Żydowski ruch oporu

Z Strona o Żydach lubelskich

1. Żydzi na Lubelszczyźnie przed wybuchem wojny - charakterystyka ogólna.

W momencie inwazji hitlerowskiej na Polskę we wrześniu 1939 r. na terenie przedwojennego województwa lubelskiego mieszkało około 320.000 Żydów, co stanowiło około 12% ogółu mieszkańców województwa. Poza Lublinem, który był największym ośrodkiem miejskim, a zarazem żydowskim w regionie (na 120.000 mieszkańców żyło tutaj 37.000 Żydów), ludność żydowska zamieszkiwała przeważnie małe miasteczka i osady, gdzie w wielu z nich stanowiła zdecydowaną większość mieszkańców (np. Łaszczów - 97%, Izbica 92%, Międzyrzec Podlaski 75%, Rejowiec 72%, Piaski 70%, Włodawa 62%). Wiele rodzin żydowskich zamieszkiwało także wsie, ale nie stanowiły one znaczącego procentu ani ogółu ludności żydowskiej w województwie, jak również wsi. Ludność żydowska na Lubelszczyźnie związana była przeważnie z miastami i miasteczkami, zarówno kulturowo, jak i zawodowo. Jednocześnie należy zauważyć, że w większości była to ludność niezasymilowana i poza kontaktami administracyjno-handlowymi odseparowana od ludności polskiej czy ukraińskiej, która również w znacznej mierze zamieszkiwała województwo. Od początków XIX w. Żydzi lubelscy pozostawali pod silnymi wpływami chasydyzmu, który hamował procesy akulturacyjne i asymilacyjne. Generalnie tutejsi Żydzi byli słabo wykształceni, a do tego ubodzy. O tym jak słabo zasymilowani byli miejscowi Żydzi świadczy fakt, że w 1931 r., w Lublinie na blisko 35.000 mieszkańców żydowskich tylko 911 osób deklarowało używanie języka polskiego jako języka codziennego, używanego w domu. Pozostali rozmawiali w języku jidysz, chociaż w rzeczywistości młodsze pokolenie, wychowane w Polsce już po I wojnie światowej, było dwujęzyczne - używali zarówno języka jidysz, jak i polskiego. Tego pierwszego w kontaktach ze starszym pokoleniem, tzn. z rodzicami; drugiego w kontaktach z rówieśnikami. Jednocześnie wcale nie znaczyło to, że mieli jakieś kontakty z Polakami, nawet jeżeli chodzili do polskich szkół. We wszystkich rozmowach z ocalałymi pojawia się odpowiedź, że nawet jeżeli dziecko żydowskie chodziło do polskiej szkoły lub mieszkało w polskiej dzielnicy, to rzadkością były kontakty z polskimi rówieśnikami. Wzajemna separacja wynikała zarówno z żydowskiej tradycji braku kontaktów z polską większością, jak również z polskiej niechęci do Żydów. Były to dwa odrębne światy, które nie przenikały się wzajemnie, jeżeli chodzi o prywatne kontakty. Rzadkością były mieszane małżeństwa, rzadko też zdarzały się imprezy towarzyskie, podczas których obydwie grupy mogły się spotkać. Wspólne spotkania odbywały się tylko w rodzinach zasymilowanych i też nie można powiedzieć, że były one bardzo częste. Jak wspomina Zofia Gryzolet-Weiser, która urodziła się w Lublinie i wychowała w zamożnej i akulturowanej rodzinie kupca futrzarskiego, sytuacja wyglądała pod tym względem następująco: Rodzice moi mieli polskich znajomych, ale były to kontakty bardziej handlowe, związane z naszym sklepem, który mieścił się w centrum miasta. Natomiast, gdy w piątki organizowano u nas w domu spotkania towarzyskie z okazji szabatu (nie miały one charakteru religijnego), to wśród przyjaciół, którzy przychodzili do moich rodziców była tylko jedna rodzina polska - państwo Miłosiowie. Innych Polaków w otoczeniu moich rodziców nie pamiętam. Dzięki temu kontaktowi, później, w czasie wojny przeżyła moja matka i brat. Ja dopiero teraz uświadamiam sobie ten fakt, że poza państwem Miłosiami moi rodzice nie mieli żadnych polskich przyjaciół. Naszymi gośćmi byli przeważnie zamożni Żydzi - inteligencja żydowska w Lublinie - adwokat Bach, dr Lewin i inni. Ja sama chodziłam do polskiego gimnazjum i miałam polskie koleżanki, które bywały u mnie w domu. Czułam się już tak zasymilowna, że nie miałam kontaktu z żadną organizacją żydowską. One przychodziły do mnie, ale nie pamiętam, żebym ja była częstym gościem u nich. Inna z ocalałych z Holocaustu, Zahawa Lichtenberg, pochodząca z ubogiej rodziny żydowskiej, mieszkającej w centrum dzielnicy żydowskiej w Lublinie wspomina inny fakt: Gdybym nie uciekła z Lublina w czasie wojny do Lwowa, w którym byli w tym czasie Rosjanie, to wojny bym nie przeżyła. Przed wojną mieszkałam przy Szerokiej, w samym centrum dzielnicy żydowskiej i nie miałam kontaktu z Polakami. Rzadko bywałam też na polskich ulicach, bo to dla Żyda mogło się okazać niebezpieczne. Chociaż z koleżankami rozmawiałam po polsku, ale to były same Żydówki i często same przechodziłyśmy na jidysz, którego używało się w domu. Pamiętam, że pierwszego Polaka poznałam dopiero w 1940 r., gdy wraz z Polakami byłam zesłana przez Rosjan na Syberię. Dopiero wtedy zauważyłam, że wśród Polaków też byli różni ludzie. Wiem na pewno jednak, że gdybym została w Lublinie z rodzicami, to z moim wyglądem, niekompletną znajomością języka polskiego i żadną znajomością polskich obyczajów oraz przy braku kontaktów z Polakami, wojny bym nie przeżyła. Jednocześnie należy nadmienić, że mimo iż w okresie międzywojennym pojawiła się w większych miastach Lubelszczyzny warstwa inteligencji żydowskiej, to też trudno tutaj mówić, że ci ludzie mieli ścisłe kontakty ze środowiskiem polskim. W większości przypadków związni byli oni z organizacjami żydowskimi, a w wielu przypadkach, pochodząc w pierwszym pokoleniu z rodzin religijnych, posiadali średnią znajomość języka polskiego. Przykładem tu może być Bela Dobrzyńska, liderka Organizacji Syjonistycznej w Lublinie, deputowana do Rady Miejskiej, która pochodząc z chasydzkiej rodziny, sama mając liberalny stosunek do religii i tradycji, nie posiadała prawie żadnych kontaktów z Polakami - żyła tylko w środowisku żydowskim. Wszystkie te czynniki zadecydowały w okresie wojny, że Żydzi mogli być bardziej odseparowani od środowiska polskiego, a tym samym automatycznie utrudniało to powołanie wspólnych organizacji konspiracyjnych w obliczu okupacji hitlerowskiej. Wyjątkiem były tu jedynie środowiska lewicowe - komuniści i socjaliści. Członkowie Komunistycznej Partii Polski, którymi byli zarówno Polacy, jak i Żydzi posiadali bardziej bliskie stosunki i to później wykorzystywano w czasie wojny, chociaż jak się w praktyce okazało i tu nie brakowało konfliktów na tle narodowościowym. Wśród komunistów-Polaków też nie brakowało ludzi o antysemickim nastawieniu. Bliską współpracę ze sobą prowadziły także żydowski, socjalistyczny Bund i Polska Partia Socjalistyczna, co też zaowocowało współpracą w okresie wojny. Miało to chociażby miejsce w Lublinie i Zamościu, gdzie obydwie organizacje były bardzo silne. Ludność żydowska w województwie lubelskim w swojej przewadze była to jednak społeczność, którą możemy określić mianem ubogiej - drobni handlarze, rzemieślnicy, wielu z nich wręcz bezrobotnych, o których mówiło się "luftmenschen" - żyjący z powietrza, ponieważ nikt nie wiedział z czego utrzymywali wielodzietne rodziny. Była to społeczność rozdrobniona, żyjąca z dnia na dzień, walcząca jedynie o byt rodziny, bardzo często bardzo tradycyjna i do tego niewykształcona. Poza Lublinem, Zamościem i Chełmem, gdzie istniały żydowskie warstwy inteligenckie, a więc potencjalnie przywódcze, w małych miasteczkach trudno było spotkać Żydów nawet ze średnim wykształceniem, nie mówiąc już o wykształceniu wyższym. Owszem, spotykało się lekarzy żydowskich czy nauczycieli, ale w bardzo wielu przypadkach żyli oni w zawieszeniu pomiędzy Polakami a Żydami. Dla tych pierwszych zawsze pozostawali Żydami i byli nie dość zasymilowani. Dla tych drugich zbyt daleko odeszli od tradycji i religii żydowskiej, a tym samym patrzono na nich z dużą dozą podejrzliwości.

