciał wypuścić z getta. Znalazłam wtedy niemieckiego oficera i zaczęłam mu tłumaczyć że wracam przez getto z więzienia, gdzie zanosiłam paczkę bratu. Pozwolił mi wyjść. W Warszawie zatrzymałam się tylko kilka dni, do tego czasu aż Jan załatwił aryjskie papiery. Po tym Jan powrócił do pracy do Zamościa, a ja pojechałam jak najdalej od Zamościa, do Częstochowy, dużego, przemysłowego miasta, nie posiadającego zamkniętego getta. W Częstochowie nie znałam nikogo. Przez pierwsze kilka dni zatrzymałam się w hotelu i poszukiwałam jakiegoś mieszkania do wynajęcia. Ponieważ Niemcy zajęli najlepsze mieszkania, dużo było ludzi je wynajmujących. Wiedziałam że najgroźniejszym dla ukrywającego się Żyda było proste siedzenie cały dzień w domu. Jeśli nie wychodziłeś z domu i nigdy nie przyjmowałeś gości, z miejsca byłaś osobą podejrzaną. Zawsze ktoś mógł zadenuncjować cię na Gestapo. Od razu zaczęłam więc szukać pracy, i wkrótce pracowałam jako manicuristka w salonie piękności. Znalazłam także pokój przy młodym małżeństwie, inżynierze, jego żonie i siedmioletniej córeczce. Wszystko to działo się w czasie gdy Julian przechodził tyfus. Przetrwał chorobę, ale podczas gdy był chory odkryto że jest Żydem i przeniesiono na Majdanek. Jeździłam tam i z powrotem do Lublina próbując na wszelkie sposoby wyciągnąć stamtąd brata. Niemcy stosowali w Polsce praktykę gromadzenia w jednym miejscu dobrych dentystów, lekarzy, krawców, szewców itd, pozwalano im mieszkać w lepszych dzielnicach miasta, blisko Niemców dla których pracowali. Mąż mojej kuzynki był właśnie takim dentystą, nadal mieszkał w swoim pięknym domu w Lublinie gdzie prowadził praktykę lekarską. Wszyscy lubelscy wyżsi SS- mani przychodzili się do niego leczyć, dlatego też znał ich wszystkich. Wiedzieliśmy że od czasu do czasu, za dużą sumę pieniędzy, mogą oni spowodować zwolnienie kogoś z aresztu. Mąż kuzynki zaczął działać w tym kierunku. Jednego miesiąca pięć razy jeździłam do niego dowiedzieć się czy udało się nawiązać kontakt z kimś kto mógłby pomóc w zwolnieniu Juliana z Majdanka. Za każdym razem odpowiadał to samo: "Przyjedz w następnym tygodniu, wtedy właśnie, taki a taki z SS przyjdzie do mnie leczyć zęby" W końcu przyszedł telegram : "Przywoź cztery tysiące dolarów i nowe ubranie". W ubranie to miał się przebrać Julian, po wyjściu z Majdanka i zrzuceniu pasiaka. Zdobyłam i pieniądze i ubranie i wyruszyłam do Lublina. Gdy podeszłam pod drzwi kuzynki, kobieta przechodząca po drugiej stronie ulicy, myśląc że jestem pacjentką powiedziała: " och, proszę pani, wszystkich z tego domu zabrali; dentystę -jego rodzinę, wszystkich którzy mieszkali w tym domu". Moja kuzynka, jej mąż, jego ojciec i wujek, ich dzieci, wszystkich ich zlikwidowano. Od tego czasu, zupełnie utraciłam łączność z Julianem. Wiosną dostałam list od matki z Zamościa. Pisała że w Zamościu zaczyna się likwidacja Żydów i że chce wyjechać. Janek pojechał do Warszawy pomóc mojej matce w zdobyciu aryjskich papierów. Gdy przyjechał do Zamościa dowiedział się że kierowca który kiedyś przewiózł jego i moją matkę na