2. Sytuacja Żydów na Lubelszczyźnie pod okupacją hitlerowską. Czynniki uniemożliwiające zorganizowanie zwartego żydowskiego ruchu oporu. Od września 1939 r., czyli od momentu najazdu niemieckiego na Polskę, sytuacja ludności żydowskiej na Lubelszczyźnie skomplikowała się dodatkowo. Na teren województwa lubelskiego napłynęły masy uciekinierów, zarówno Polaków, jak i Żydów z terenów zachodniej Polski. Wiele miasteczek na Lubelszczyźnie zostało zbombardowanych przez lotnictwo niemieckie i nastąpił eksodus ludności w obrębie samego regionu. Takie miejscowości, jak Kurów, Markuszów, Biłgoraj, Frampol, Janów Lubelski zostały prawie całkowicie zniszczone, a mieszkający w nich Żydzi uciekali do większych miast, pozbawieni całkowicie dobytku. Tysiące uchodźców żydowskich zanotowano od razu w Lublinie, Kraśniku czy innych miejscowościach, które ucierpiały mniej w wyniku działań wojennych. Jednocześnie, po 17 września 1939 r. na Lubelszczyznę wkroczyła Armia Radziecka, wykonując zobowiązania wynikające z traktu Ribbentrop-Mołotow. Żydzi w wielu miejscowościach powitali Rosjan jak wyzwolicieli. W zajętych przez nich miejscowościach ujawniły się elementy komunistyczne, które zaczęły organizować nową władzę, łącznie z komunistyczną milicją, której członkami w przeważającej mierze byli Żydzi. Zaczęło dochodzić do samosądów i aresztowań przeważnie polskich oficerów, ziemiaństwa i inteligencji. Zdarzały się przypadki skrytobójczych egzekucji. W wielu przypadkach społeczeństwo polskie oskarżyło o te fakty współpracujących z bolszewikami Żydów. Oskarżenie spadło w zasadzie na całą społeczność żydowską, mimo że zamożniejsze warstwy żydowskie oraz ortodoksi bardzo mocno zdystansowali się od Rosjan, uważając ich za takich samych agresorów, jak Niemców. Ów konflikt narodowościowy na samym początku wojny bardzo mocno rzutował na późniejsze stosunki polsko-żydowskie pod okupacją hitlerowską. Jego efektem była w późniejszym okresie co najmniej bierność Polaków w momencie, gdy zaczęła się zagłada Żydów. Często słyszało się wśród Polaków, że mordowanie Żydów przez Niemców jest karą za to, że Żydzi poparli wkraczających do Polski bolszewików. Postrzegano to jako swoistą zemstę za upokorzenia jakich doznali Polacy od Żydów przez dwa tygodnie radzieckiej okupacji Lubelszczyzny, jednocześnie zapominając, że przed wojną sami Polacy traktowali w rzeczywistości Żydów jako obywateli drugiej kategorii. Gdy pod koniec września 1939 r. okazało się, że Rosjanie wycofają się na wschód od linii rzeki Bug, bardzo wielu Żydów zdecydowało się na odejście razem z nimi. W pierwszej kolejności uczynili to liderzy i aktywni działacze żydowskich partii lewicowych: komuniści, członkowie Bundu i Poalej Syjon, którzy uważali Związek Radziecki za kraj wolności i równości, a przynajmniej za mniej niebezpieczny niż Niemcy. Razem z nimi odeszło też wiele młodzieży, aktywnej przed wojną na Lubelszczyźnie w licznych organizacjach żydowskich. Na wyjazd do ZSRR decydowali się także ci ludzie, którzy obawiali się represji ze strony Niemców za działalność przedwojenną - inteligencja żydowska, działacze innych partii czy organizacji. Przykładem może tu być Stefan Zylber z Lublina, syn najzamożniejszego Żyda lubelskiego i zarazem prezesa Żydowskiej Gminy Wyznaniowej w mieście do 1939 r. Jego ojciec, Hersz Jojna Zylber, piastując stanowisko prezesa Gminy, będąc przy tym liderem ortodoksyjnej partii Agudat Izrael, pełnił również funkcję przewodniczącego Komitetu Pomocy Uchodźcom-Żydom z Niemiec i zajmował się opieką nad uciekającymi do Polski od 1933 r. Żydami niemieckimi. Zaraz po wkroczeniu wojsk niemieckich do Lublina do mieszkania Zylberów wtargnęło Gestapo, poszukując Hersza Jojnę Zylbera. On sam spodziewając się aresztowania wyjechał wcześniej z Lublina do Otwocka, gdzie rodzina posiadała rezydencję letnią. Nie mogąc znaleźć ojca, gestapowcy pobili syna oraz dziadka. Po tym fakcie syn, Stefan Zylber, chociaż antykomunista, zdecydował się na ucieczkę pod okupację radziecką, obawiając się, że zostanie aresztowany przez Niemców w zamian za ojca. Wiele osób decydowało się na ucieczkę na wschód już po wkroczeniu na Lubelszczyznę Niemców, obserwując ich zachowanie w stosunku do Żydów. Jak wielka skala była tych ucieczek pod okupację radziecką świadczy fakt, że pod koniec września 1939 r. z Zamościa odeszło razem z Armią Radziecką około 5.000 Żydów na ogólną liczbę 13.000 ludności żydowskiej mieszkającej w tym mieście przed wojną, z Chełma około 4.000 na 15.000, z Tomaszowa Lubelskiego około 2000 na 3.500. Uciekającymi na wschód byli przede wszystkim aktywni działacze społeczno-polityczni, którzy teoretycznie mogliby stać się organizatorami ruchu oporu pod okupacją hitlerowską. Była to pierwsza trudność, która spowodowała, że na początku okupacji niemieckiej na Lubelszczyźnie nie powstały struktury żydowskiego ruchu oporu. W tym samym czasie Polacy zaczęli organizować się bardzo szybko i już w październiku-listopadzie 1939 r. na Lubelszczyźnie istniały zakonspirowane komórki Związku Walki Zbrojnej, podlemu Rządowi Polskiemu na Uchodźctwie. Kolejną trudnością był fakt, że od początku okupacji niemieckiej restrykcje antyżydowskie uderzyły w podstawy bytowania Żydów. W większych miastach, jak Lublin czy Zamość Żydów usunięto z głównych ulic, dokonując jednocześnie konfiskaty ich mienia. W Lublinie wysiedlenie rodzin żydowskich z centrum miasta nastąpiło w ciągu jednego dnia, 18 listopada 1939 r., przy czym wysiedlanym pozostawiono jedynie pół godziny na zabranie czegokolwiek z mieszkań. W ten sposób tracili oni podstawy egzystencji i od tej pory cały ich wysiłek kierował się na przetrzymanie własne, a nie myśl o organizacji oporu. Należy tu nadmienić, że wśród wysiedlonych wtedy z centrum Lublina było bardzo wiele osób zamożnych i aktywnych przed wojną w rozlicznych organizacjach. Wysiedlanych wtłaczano do i tak maksymalnie zagęszczonych dzielnic żydowskich, chociaż jeszcze wtedy nie tworzono na Lubelszczyźnie zamkniętych gett. Ukazywały się jednocześnie zarządzenia niemieckie ograniczające prawo pobytu Żydów tylko do danej miejscowości, wprowadzono zakaz korzystania z transportu publicznego, wreszcie zaczęła się w 1940 r. aryzacja przedsiębiorstw żydowskich, przy jednoczesnej izolacji ludności żydowskiej i odseparowaniu jej od ludności polskiej. Wszystkie te czynniki wpływały na fakt, że w dzielnicach żydowskich, a nawet w małych miasteczkach, gdzie te restrykcje nie były aż tak rygorystycznie przestrzegane, ludność żydowska traciła możliwość samoorganizacji. Dodajmy do tego rozliczne kontrybucje i grabież organizowaną na własną rękę przez lokalnych urzędników niemieckiej administracji i policji. Wszystko, co działo się wokół Żydów powodowało, że ciągle żyli oni w stanie tymczasowości i niepewności co do faktu, gdzie spędzą następną noc i jak zapewnią rodzinie minimum egzystencji. Ida Gliksztajn, która jest autorką jednych z najlepszych wspomnień z getta lubelskiego, dotychczas jeszcze nie opublikowanych, wspominała, że w latach 1939-1941 wiele rodzin żydowskich w Lublinie musiało zmieniać mieszkania nawet po 8-9 razy, tracąc przy tym większą część dobytku. Do tej niepewnej sytuacji dołączyły się łapanki do obozów pracy na Lubelszczyźnie, przede wszystkim wielka łapanka z wiosny 1940 r., gdy w każdej miejscowości policja niemiecka wybierała od kilkuset do kilku tysięcy zdolnych do pracy Żydów, kierując ich do kompleksu obozowego w Bełżcu lub do obozów na terenie powiatu chełmskiego. Wszystko to dezorganizowało życie żydowskie i utrudniało nawiązywanie kontaktów konspiracyjnych. Jednakże w tym czasie pojawiły się pierwsze jednostki, które zaczęły myśleć o jakiejś formie konspiracji, bo trudno tu mówić o oporze. Dotyczyło to różnych środowisk. Religijni Żydzi, którym zabroniono odbywania publicznych praktyk religijnych (synagogi zostały zamienione albo na schroniska dla przesiedleńców albo na magazyny), organizowali potajemne obchody świąt religijnych w prywatnych mieszkaniach. Fakty takie znane są chociażby z Lublina i Zamościa. W momencie, gdy w 1940 r. nakazano zamknięcie synagog do celów religijnych, a wiadomo było, że Niemcy w trakcie ich zamykania palili księgi religijne i rabowali wyposażenie, wielu religijnych Żydów decydowało się na przeniesienie utensyliów do prywatnych mieszkań. Należy tu nadmienić, że w razie wykrycia tego faktu lub odkrycia nielegalnego minianu, uczestniczącym w modlitwie groziło w najmniejszym tylko wypadku pobicie przez policjantów. Dlatego też starano się stworzyć cały system ostrzegawczy przed ewentualnym najściem policji. Zazwyczaj grupa dzieci, bawiąca się przed domem, w którym odbywały się modlitwy, obserwowała okolicę i ostrzegała przed nadchodzącymi policjantami lub żandarmami. Organizatorami takich nielegalnych zgromadzeń religijnych w Lublinie byli chociażby chasydzi, którym udało się uratować z kilku synagog i bethamidraszy Torę i inne księgi religijne. Od 1940 r. prowadzono także w Lublinie nielegalne nauczanie, ponieważ w mieście pozostała grupa nauczycieli ze szkół żydowskich, na czele z Nachmanem Kornem, nauczycielem języka hebrajskiego z Gimnazjum Humanistycznego. Na początku starali się oni o zalegalizowanie swojej działalności i otwarcie w Lublinie normalnej szkoły podstawowej. Gdy to okazało się niemożliwe, chociaż w tym czasie w Warszawie i Krakowie udało się takie szkoły otworzyć, Nachman Korn zorganizował tajne nauczanie w prywatnych domach swoich uczniów. Uczono tam na poziomie podstawowym i średnim, a w programie nauczania były przedmioty żydowskie, jak język hebrajski, historia Żydów, historia syjonizmu oraz język polski i historia Polski, a więc wszystkie przedmioty, które zakazane były przez Niemców. Jednocześnie z pracą oświatową prowadzono działalność mającą na celu objęcia opieką i pomocą dzieci z najuboższych rodzin. Informacje o najbiedniejszych przekazywano do funkcjonującej legalnie Żydowskiej Samopomocy Społecznej. Były to jednak działania, które obejmowały niewielki krąg osób. Nie wiadomo nawet czy podobną działalność prowadzono na prowincji. W trakcie moich badań udało mi się znaleźć jedynie trzy relacje, mówiące o kontakcie pomiędzy Żydami a polskim ruchem oporu w latach 1939-1941. Dotyczą one małych miejscowości, a mianowicie Piask, Firleja i Zamościa. Kontakty te polegały na tym, że podziemie polskie, głównie pojedyncze osoby związane z konspiracją, kontaktowały się ze znajomymi żydowskimi, którym przekazywały informacje pochodzące z nasłuchu radiowego. W ten sposób Żydzi w tych miejscowościach posiadali bieżące informacje nadawane przez BBC. W jednym przypadku to Żyd prowadził nasłuch radiowy i informował polskich konspiratorów. Dotyczyło to sytuacji w Piaskach, gdzie Szmul Fajersztajn, miejscowy elektrotechnik pracował na posterunku żandarmerii niemieckiej. W pomieszczeniu tym miał nieograniczony dostęp do radia i przez pewien czas nie był specjalnie kontrolowany przez Niemców. Dzięki temu mógł słuchać zarówno polskich audycji BBC, jak i radia niemieckiego, a uzyskane tą drogą informacje przekazywał zaprzyjaźnionemu Polakowi, o którym wiedział, że jest członkiem organizacji konspiracyjnej. Obserwował również poczynania żandarmów z Piask, uprzedzając o ewentualnych aresztowaniach. Sprawa wydała się w końcu na początku 1942 r. i Fajersztajn został aresztowany i odstawiony do więzienia Gestapo na Zamku w Lublinie. Stąd wywieziono go w 1943 r. do Oświęcimia; na szczęście Fajersztajn przeżył hitlerowskie obozy koncentracyjne. Wiadomości radiowe, a nawet plotki stawały się także podstawą do organizowania w dzielnicach żydowskich licznych spotkań konspiracyjnych, podczas których komentowano bieżące wydarzenia. W Zamościu mówiło się, że Żydzi zebrali się, żeby "politykować". Chodziło w tym przypadku głównie o to, by wzajemnie podnosić się na duchu. Wiadomo też jest, że do dzielnic żydowskich w Lublinie i Zamościu docierały podziemne gazetki polskie, ale akcja ta miała charakter bardzo ograniczony i opierała się na osobitych kontaktach poszczególnych osób. Komentowanie wydarzeń, a nawet plotek uzyskało w czasie okupacji nawet swoją własną nazwę wśród Żydów - "Agencja JWA - Jidn Willn Azoj - Żydzi Tak Chcą". Były to bardziej pobożne życzenia niż wydarzenia mające związek z realną sytuacją ludności żydowskiej. Masowym sposobem przeciwstawiania się zarządzeniom okupacyjnym było natomiast uchylanie się od pracy (groziło za to zesłanie do obozu karnego, a potem koncentracyjnego) oraz ukrywanie swojego dobytku przed konfiskatami. To właśnie w okresie lat 1940-1941 powstały pierwsze świetnie zakonspirowane kryjówki, w których kupcy żydowscy przechowywali swój towar, nawet w ilościach hurtowych. W Lublinie, gdzie dzielnica żydowska znajdowała się częściowo na jeszcze średniowiecznych piwnicach i lochach, istniał nawet w 1941 r. i na początku 1942 r. cały system zakonspirowanych sklepów, a na zakupy przyjeżdżali ludzie nawet z prowincji. Można było tu kupić wszystko to, czego oficjalnie nie można było dostać w sklepach przeznaczonych dla ludności polskiej. Warto tu nadmienić, że getto lubelskie aż do lutego 1942 r. nie było zamknięte, więc istniały pewne możliwości kontaktu handlowego z Polakami. Poza tym wielu Żydów z lubelskiego getta pracowało na terenie całego miasta i stamtąd szmuglowali żywność dla swoich rodzin. Takie zakonspirowane sklepy istniały także w Chełmie i Zamościu. W tym samym czasie w maleńkich miasteczkach sklepy żydowskie funkcjonowały w zasadzie normalnie do 1942 r. W Lublinie istniał nawet przemyt żywności na hurtową skalę. Jak wspomina Shie Goldberg z Lublina, przedwojenny rzeźnik, grupa rzeźników lubelskich przemycała z Rzeźni Miejskiej całe krowy do getta, które zabijane były w nielegalnych ubojniach w getcie i robiono to w sposób rytualny tak, by mięso było koszerne. Od 1939 r. obowiązywał zakaz dokonywania uboju rytualnego. W Izbicy istniały natomiast nielegalne garbarnie, produkujące skóry, które następnie przemycano nawet do Warszawy. Niewiele jest natomiast przekazów o powstawaniu konspiracyjnych organizacji żydowskich w poszczególnych miejscowościach. Podane powyżej przykłady można nazwać faktami indywidualnego i niesformalizowanego ruchu oporu, mającego na celu albo utrzymanie własnych rodzin albo podnoszenia na duchu. Niewątpliwie, ze skąpych przekazów wiadomo jest, że na Lubelszczyźnie jeszcze przed 1942 r. istniały jakieś niewielkie grupy żydowskich konspiratorów, przeważnie młodzieży. Do Lublina przemycano z Warszawy nielegalne gazetki żydowskie, rozprowadzane przez młodych łączników z organizacji syjonistycznych Haszomer Hacair i Gordonia. Niestety, nic więcej nie można powiedzieć na temat tych grup, poza tym, że w ogóle one istniały. Pod Hrubieszowem istniała nawet kolonia chalucowa, założona przez Haszomer Hacair z Warszawy i Krakowa. Na wiejskiej farmie umieszczono młodych aktywnych członków tej organizacji, pod pozorem pracy, a w rzeczywistości mieli oni organizować na tym terenie ruch oporu. Przez cały czas kontaktowała się z nimi Centrala Haszomer Hacair w Warszawie, wysyłając nielegalnych kurierów, wśród których była Chawka Folman z Warszawy, od której mamy wiadomości o tej grupie. Wiadomo jest też, że grupa ta zorganizowała także w 1942 r. (był to już okres likwidacji prowincjonalnych gett) jakiś ruch konspiracyjny w samym Hrubieszowie, wśród miejscowej młodzieży i w momencie rozpoczęcia deportacji do obozów zagłady, młodzi konspiratorzy mieli za zadanie zorganizować opór w miasteczku. Jednakże akcja ta nie udała się, ponieważ hrubieszowscy Żydzi zostali zaskoczeni deportacją i liderzy konspiracji zdecydowali się pójść do transportu wraz ze swoimi rodzinami, nie podejmując nawet próby walki. Organizowanie konspiracji żydowskiej w nie tylko gettach na Lubelszczyźnie, ale w ogóle na terenie GG, ograniczał również fakt polityki Judenratów - instytucji powołanych przez okupanta w celu pośredniczenia pomiędzy władzami a ludnością żydowską, a także sprawowania kontroli nad Żydami w gettach. W wielu miejscowościach w skład Judenratów weszli ludzie przed wojną otaczani szacunkiem ogółu, aktywni działacze społeczni, polityczni i gospodarczy. Początkowo traktowano ich z należytym szacunkiem, ale z czasem, gdy zaostrzała się polityka antyżydowska, a odpowiedzialni za realizację zarządzeń niemieckich byli członkowie Judenratów, na nich spadało odium, że są kolaborantami i wykorzystują tragiczną sytuację Żydów dla własnych interesów. Takie uogólnienia pojawiały się wszędzie, mimo że w bardzo wielu przypadkach członkowie Judenratu mieli bardzo