dworzec, szantażuje jego brata Zygmunta. Gdyby Zygmunt nie zapłacił, kierowca wydałby Janka Niemcom za pomoc Żydom. Sam Janek nie chciał dać pieniędzy i kazał szantażyście iść do diabła. Po tym wydarzeniu nie mógł już wrócić do Zamościa. Porzucił pracę i przeprowadził się do mnie, do Częstochowy. Mówiłam wszystkim że przyjechał mój mąż. Mojej matka zamieszkała blisko nas w Olsztynie, natomiast ojciec razem z moją siostrą pozostali w Zamościu. Mimo iż Janek zaofiarował siostrze, iż jej także załatwi aryjskie papiery, odmówiła. Zarówno ona jak i ojciec myśleli że są bezpieczni. Siostra była młoda, miała tylko 16 lat, pracowała w browarze ojca, który Niemcy bardzo cenili. Ojciec pracował cały dzień, wracał do domu jedynie na noc. Oboje uważali że nie ma powodu do ucieczki z Zamościa. Poza tym niebezpiecznie było żyć na aryjskich papierach, zwłaszcza dla mężczyzny. Gdyby został złapany przez żandarmów, i ci kazali by mu zdjąć spodnie, stałoby się jasnym że jest Żydem. A gdy jeszcze nie miało się "dobrego wyglądu"?. Polacy bez trudu rozpoznawali Żydów. W Częstochowie wiodło się nam całkiem dobrze, do chwili gdy dozorca ostrzegł nas że ktoś z Zamościa rozpoznał mnie. Szybko przenieśliśmy się do Olsztyna, mieszkać razem z moją matką. Rodzina chłopska u której mieszkała matka, wynajęła nam jeden pokój. Pięcioro członków tej rodziny, spało w kuchni, przy piecu, byli tak biedni. Matka nie tylko zaadoptowała się do tych warunków, ale także zaprzyjaźniła się z żoną chłopa. Matka zaczęła nawet chodzić do kościoła, codziennie. Chłopka spodziewała się dziecka. Gospodarze mieli jedną krowę, cały ich dobytek, która także była w ciąży. Chłopka mówiła że jeżeli krowa urodzi pierwsza, będzie ich stać na huczne chrzciny, a moja matka zostanie matką chrzestną, nowo narodzonego dziecka. Taka perspektywa wystraszyła matkę. Bała się zamieszania wokół własnej osoby, jakie przyniosły by ewentualne chrzciny. Codziennie chłopka chodziła do lasu zbierać chrust i drewno na opał które później sprzedawała w Częstochowie. Pewnego dnia chłopka wróciła z lasu niosąc na plecach chrust, a na rękach, zawinięta w chustę niemowlę. Sama bez niczyjej pomocy urodziła dziecko w lesie. W tym czasie krowa jeszcze nie urodziła, matka była uratowana. Nawet w małym Olsztynie, wkrótce zaczęły krążyć plotki dotyczące matki. Wiedzieliśmy że musimy znaleźć dla niej bezpieczniejsze miejsce. Zadziwiające ale jedynym bezpiecznym miejscem mogły być paradoksalnie Niemcy. Niemcy w Polsce, prawie w każdym mieście posiadali biura zatrudnienia, które werbowały Polaków do pracy w Rzeszy. Prawie wszyscy Niemcy walczyli na froncie, albo służyli w wojsku, dlatego też potrzebowali ogromne cudzoziemskiej siły roboczej. W czasie wojny, życie w kraju było bardzo ciężkie i dlatego wielu Polaków zgłaszało się na ochotnika do pracy w Niemczech. Tam mogli bez trudu zdobyć jedzenie, nieco pieniędzy, oraz nie musieli się martwić o mieszkanie. Zabrałam więc matkę do Częstochowy, zapisać ją jako chętną do pracy w Rzeszy. Matka ubrała się jak stara, wiejska kobieta, i niczym nie różniła się od