niewielkie pole manewru. Wiadomym jest jedno, że na Lubelszczyźnie, w przeciwieństwie np. do Wołynia czy Białorusi, członkowie Judenratów byli przeciwni jakimkolwiek kontaktom z ruchem oporu, a wręcz zwalczali go, obawiając się utraty własnej uprzywilejowanej pozycji lub zbiorowych represji wobec getta. Jedyną logiczną politykę jaką mogli prowadzić, by uchronić swoich Żydów od represji, było korumpowanie wyższych urzędników i oficerów z aparatu okupacyjnego za pomocą łapówek. Takim przykładem może być znowu Lublin. Pierwsze rozporządzenia o oznakowaniu ludności żydowskiej w mieście ukazały się w listopadzie 1939 r. i mówiły one, że Żydzi powinni nosić Gwiazdy Dawida naszyte na piersi i na plecach. Powodowało to, że wiele osób było tak łatwo rozpoznawalnych, że przechodzący żołnierze niemieccy bili ich zarówno z przodu, jak i od tyłu. Ludzie bali się wychodzić na ulice. Judenrat lubelski postanowił wtedy przekupić niemieckiego starostę, zorganizowano wśród zamożniejszych Żydów zbiórkę pieniędzy i w kilka dni po wręczeniu łapówki ukazało się rozporządzenie, że Gwiazdy Dawida należy naszywać tylko na piersi. Od 1940 r. wprowadzono w ogóle opaski na rękawach. Działalność Judenratów we wszystkich miejscowościach, nie tylko na terenie dystryktu lubelskiego, ale w ogóle Generalnego Gubernatorstwa, była tym czynnikiem, który osłabiał wolę oporu. Funkcjonowanie oficjalnych instytucji żydowskich na terenie gett powodowało, że duża część społeczności żydowskiej traktowała ten fakt jako uzyskanie chociażby namiastki autonomii. Najlepiej ujął to amerykański historyk Michael C. Steinlauf, który zajmował się dziejami stosunków polsko-żydowskich w XX w. oraz problemami polskiej pamięci o Zagładzie: (...) rady żydowskie (Judenräte) i żydowska policja (Ordnungsdienst), choć utworzone na mocy dekretów i działające pod kontrolą niemiecką, odwoływały się do wielowiekowej tradycji autonomii żydowskiej: celowo przemieszano funkcje Judenratu i kahału. Pamięć historyczna zwiodła przywódców żydowskich i skłoniła do wiary, że możliwe jest przetrwanie choćby części dawnej społeczności. Byli oni całkowicie bezradni, w większości przypadków skłonni do częściowej współpracy z agresorem. Odwoływali się do żydowskiej wytrwałości i starali się grać na czas w nadziei na klęskę Niemiec. Tymczasem ogromną energię, zarówno oficjalnie, jak i potajemnie, angażowano w opiekę społeczną: kuchnie dla ubogich, przydziały odzieży, zakwaterowania, ochronę zdrowia, szkoły i działalność kulturalną wszelkiego rodzaju. Jednocześnie tajne prywatne przedsiębiorstwa zajmujące się przede wszystkim przemytem, który wiązał się ze współpracą z polskimi wspólnikami, ogromnymi zyskami i śmiertelnym ryzykiem, utrzymywały wyłom w murach getta. Należy tu dodać, że członkami Judenratów byli zazwyczaj ludzie starsi, którzy nie byli w ogóle przygotowani na to, że hitlerowska polityka zakłada całkowitą Zagładę. Fakt ten był zresztą nie do przyjęcia przez większą część społeczności żydowskiej " po prostu nikt nie potrafił sobie tego wyobrazić. Dla żydowskich przywódców, przyzwyczajonych do tradycyjnej polityki, jaką uprawiali przed wojną, okupacja hitlerowska wydawała się być jedynie jeszcze jednym doświadczeniem politycznym, z tą różnicą jedynie, że warunki były zdecydowanie cięższe. Nic też dziwnego, że w obliczu likwidacji gett część z nich popadała w całkowite zobojętnienie i nie była w stanie nawet myśleć o jakimkolwiek oporze, a pozostali, chcą ratować przede wszystkim siebie i swoich najbliższych uciekali się nawet do bardzo ścisłej współpracy z okupantem. Taka sytuacja zaistniała wiosną 1942 r. we wszystkich gettach na Lubelszczyźnie, w momencie gdy ruszyły transporty deportacyjne do Bełżca i Sobiboru. Uspokajanie czujności współmieszkańców gett, wyciszanie wszelkich prób opozycji wewnątrz getta, jak to miało miejsce chociażby w Lublinie, gdzie policja żydowska rozpędzała spontaniczne demonstracje przed budynkiem Judenratu, byle tylko nie dowiedzieli się o tym Niemcy, doprowadziło do sytuacji, w której mieszkańcy gett zostali totalnie zaskoczeni faktem wywózki do obozów zagłady. Odpowiedzialność za ten fakt niewątpliwie spadała na członków Judenratów. Kolejnym czynnikiem osłabiającym powstawanie żydowskiego ruchu oporu na Lubelszczyźnie była propaganda hitlerowska. Nawet po inwazji na ZSRR w 1941 r., gdy na Lubelszczyznę zaczęły docierać informacje o egzekucjach przeprowadzanych przez Einsatzgruppen na Wschodzie, oficjalne władze dystryktu lubelskiego dementowały te fakty i wciąż mówiły o konieczności produktywizacji Żydów w gettach, chociaż poza Lublinem, nie istniały prawie żadne większe zakłady przemysłowe, które mogłyby zatrudniać Żydów. Pogłoski o egzekucjach na Wschodzie pojawiły się wraz z żydowskimi uciekinierami z Wołynia i Lwowa, przeważnie tymi ludźmi, którzy uciekli we wrześniu 1939 r. z Lubelszczyzny, a teraz chcieli powrócić do swoich krewnych. Mimo, że byli świadkami masowych mordów, po prostu nie wierzono im " nikt nie był w stanie uwierzyć, że jednego dnia można wymordować kilka tysięcy ludzi. Zresztą Gestapo, obawiając się tych pogłosek, rozpoczęło masowe aresztowania tych, którzy uciekli z terenów okupowanych do 1941 r. przez Rosjan. Fala takich aresztowań nastąpiła chociażby w Zamościu i eufemistycznie nazwano ją "polowaniem na komunistycznych przywódców ruchu oporu". W rzeczywistości aresztowano wtedy nie tylko tych, którzy uciekli ze Lwowa do Zamościa, ale także wielu przedstawicieli inteligencji żydowskiej, którzy mogli stać się potencjalnymi przywódcami ruchu oporu. Około 30 osób jesienią 1941 r. zostało rozstrzelanych w zamojskim więzieniu Gestapo, na Rotundzie. Podobna akcja miała miejsce w Lublinie, chociaż w zasadzie znamy tylko jedną osobę, która padła jej ofiarą. Była nią znana socjalistyczna działaczka żydowska w Lublinie, deputowana do Rady Miejskiej Bela Szpiro-Nissenbaum. W 1939 r. uciekła wraz z mężem do ZSRR, chociaż nie akceptowała komunizmu. Zrażona do polityki radzieckiej, do Lublina powróciła nielegalnie jeszcze w 1940 r. i tu prawdopodobnie zaangażowała się w jakąś organizację, budowaną w oparciu o tych działaczy Bundu, którzy pozostali w Lublinie, jednocześnie podejmując kontakty z socjalistycznym podziemiem polskim. W 1941 r., gdy wpadła łączniczka, posiadająca przy sobie notes z adresami działaczy, Bela Szpiro została aresztowana wraz z mężem Jakubem Nissenbaumem, przedwojennym redaktorem naczelnym "Lubliner Tugblat", żydowskiego dziennika w Lublinie. Mąż jej został wkrótce zwolniony, a ją samą zamordowano w czasie śledztwa w więzieniu Gestapo na Zamku, w Lublinie. Aresztowanie jej nastąpiło już po inwazji na ZSRR. Jej mąż został zastrzelony już w czasie likwidacji getta w Lublinie. Zatrudniony był jako urzędnik Judenratu, a więc teoretycznie był chroniony przed deportacją. Gdy SS dokonywało w marcu i kwietniu 1942 r. likwidacji dużego getta w Lublinie, szef akcji likwidacyjnej z ramienia Gestapo i SS, Hermann Worthoff wyprowadził Nissenbauma z budynku Judenratu i zastrzelił go na ulicy. W getcie komentowano ten fakt jednoznacznie " była to egzekucja, ponieważ Nissenbaum posiadał kontakty z podziemiem żydowskim w Warszawie. Wszystkie te wiadomości są jednak zbyt skąpe, by można było mówić o zorganizowanym żydowskim ruchu oporu w dystrykcie lubelskim do 1942 r. Jak stwierdzają sami historycy żydowscy, zbyt wiele było czynników wśród samych Żydów, które uniemożliwiały powstawanie organizacji konspiracyjnych w małych miejscowościach jeszcze przed akcjami deportacyjnymi, a nawet w trakcie ich trwania. Nawet w samej Warszawie, gdzie istniały pewne formy działalności konspiracyjnej jeszcze przed likwidacją getta, do sierpnia 1942 r., czyli do powołania Żydowskiej Organizacji Bojowej, nikt nie myślał o czynnym oporze. Sama konspiracja zaś opierała się na entuzjazmie młodzieży, ponieważ starsi liderzy zawiedli lub opuścili Polskę. Jeszcze jednym czynnikiem hamującym rozwój ruchu oporu wśród Żydów była kwestia tradycji religijnych. Tradycyjne środowiska, a takie przeważały chociażby w małych miasteczkach dystryktu lubelskiego, całkowicie były przeciwne jakimkolwiek formom sprzeciwu. Żydzi mieli cierpieć, ponieważ taka była tradycja żydowska i tego wymagała od nich wiara " całkowitego poświęcenia się, łącznie z poświęceniem życia, czyli słynne Kidusz Ha-Szem. Jeżeli ginie naród, zginąć powinna także jednostka, nawet wtedy, gdy ma szansę przeżycia. Z drugiej zaś strony ciągle, nawet w najgorszych momentach, istniała mistyczna wiara w przeżycie. Była to niczym nieuzasadniona wiara w to, że przeżyje się wroga, a opierała się jedynie na zapewnieniach Niemców i plotkach, które krążyły w gettach, nawet, gdy wywieziono z nich tysiące ludzi na śmierć. Tak było chociażby w Izbicy na początku 1943 r. Miasteczko to od marca do listopada 1942 r. pełniło funkcję getta tranzytowego, zarówno dla Żydów polskich, jak i zagranicznych, przez które przeszło około 25 tysięcy Żydów z Polski, Niemiec, Austrii, Czech i Słowacji. Żydów niezdolnych do pracy przywożono tu, by spędzili w Izbicy zaledwie kilka tygodni, a następnie następowała akcja, podczas której wybierano tysiące ludzi do obozów zagłady w Bełżcu i Sobiborze. Jednocześnie dziesiątki ginęły na ulicach i w domach. Ostatnia akcja, bardzo krwawa miała miejsce tutaj na początku listopada 1942 r., gdy kilka tysięcy ludzi wywieziono do obozów zagłady, a około 2000 rozstrzelano na miejscowym cmentarzu żydowskim. W trakcie tej akcji dziesiątki Żydów uciekło do okolicznych lasów. Zaraz po akcji miejscowy burmistrz, który osobiście dokonywał egzekucji na ulicach, Jan Schultz ogłosił, że od tej pory akcje ustały, a Żydzi, którzy się ujawnią zostaną zatrudnieni i przeżyją wojnę. Ci Żydzi, którzy postanowili wcześniej ukrywać się w lasach, powrócili do Izbicy, wierząc, że przeżyją wojnę, chociaż to na ich oczach wymordowano tysiące. Spokój Izbicy trwał do wiosny 1943 r. W kwietniu 1943 r. pozostałych przy życiu, w dwóch kolejnych akcjach wywieziono do obozu zagłady w Sobiborze, chociaż już w tym czasie kiełkowała wśród nich myśl nawiązania kontaktu z jakimiś oddziałami partyzanckimi w terenie. Przy ostatniej deportacji, poza próbami ucieczki i ukrywania się w specjalnie przygotowanych schronach, nikt nie podjął próby walki. Wciąż trzymano się mistycznej wiary w życie " przecież niemiecki burmistrz obiecał, że pracujący przeżyją. Podobnie było w obozie pracy w Trawnikach, gdzie mimo istnienia silnej komórki Żydowskiej Organizacji Bojowej (wśród więźniów Trawnik było bardzo wielu uczestników powstania w getcie warszawskim) i kontaktów z ruchem oporu poza obozem, nikt nie podjął walki w momencie likwidacji obozu w dniu 3 listopada 1943 r., ponieważ wszyscy wierzyli, że jako pracujący przeżyją. Próby stworzenia zorganizowanych struktur oporu, nie tylko na Lubelszczyźnie, ale w ogóle w całej Polsce napotykały na trudności związane także z brakiem kontaktów z polskim ruchem oporu. "Polskie państwo podziemne" przeznaczone było zasadniczo tylko dla Polaków i nie podejmowano żadnych kontaktów z mniejszościami narodowymi, niechętnie widząc ich przedstawicieli we własnych szeregach. Jeżeli chodzi o Żydów ten problem zajmował szczególne miejsce. Polacy skrzętnie odnotowali, że we wrześniu 1939 r. Żydzi radośnie powitali Armię Radziecką na Lubelszczyźnie. Spod okupacji radzieckiej docierały także wiadomości o tym, że komuniści żydowscy kolaborują z Rosjanami w gnębieniu Polaków, a fakt ten interpretowano, że wszyscy Żydzi są probolszewiccy i że takie nastroje są nawet w gettach prowincjonalnych, mimo że w tym samym czasie (lata 1940-1941) wielu uciekinierów żydowskich próbowało powrócić pod okupację niemiecką. Tysiące Żydów zostało również deportowanych przez Rosjan na Syberię. Uraza wśród Polaków pozostała, a pod okupacją niemiecką wiadomości o zachowaniu się Żydów pod okupacją radziecką docierały bardzo wyolbrzymione, potęgując nastroje niechęci, a nawet wrogości w stosunku do Żydów. Odbijało się to automatycznie na opinii panującej w szeregach polskiego podziemia. Żydzi polscy aż do jesieni 1942 r. nie posiadali żadnego przedstawiciela w strukturach "Polskiego państwa podziemnego". Polski ruch oporu nie szukał też kontaktów z podziemiem żydowskim, nie wspierał go ideowo, ani materialnie. Ważną rolę odgrywały tu też tendencje antysemickie panujące w oddziałach Armii Krajowej, nie mówiąc już o Narodowych Siłach Zbrojnych, które programowo były antysemickie i nawet, gdy powstały już żydowskie oddziały partyzanckie na Lubelszczyźnie, toczyły z nimi regularną wojnę. Nic też dziwnego, że gdy powstał już żydowski ruch oporu, naturalną koleją rzeczy związał się z komunistami, którzy o wiele chętniej przyjmowali Żydów w swoich oddziałach partyzanckich. W ten sposób żydowski ruch oporu, w momencie swojego powstania na Lubelszczyźnie, automatycznie pozbawiony był jakiegokolwiek oparcia wśród miejscowej ludności, która natomiast silnie związana była z Armią Krajową i Batalionami Chłopskimi. O stosunku polskiego podziemia do Zagłady Żydów może tu poświadczyć cytat ze wspomnień Stefana Sendłaka, polskiego socjalisty, zaangażowanego w pomoc Żydom, a który był naocznym świadkiem likwidacji getta tranzytowego w Izbicy: Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że na terenie Zamojszczyzny działały liczne oddziały partyzanckie. Żaden z tych oddziałów, o ile jest mi to wiadomo, nie próbował zatrzymać ani jednego pociągu wiozącego Żydów do obozu zagłady w Bełżcu. A przecież wiadomą jest rzeczą, że począwszy od stacji kolejowej Szczebrzeszyn do samego Bełżca pociągi z Żydami szły lasami. Warunki do zatrzymania pociągów i uwolnienia Żydów z pociągów były dogodne. Zdaję sobie sprawę z tego, że partyzanci nie wiedzieliby co mają zrobić z uwolnionymi Żydami. Ale jest jedno pewne, że młodzież żydowska idąca w tych transportach zdołałaby dotrzeć do lasu poprzez ucieczkę i niewątpliwie w jakimś dużym procencie uratowałaby swoje życie. Reszta: starcy, dzieci i kobiety prawdopodobnie i tak uległaby zagładzie. (...) I co najdziwniejsze, że nie próbowały tego zrobić ani oddziały Armii Krajowej, ani Bataliony Chłopskie ani oddziały PPR (Polskiej Partii Robotniczej " komunistyczna partyzantka), które miały jednak obowiązek w imię haseł "nieść pomoc bliźnim".

3. Zagłada ludności żydowskiej na Lubelszczyźnie " różne formy oporu. W nocy z 16 na 17 marca 1942 r. rozpoczęła się likwidacja getta w Lublinie, a tym samym nastąpił początek Akcji "Reinhard", czyli totalnej zagłady Żydów na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Zaskoczenie ludności żydowskie było totalne. Pierwszej nocy do wagonów na lubelskim Umschlagplatzu SS i pomocnicze oddziały ukraińskie popędziły pierwszą grupę 1500 Żydów lubelskich, skąd deportowano ich do obozu zagłady w Bełżcu. Dziesiątki osób zostało zastrzelonych w domach i na ulicy. Lublin był pierwszym skupiskiem żydowskim, które Niemcy zaczęli likwidować. Nikt nie wiedział dokąd jadą transporty. Sami Niemcy ogłosili, że jest to wysiedlenie na Wschód, do pracy. Akcja likwidacyjna getta w Lublinie trwała miesiąc i SS nie napotkało tu żadnego zorganizowanego oporu. W międzyczasie rozpoczęły się akcje deportacyjne w małych miejscowościach na terenie dystryktu lubelskiego, wszędzie przeprowadzane według scenariusza lubelskiego. Zaskoczenie " akcje zaczynały się w nocy lub nad ranem, brutalność SS, powodowały, że strach paraliżował ludzi i uniemożliwiał jakąkolwiek samoorganizację. Gdy minęło pierwsze zaskoczenie, ludzie zaczęli myśleć o ratunku " wybierali albo ucieczkę z miasta lub kryjówkę. Zaczęto budować przemyślne schrony, w których ludzie ukrywali się całymi tygodniami. Za kryjówki służyły chociażby bardzo głębokie piwnice na lubelskim Starym Mieście. Inną formą uniknięcia deportacji było masowe wykupywanie za bardzo duże pieniądze różnych zaświadczeń, stwierdzających fakt, że jest się zatrudnionym w niemieckich firmach, pracujących na rzecz Wehrmachtu lub SS. Nazywano to pracą na placówkach niemieckich. Jednakże najczęściej okazywało się, że "najlepsza placówka to dobra kryjówka". Nie wiadomo nic, żeby ktoś próbował przeciwstawić się deportacji stosując fizyczną obronę. Przynajmniej było tak w Lublinie. Ludzie po prostu nie wierzyli, że deportowani jadą do obozu śmierci. Wiele osób zgłosiło się dobrowolnie, wierząc, że "wysiedlenie" oznacza wyjazd do pracy, której brakowało w Lublinie. Szybko jednak ludzie chcieli dowiedzieć się o losie swoich bliskich. Wiadomo jest, że Żydzi lubelscy wysłali swoich ludzi, by dowiedzieli się, co dzieje się z transportami odchodzącymi