chłopki. Ja natomiast ubrana byłam elegancko, w jedwab. Urzędnik w biurze spojrzał najpierw na mnie, potem na matkę, później znowu na mnie. Następnie poszedł na tyły biura i spojrzał w dół ulicy. Nasz wygląd wzbudził w nim podejrzenia. W końcu wrócił z powrotem i powiedział: -"W porządku. Przyjdźcie jutro, sprawdzimy czy nadajecie się do roboty" Nie wiedziałyśmy co zrobić ze sobą przez resztę dnia. Poszłyśmy na Jasną Gorę do największego w mieście, i najbardziej znanego w Polsce kościoła. Odprawiano w nim co godzinę mszę przez cały dzień. Aby nie wzbudzać podejrzeń przenosiłyśmy się z jednej części kościoła, do drugiej, aż w końcu doczekałyśmy godziny policyjnej. Następnego dnia wróciłyśmy do biura werbunkowego i wszystko zakończyło się szczęśliwie. Matka wyjechała do Bawarii, pracować w rodzinnej restauracji położonej wśród Niemieckich Alp. Wiosną 1943 roku, na krótko po tym jak matka wyjechała do Niemiec, znowu próbowano mnie zadenuncjować. Ktoś w Olsztynie powiedział Jankowie iż jest pewien że nie jestem jego żoną, ponieważ jestem Żydówką. Wyprowadziliśmy się do Warszawy. Na początku zamieszkaliśmy w pięknej willi przyjaciółki Janka, Danuty Majewskiej. Oprócz nas, cały dom zamieszkiwali ludzie działający w konspiracji, piloci, uciekinierzy z zachodniej Polski, wszyscy mieszkający tam " ukrywali się. W mieszkaniu znajdował się także skład broni. Dom należał do byłego teścia Danuty, przedwojennego lekarza a do 1939 roku znajdował się w nim prywatny dom opieki dla chorych umysłowo. Położony na uboczu, w cichej uliczce, otoczony sadem, ogrodem i wysokim murem, był bardzo bezpiecznym i wygodnym miejscem dla ludzi podziemia. Mieszkaliśmy tam razem z innymi, dwanaście osób w jednym pokoju. Wtedy właśnie dowiedziałam się że polski rząd na uchodźstwie, każdego miesiąca przesyła polskiemu podziemiu pewne sumy pieniędzy przeznaczone dla ukrywających się Żydów. Ponieważ polska konspiracja potrzebowała ludzi chętnych do przewożenia i rozprowadzania tych pieniędzy, zgłosiłam się na ochotnika. W ten sposób odkryłam że także mój ojciec ukrywa się w Warszawie. Pewnego dnia polecono mi dostarczyć pieniądze dla sześciu Żydów z Zamościa. Dotrzeć do nich miałam przez człowieka o nazwisku Wiegler. Gdy się spotkaliśmy, Weigler od razu rzekł: "Twój ojciec tu jest" Weigler opowiedział mi całą historię ucieczki ojca z Zamościa. Podczas spędzania zamojskich Żydów na bocznicę kolejową, ojciec i kilka innych osób przekupiło pracowników kolejowych i uciekło, wsiadając do pociągu do Warszawy. Jeden z nich, przyjaciel mojej rodziny, prezes zamojskiego Judenratu, pan Garfinkle, miał krewnego w Warszawie, który poślubił Polkę. Ona z kolei miała dobrą przyjaciółkę, starą wdowę, która mieszkała w wysokiej, liczącej sześć lub siedem pięter kamienicy, która została częściowo zniszczona od wybuchu bomby w 1939 roku. Jedna część została prawie całkowicie zniszczona, ale kilka pokoi ocalało, były prawie nietknięte. Staruszka prowadziła niewielki hotelik w tym budynku, tuż przy zniszczonej części. W razie bezpieczeństwa, proszono ją o zamknięcie