z Lublina. Rozpoznanie przeprowadzali przez polskich kolejarzy. Gdy jednak okazało się, że transporty dojeżdżają do Bełżca i nikt stamtąd nie wraca, nikt też w Lublinie nie chciał wierzyć, że tam giną ludzie. Nawet, gdy do Lublina dotarł uciekinier z Bełżca, młody chłopak i opowiedział członkom Judenratu, że w Bełżcu morduje się tysiącami ludzi, prezesi tej instytucji zakazali rozprowadzać te wieści w getcie, by nie spowodować paniki, a tym samym nie doprowadzać do sytuacji, w której oni sami ponieśliby odpowiedzialność za jakikolwiek opór. Próbowali natomiast tradycyjnej metody, by przekupić Niemców, zbierając wśród zamożnych mieszkańców getta pieniądze i kosztowności. Delegacja członków Judenratu, która udała się na Gestapo z pieniędzmi, więcej nie powróciła do getta. Wszyscy zostali rozstrzelani w więzieniu na Zamku lubelskim. Natomiast wiadomości o deportacjach z Lublina wzbudziły panikę w małych miasteczkach na Lubelszczyźnie, co wcale nie znaczy, że zmobilizowały ich żydowskich mieszkańców do stawienia oporu. Po prostu nie było organizacji, która taki opór zorganizowałaby. Wszędzie następowało więc zaskoczenie akcją i tylko nielicznym udawało się ukryć we wcześniej przygotowanych schronach. Zresztą próby zorganizowania oporu na samym początku były szybko dławione. Tak było chociażby we Włodawie, w kwietniu 1942 r., gdy do miasta dotarły wieści, że w pobliskim obozie zagłady w Sobiborze rozpoczęła się akcja masowego mordowania Żydów za pomocą gazu. Wieści te do getta włodawskiego dotarły poprzez uciekiniera z obozu Fajwela Cukiermana, który sam był Żydem włodawskim. Pochodził on z grupy ponad 150 okolicznych Żydów, których zadaniem było budowanie obozu w Sobiborze. Ludzie z tej grupy stali się następnie pierwszymi ofiarami gazowania. Cukierman oraz drugi, nieznany z nazwiska Żyd uciekli, ale zdążyli zobaczyć, co stało się z pozostałymi. We Włodawie poinformowali oni o wszystkim rabina Leinera, przywódcę chasydów na Lubelszczyźnie. Odpowiedzią Leinera na te wiadomości było ogłoszenie, by wszyscy Żydzi pościli na znak żałoby i protestu. Akcja szybko zakończyła się, gdy Gestapo aresztowało zarówno rabina, jak i dwóch uciekinierów. Całą trójkę rozstrzelano w trzy tygodnie później. Jednego ze zdrajców, żydowskiego policjanta, który wydał rabina w ręce Gestapo, zabił następnie jeden z chasydów " zwolennik rabina Leinera. Tak więc trudno tu mówić o próbie stawienia czynnego oporu w obliczu deportacji. Oczywiście, istniały spontaniczne akty samoobrony, jak chociażby w czasie pierwszej akcji deportacyjnej w Zamościu, Samuel-Lome Luksenburg, miejscowy lider organizacji sportowej "Makabi", już na samej rampie kolejowej wezwał Żydów zamojskich do stawienia oporu, a do oficera SS zwrócił się ze słowami: Niemcy i tak przegrają wojnę, a za każdego zabitego Żyda, zostanie zabitych 10 Niemców. Zaraz też został zastrzelony przez jednego z SS-manów. Mimo, że jego postawa wzbudziła w getcie zamojskim wielkie poruszenie, nikt jednak nie podjął jego hasła do stawienia oporu. Zamojscy Żydzi okazali się natomiast specjalistami w budowie kryjówek i schronów, w których można było przebywać po kilkanaście dni. Podobnie było również w małych miasteczkach, gdzie ludzie po prostu chowali się lub uciekali do lasów, jednakże w tym czasie nikt nie myślał jeszcze o stawieniu oporu. Dominowały strach i panika. Z drugiej strony ciągle powtarzały się pogłoski, że lada moment skończą się deportacje, a ci, którzy będą pracować, przeżyją. Nie było też jednostek, które mogłyby pokierować akcjami oporu. Dopiero po pierwszej fali deportacji przyszedł czas na refleksję. Część Żydów nadal nie wierzyła, że deportowani zostali zamordowani, innych ogarnęła rozpacz, a jeszcze inni, przeważnie młodzi ludzie, którzy stracili całe rodziny, zaczęli myśleć o jakimś oporze, ale okazywało się, że nie są do niego przygotowani. Na przykład w Lublinie, gdy skończyła się akcja likwidacyjna dużego getta, a resztki lubelskich Żydów (z około 40.000 pozostało 9.000) przeniesiono do małego getta na Majdanie Tatarskim, przedmieściu położonym niedaleko od obozu koncentracyjnego na Majdanku, dopiero tam pojawiły się pewne grupy, które zaczęły dyskutować o organizacji ruchu oporu. Zgodnie z relacjami ocalałych, w małym getcie istniała grupa młodzieży komunistycznej " 25 osób, które chciały zorganizować komórkę konspiracyjną. Ludzie ci pozostawali w kontakcie z komunistycznymi partyzantami polskimi, ale do dyspozycji mieli zaledwie 3 rewolwery i naboje. Niestety, nie wiadomo, co stało się z tymi ludźmi. Wiadomość o nich pochodzi tylko z jednej relacji. Można jedynie przypuszczać, że zdążyli uciec przed ostateczną likwidacją getta i dołączyć do któregoś z oddziałów partyzanckich. Wszyscy, którzy przeżyli likwidację getta na Majdanie Tatarskim zgodnie wspominają, że nie istniały tam zorganizowane formy konspiracji żydowskiej. W małym getcie dominowały natomiast nastroje rozpaczy i totalna demoralizacja. Trudno też było, przy maksymalnym zagęszczeniu getta " składało się na nie kilkadziesiąt drewnianych domów parterowych, a ludzie mieszkali nawet w szopach i komórkach " zachować tajemnicę. Do tego wszyscy obawiali się żydowskich donosicieli, którym przewodził główny konfident Gestapo w getcie, przedwojenny właściciel domu publicznego, Szama Grajer. Jedyną formą ocalenia życia okazywała się ucieczka z getta i szukanie kryjówki po aryjskiej stronie. Dla wielu uciekinierów Lublin okazywał się być zbyt niebezpiecznym miejscem dla ukrycia się, więc uciekali na wieś lub nawet do Warszawy, gdzie jak sądzono, łatwiej było być anonimową postacią. Tam też powstała nawet polsko-żydowska organizacja zajmująca się pomocą ukrywającym się Żydom z terenu Lubelszczyzny (o czym będzie poniżej). O ile w getcie na Majdanie Tatarskim trudno było mówić o zorganizowanym ruchu oporu, to jednak resztki Żydów lubelskich, którzy przeżyli likwidację dużego getta w marcu i kwietniu 1942 r., starały się zabezpieczyć przed następnymi akcjami. Przede wszystkim budowano schrony, niektóre bardzo przemyślne, ale najczęściej lokowano je w piwnicach. Jak już wspomniałem, na Majdanie Tatarskim nie było warunków, by móc stworzyć całą sieć dobrze zamaskowanych kryjówek. Schrony te wykorzystywane były w trakcie kolejnych akcji, jakie miały miejsce na Majdanie, kiedy ludzi zabierano stamtąd do obozu koncentracyjnego na Majdanku. Gdy 9 listopada 1942 r. nastąpiła ostateczna likwidacja lubelskiego getta, w zamaskowanych schornach przebywało bardzo wielu ludzi. Niektórzy z nich przebywali w nich nawet kilka tygodni i jeżeli nie zostali odkryci przez SS-manów przeszukujących getto, wtedy starali się uciec z nich, kierując się do miasta lub na wieś. Mimo, że w samym getcie lubelskim nie istniały większe grupy ruchu oporu, to jednak w Lublinie istniało miejsce, gdzie Żydzi posiadali własną organizację konspiracyjną, dobrze zorganizowaną i nawet nieźle uzbrojoną. Mowa tu o obozie dla Żydów - jeńców armii polskiej, wziętych do niewoli we wrześniu 1939 r. Obóz dla jeńców żydowskich mieścił się prawie w centrum Lublina, przy ul. Lipowej 7. Od 1941 r. przebywało w tym obozie około 2.500 osób, które dzięki swojej solidarnej postawie, nie tylko miały prawo do zachowania polskich mundurów, ale także nie musieli nosić opasek z Gwiazdą Dawida. W ten sposób mogli się łudzić, że nadal zachowują status jeńców wojennych, chociaż Niemcy traktowali ich jak wszystkich innych Żydów, być może z tą różnicą, że sam komendant obozu Mohwinkel, oficer SS, osłaniał ich przed pozostałymi SS-manami, stwierdzając, że żydowscy jeńcy są fachowcami i bez ich obecności i pracy w warsztatach obozowych, trzeba byłoby zamknąć lubelską filię Deutsche Ausrüstungs Werke. Fakt, że jeńcy żydowscy mieli prawo do zachowania polskich mundurów aż do listopada 1943 r., czyli do likwidacji obozu i egzekucji większości z nich, spowodowany był stosowaniem przez nich samych oporu. Już latem 1942 r. szef SS i policji w dystrykcie lubelskim Odilo Globocnik, odpowiedzialny za realizację Akcji "Reinhard" próbował zlikwidować uprzywilejowaną pozycję jeńców z ul. Lipowej i rozkazał przeniesienie ich części do obozu koncentracyjnego na Majdanku. Gdy kolumna jeńców zorientowała się, że są prowadzeni w kierunku obozu, w centrum Lublina rozpoczęła rewoltę. Duża grupa zaczęła uciekać w kierunku przedmieść. Kilku jeńców rzuciło się na konwojentów. Rozpętała się chaotyczna strzelanina, w wyniku której kilkunastu jeńców zostało zabitych. Jednakże SS-mani przerażeni faktem oporu, który rozegrał się na oczach polskich przechodniów, zadecydowali o powrocie jeńców do ich macierzystego obozu przy ul. Lipowej 7. Fakt ten miał miejsce w sierpniu 1942 r. Prawdopodobnie mniej więcej od tego czasu w obozie zaczęła się organizować zwarta grupa ruchu oporu. Przewodzili jej Jan Szelubski, Roman Fiszer, Samuel Jeger, Samuel-Mieczysław Gruber, Przysucki, Goldberg i Reif. Wykorzystując fakt, że część jeńców z ulicy Lipowej zatrudniona była poza obozem, przede wszystkim na placówkach należących do Wehrmachtu i SS, mieli oni dostęp do elementów uzbrojenia i amunicji, które szmuglowali do obozu i tu montowali pistolety i karabiny. Niektórzy pracując w lubelskich fabrykach mieli kontakt z Polakami, od których kupowali broń i amunicję. Takim miejscem przerzutu była chociażby dawna garbarnia Brykmana w Lublinie, gdzie dwóch Polaków, posiadających kontakt z konspiracją sprzedało jeńcom żydowskim ponad 400 nabojów do pistoletów i kilka granatów. Żydowscy jeńcy mieli nawet plan przygotowania powstania w obozie przy ul. Lipowej, który przewidywał, że grupa jeńców zatrudnionych w Komendanturze SS i Policji w Lublinie przetnie połączenia telefoniczne, należące do SS w mieście, aresztuje samego Globocnika i porwie ciężarówki, którymi wywiezie się pozostałych jeńców z Lublina, by w podlubelskich lasach stworzyć potężny oddział partyzancki. Oczywiście, cały ten plan był bardzo mocno nierealny, ale jak stwierdzają ocaleni z tej grupy, istniała możliwość zorganizowania powstania w samym obozie. Nigdy do tego jednak nie doszło. Szelubski i Przysucki, którzy byli przywódcami grupy zrezygnowali z tego planu obawiając się niemieckich represji. Jako jedni z pierwszych uciekli za to z obozu z bronią, by dołączyć do oddziałów partyzanckich pod Lublinem. Wylądowali oni w okolicach Janowa Lubelskiego, około 80 km na południe od Lublina. W grupie tej uciekło wtedy 40 osób, które utworzyły oddział partyzancki, ale nie podejmowali żadnych akcji bojowych, mimo że mieli nawiązany kontakt z miejscową Armią Krajową. W październiku 1942 r., w niewyjaśnionych okolicznościach grupa ta została otoczona przez oddział Polaków (byli to komunistyczni partyzanci z oddziału AL, dowodzonego przez powojennego dowódcę policji komunistycznej w Polsce, gen. Korczyńskiego - o akcji tej będzie mowa za chwilę) i jej członkowie zostali wymordowani. Masakrę tę przeżyły dwie osoby, w tym Jan Szelubski. Powrócili oni do obozu i opowiedzieli o losie grupy. Pozostali w obozie członkowie grupy nie rezygnowali jednak ze swoich planów. Zredukowali je jedynie do przygotowania powstania w samym obozie. Jednak i to okazało się nierealne, a do tego SS zaczęło się domyślać, że w obozie istnieje jakaś zorganizowana grupa oporu. Dlatego też członkowie konspiracji, posiadając broń zdecydowali się na ucieczki z obozu i tworzenie grup partyzanckich w lasach. Pomiędzy sierpniem 1942 r. a 3 listopoda 1943 r. z obozu przy ul. Lipowej ucieky przynajmniej cztery duże grupy jeńców żydowskich, które albo utworzyły własne oddziały partyzanckie albo dołączyły do już istniejących. Tylko 28 października 1942 r. z Lipowej uciekła grupa 35 żydowskich jeńców pod dowództwem Kaganowicza. Grupa ta była uzbrojona, ponieważ część jej członków pracowała w niemieckich szpitalach wojskowych w Lublinie, z których wykradali broń należącą do rannych żołnierzy niemieckich. Poza tym dysponowali oni kontaktami z polskim podziemiem komunistycznym. Warto tu jednocześnie nadmienić o jednym bardzo ważnym fakcie. Mimo, że część jeńców z ul. Lipowej miało rozległe kontakty z gettem lubelskim, wielu z nich ożeniło się z lubelskimi Żydówkami, to jednak nie przyczynili się oni do zmobilizowania żydowskiej młodzieży z Lublina do zorganizowania własnej konspiracji. U podłoża tej sytuacji leżała jedna przyczyna - konflikt pomiędzy mieszkańcami getta a jeńcami żydowskimi. Dla przeciętnego Żyda z getta lubelskiego jeńcy żydowscy byli uprzywilejowani, nie nosili opasek, mieli lepsze warunki niż w getcie, a to mogło jedynie oznaczać, że musieli współpracować z Niemcami. W wielu relacjach spisanych po wojnie przez ocalałych z getta w Lublinie przebija ton zazdrości i niechęci w stosunku do jeńców z ul. Lipowej. Nic też dziwnego, że w takiej atmosferze nie mogły powstać kontakty o charakterze konspiracyjnym. Sytuacja ta nieco zmieniła się dopiero po akcjach deportacyjnych z Lublina, ale wtedy było już za późno, by organizować konspirację w getcie. Ostatnim aktem oporu, zorganizowanym przez jeńców z ul. Lipowej, był ich spontaniczny bunt, który nastąpił w dniu 3 listopada 1943 r., gdy w Lublinie i na terenie dystryktu lubelskiego przeprowadzano akcję "Erntefest", czyli likwidację żydowskich obozów pracy. Tego dnia w Lublinie, w obozie koncentracyjnym na Majdanku rozstrzelano w ciągu kilku godzin 18.400 więźniów żydowskich z Majdanka oraz obozów pracy znajdujących się na terenie miasta. Na egzekucję wyprowadzono również żydowskich jeńców z ul. Lipowej. Po drodze, gdy jeńcy zorientowali się, że są prowadzeni do obozu na Majdanku, zaczęli walczyć ze strażnikami. Wszyscy stawiający opór zostali zastrzeleni na ulicy, a resztę doprowadzono do obozu, na miejsce egzekucji, gdzie zostali zamordowani wraz z tysiącami innych Żydów.

4. Żydowskie oddziały partyzanckie i obozy rodzinne na Lubelszczyźnie. Pierwsze oddziały żydowskie w dystrykcie lubelskim powstały dopiero latem 1942 r., gdy w lasach coraz częściej można było spotkać uciekinierów z prowincjonalnych gett lub z transportów deportacyjnych. Oddziały te powstawały bardzo spontanicznie, nie były ze sobą powiązane i nie posiadały jednolitego dowództwa, nie mówiąc już o uzbrojeniu. Najczęściej powstawały one w oparciu o ukrywające się na wsi i w lasach zwarte grupy żydowskie, liczące czasami kilkadziesiąt osób. Jak już wcześniej wspomniałem, odpowiedzią na likwidację gett były masowe ucieczki ich mieszkańców na wieś lub do lasów. W ten sposób w kilku rejonach dystryktu lubelskiego pojawiały się znaczne grupy żydowskich uciekinierów, próbujących przetrwać najgorszy czas w lasach. Niezorganizowani i nieprzygotowani do przebywania w prymitywnych warunkach przez dłuższy czas, popadali w apatię i stawali się łatwym łupem zarówno dla niemieckiej żandarmerii, która ze szczególną zaciekłością ścigała żydowskich uciekinierów, jak również okolicznych chłopów polskich, którzy albo dopuszczali się rabunków i mordów na tych zbiegach lub wydawali ich Niemcom. Wrogi stosunek chłopów do Żydów pozostających w lasach wynikał również z faktu, że grupy żydowskie dopuszczały się rabunków na wsi, by zdobyć pożywienie, co było działalnością o tyle usprawiedliwioną, że rzadko zdarzało się zdobywać jedzenie, nie stosując przymusu. Niewieli polskich chłopów decydowało się na bezinteresowną pomoc Żydom, obawiając się represji ze strony Niemców. Właśnie wśród tych ukrywających się grup zaczęły powstawać pierwsze, niewielkie żydowskie oddziały partyzanckie, mające za zadanie ochraniać większe grupy ukrywających się na wsiach lub w lasach. W lasach na Lubelszczyźnie zaczęły powstawać również tzw. "bazary" - czyli obozy rodzinne. Największe z nich powstały w okolicach Parczewa, Ostrowa Lubelskiego i Włodawy na północ od Lublina i w okolicach Janowa Lubelskiego na południu, gdzie znajdowały się znaczne kompleksy leśne, w których można było zorganizować takie schroniska. Przebywało w nich na początku nawet po kilkaset osób - w 1942 r. w Lasach Parczewskich. W małych miejscowościach, w momencie likwidacji gett, całe rodziny starały się wydostać do lasów. W głębokich i gęstych kompleksach leśnych całe rodziny zaczynały budować obozowiska. Kopano dziry w ziemi, które zakrywano gałęziami lub stawiano lekkie szałasy. Oczywiście, nikt nie przypuszczał, że w tych warunkach przyjdzie ludzim żyć po kilka miesięcy lub nawet kilka lat. Stąd też, gdy okazywało się, że w tych "bazarach" należy po prostu przeżyć wojnę, dopiero wtedy zaczęto myśleć o tworzeniu jakichś grup bojowych, które osłoniłyby ukrywających się zarówno przed obławami niemieckimi, jak również