hotelu. Staruszka umieściła wielką zbroję na przeciwko drzwi jednego pokoju, prowadzącego do zniszczonej części domu. Za tymi drzwiami ukrywał się mój ojciec, jedna pani także z Zamościa oraz piętnastu innych Żydów. Za ukrywanie ich staruszka nie chciała absolutnie nic, nie wzięła od tych ludzi nawet grosza. Nie rozmawiałam z ojcem odkąd wypuszczono go z więzienia w Zamościu. Trudno było wybaczyć mu wydanie Niemcom Juliana. Matka nigdy zresztą mu tego nie wybaczyła. Ja, ciągle mając w pamięci to, przez co dotychczas przeszłam, oczywiście poszłam się z nim spotkać. Od pierwszego spotkania znowu staliśmy się sobie bliscy. U ojca miałam miejsce gdzie mogłam pójść i spędzić kilka godzin każdego dnia. Przynosiłam mu jedzenie i tytoń. Ojciec w ciągu dnia skręcał z niego papierosy, które ja później sprzedawałam. W końcu znaleźliśmy z Jankiem własne mieszkanie. Był to jeden pokój, w szczytowej kondygnacji kamienicy położonej niedaleko gmachu warszawskiej Opery. Wszyscy na naszym piętrze korzystali z jednej łazienki ale mimo to mieszkaliśmy w końcu na swoim, skończyło się spanie u kogoś, na podłodze, z masą innych, obcych ludzi. Byłam bardzo szczęśliwa. Zawiesiłam piękne zasłony w oknie. Odwiedzałam wówczas ojca i dostawałam listy od matki. Matce posyłałam paczki, często z jedzeniem a nawet ciastkami. Mieszkała ona w Alpach, na nie ogrzewanym strychu. Jedyne co dostawała do jedzenia to był czarny chleb, kawę zbożową i jedną miskę zupy na dzień, a matka mieszkała w restauracji. Pierwszego sierpnia zaczęło się powstanie. Kiedy Niemcy zaczęli wypalać budynki, jedyne co instynktownie porwałam z domu to kawałek słoniny, trochę czerstwego chleba i... futro. Był początek sierpnia, upalne lato, miasto płonęło, słowem piekło wokół nas, a ja w narzuconym na siebie futrze, nie czułam nawet gorąca. Wewnątrz futra w podszewce miałam wszyte diamenty i złote ruble, dzięki nim właśnie udało mi się przeżyć całą wojnę. Wyzwolenie: kiedy w końcu zostaliśmy wyzwoleni przez Rosjan, razem z Jankiem chcieliśmy wrócić z powrotem do Zamościa, miasta gdzie dorastałam, chodziłam do szkoły, gdzie przed wojną byłam naprawdę kimś. Teraz nikt tu mnie nie chciał widzieć, nikt mnie nie pozdrawiał na ulicy, nikt nie zapraszał do domu. Przed wojną nigdy w Zamościu nie odczuwałam antysemityzmu, ale kiedy teraz wróciłam ludzie się ode mnie odwrócili. Nie chciałam tu dłużej pozostać. Dzięki Bogu ojciec i matka przeżyli. Siostra zginęła w Treblince. Przed śmiercią sama sobie musiała wykopać grób. Matka ciągle miała nadzieję że także Julianowi udało się przeżyć wojnę. Kiedy wciąż nie wracał, powiedziała że nie może dalej żyć z ojcem i w końcu się z nim rozwiodła. Do tej pory mam u siebie list od ojca po rozwodzie, list pełen łez. Ojciec napisał że matka była aniołem, a on jest obecnie najnieszczęśliwszym człowiekiem". Po wojnie Jan i Christine oficjalnie pobrali się. Z Zamościa przeprowadzili się do Gdańska, a następnie wyemigrowali z matką Christine do Stanów Zjednoczonych. W tym samym czasie ojciec Chrisrine, Samuel Rozen, wyjechał do Izraela. 14 Maj 1998 Los Angeles