okoliczną ludnością polską, w tym również zwykłymi bandami rabunkowymi, których nie brakowało na Lubelszczyźnie w czasie okupacji i które były plagą zarówno dla ludności polskiej, jak również ukrywających się Żydów. Jeszcze w porze letniej, gdy obozy rodzinne powstawały, nie było problemu z żywnością, której dostarczał las lub okoliczne pola i wsie, ale od jesieni sytuacja ukrywających pogarszała się. W obozach rodzinnych przebywały dziesiątki osób starszych, kobiet i dzieci. Trzeba im było zapewnić nie tylko obronę i wyżywienie, ale także pomyśleć o ich sytuacji zdrowotnej. Rzadko zdarzało się, by w takim obozie, nawet jeżeli przebywał jakiś lekarz lub sanitariusz, posiadal on środki medyczne. Ludzie zaczęli zapadać na choroby. Podobnie, jak w getcie wybuchały epidemie tyfusu, które dziesiątkowały mieszkańców "bazarów". Późną jesienią i zimą, na przełomie 1942/1943, gdy warunki jeszcze bardziej pogorszyły się ze względu na mróz i śnieg, nie tylko karne ekspedycje niemieckie rozbijały obozy rodzinne, ale także ludzie, którzy nie byli wytrzymali na trudne warunki, zgłaszali się sami na posterunki policji polskiej i niemieckiej, prosząc, by ich rozstrzelano, ponieważ psychicznie utracili wolę walki. Przykładem może tu być obóz rodzinny w Puszczy Solskiej niedaleko Janowa Lubelskiego. Latem 1942 r. przebywało w nim ponad 100 osób, pochodzących z róznych miasteczek. Już pierwszej zimy zmarło lub zostało zabitych w wyniku niemieckich obław ponad połowę mieszkańców tego obozu. Do lipca 1944 r., czyli do wyzwolenia, przetrwało zaledwie 10 osób. Nieco więcej szczęścia mieli ci, którzy ukrywali się w Lasach Parczewskich. Historycy obliczają, że w dwóch obozach rodzinnych w okolicach Parczewa i Ostrowa Lubelskiego, w grudniu 1942 r. przebywało około 900 Żydów. Mieli oni zorganizowani cały system podziemnych schronów, chroniących ich przed zimnem. Zorganizowana tutaj była również prowizoryczna służba medyczna. Poza tym obozy te osłaniane były przez znaczne oddziały partyzantki żydowskiej, radzieckiej i polskiej. Ukrywający się mogli także liczyć na pomoc miejscowej ludności polskiej, wspierającej własnych partyzantów. Niestety, w grudniu 1942 r. i styczniu-lutym 1943 r. policja niemiecka, żandarmeria oraz oddziały Wehrmachtu zorganizowały tu potężną akcję przeciwpartyzancką, w której użyto także lotnictwa. Obozy rodzinne zostały rozbite, a blisko 500 osób, które nie były w stanie ewakuować się razem z partyzantami, zostało po prostu wymordowanych w odkrytych przez Niemców schronach. Niemcy spacyfikowali też okoliczne wsie i tylko we wsi Jamy rozstrzelano około 90 Polaków, którzy pomagali Żydom i partyzantom. Luźne grupy uciekinierów, którzy nie wpadli w ręce niemieckie, założyły nowe obozy rodzinne, nieco mniejsze i o wiele lepiej zamaskowane. Jednakże nie tylko działania niemieckie zagrażały ukrywającym się. Okazało się, że bardzo często ludzie ci byli atakowani nie tylko przez bandy rabunkowe, ale także oddziały partyzanckie, teoretycznie osłaniające te obozy. Znanym jest fakt ataku na taki obóz w Lasach Parczewskich przez oddział partyzantki radzieckiej. Mężczyźni chcący bronić swoich rodzin - żydowscy partyzanci - zostali wymordowani, kobiety zgwałcono (jedna z nich została zastrzelona, ponieważ broniła się przed gwałtem), a wszystkich obrabowano z całego dobytku. W kilka dni później żydowscy partyzanci zemścili się na napastnikach, rozbijając oddział sowiecki. W takich warunkach, w obozach rodzinnych w okolicach Parczewa wojnę przeżyło około 200 osób. Tak znaczna liczba ocalałych wynikała z faktu, że mimo wszystko, w tej okolicy istniały bardzo silne oddziały partyzantki żydowskiej. Na terenie całego dystryktu lubelskiego istniało kilkadziesiąt mniejszych i większych oddziałów stworzonych przez Żydów lub w których Żydzi służyli jako partyzanci. Oddziały te, jak już wspomniałem, powstawały jednocześnie z obozami rodzinnymi. Tworzyła je przeważnie młodzież żydowska, młodzi mężczyźni, którzy musieli osłaniać ukrywających się członków rodzin. Pierwszym problem, przed którym stanęli żydowscy partyzanci, była to kwestia posiadania broni. Jak już wspomniałem, polskie podziemie nie zaopatrywało Żydów w broń z dwóch podstawowych powodów. Polski ruch oporu latem 1942 r. nie dysponował jeszcze odpowiednią ilością broni, a przede wszystkim nawet, gdyby miał broń, to znając antyżydowskie nastawienie podziemia polskiego trudno było liczyć na jakąś pomoc z tej strony. Broń natomiast mieli chłopi, którzy zbierali po 1939 r. porzucone przez polską armię karabiny i naboje. Właśnie chłopi polscy byli pierwszymi dostawcami broni dla Żydów. Oczywiście, nie odbywało się to bezinteresownie i za każdą sztukę broni lub amunicji Żydzi musieli płacić bardzo wysokie ceny. Dlatego też, z powodu braku pieniędzy żydowskie oddziały partyzanckie w momencie powstawania były słabo uzbrojone. Na przykład jedna z pierwszych grup żydowskich, która powstała w okolicach Lublina jesienią 1942 r. posiadała zaledwie kilka rewolwerów, jeden bagnet i nieco amunicji. Cała grupa, licząca zaledwie 12 osób, pod dowództwem niejakiego Cudyka (nie jest znane jego nazwisko, wiadomo jedynie, że pochodził z Lublina) współdziałała z niewielkim oddziałem polskim, podającym się za oddział Armii Krajowej. Razem z nimi partyzanci żydowscy przeprowadzili kilka akcji na posterunki policji niemieckiej i niemiecki majątek ziemski, gdzie dopiero wtedy mogli zdobyć więcej broni. Broń mieli też obiecaną od polskichpartyzantów, z którymi działali. W dniu, w którym Polacy mieli przekazać im broń, Cudyk wraz z częścią swojej grupy udał się na spotkanie z nimi. Polacy okazali się być zwykłymi bandytami, a nie partyzantami. Żydzi zostali upojeni wódką, a następnie zamordowani. Bandyci zostali zastrzeleni dopiero przez następnągrupę żydowską, którązałożył Heniek Cukierman, również zbieg z getta lubelskiego. To on dopiero pod koniec 1942 r. zorganizował regularny, żydowski oddział partyzancki pomiędzy Lublinem a Bychawą, zbierając różnych rozbitków i łącząc niewielkie grupy żydowskie. Stała grupa partyzantów Cukiermana liczyła 20 osób. Była to głównie młodzież żydowska z Lublina, dość dobrze uzbrojona. Pomiędzy nimi znajdowało się też kilku zbiegłych z ul. Lipowej jeńców żydowskich. Głównym zadaniem tej grupy było zbrojne osłanianie ukrywających się na wsiach Żydów. Tylko w jednej wsi pod Lublinem, w Osmolicach, jesienią1942 r. ukrywało się około 70 osób - część miała schrony w lesie, inni próbowali ukrywać się u okolicznych chłopów. Z całej tej grupy do wyzwolenia przetrwało zaledwie 12 osób. Heniek Cukierman szybko ogłosił w okolicy, że każdy chłop, który będzie pomagać Żydom może liczyć na jego ochronę, natomiast donosiciele będąrozstrzeliwani, a ich domy zostanąspalone. Szybko okazało się, że nie była to tylko pogróżka. W jednej ze wsi znalazł się chłop, który donosił na swoich sąsiadów, ukrywających Żydów. W warunkach okupacji w Polsce donos taki kończył się zazwyczaj nie tylko śmierciąukrywających się Żydów, ale także egzekucjącałej polskiej rodziny. Grupa Cukiermana namierzyła donosiciela i wykonała na nim wyrok. Jego ciało położono na drodze, po środku wsi, zostawiając przy nim kartkę z informacją: "Rozstrzelany, ponieważ wydał Żyda". Wkrótce cała okolica wiedziała o tym wyroku. Jak się okazało Cukierman i jego partyzanci szybko stali się sławni w okolicznych wsiach - miejscowi chłopi po prostu bali się ich. W ten sposób, wykorzystując fakt, że chłopi bali się żydowskich partyzantów, Cukierman i jego oddział organizował także zaopatrzenie w żywność dla ukrywających się Żydów. Polegało to na tym, że jednego dnia cała wieś otrzymywała rozkaz, by wystawić garnki z kartoflami przed dom, a następnie partyzanci kontrolowali czy chłopi wykonali rozkaz. W ten sposób ukrywający się Żydzi otrzymali dostawę kartofli, które wystarczyły im na kilka tygodni. Grupa Cukiermana była także postrachem dla stacjonującej w okolicy policji polskiej i żandarmerii niemieckiej. Partyzanci dowodzeni przez Cukiermana działali jako zwarta grupa do lata 1943 r. Zostali rozbici i rozproszeni zupełnie przypadkowo. Przebywali akurat we wsi Majdan Dembiński, gdy przybyła tam żandarmeria niemiecka, by zorganizować ekspedycję karnąprzeciwko tym chłopom, którzy nie płacili kontyngentów. Żydzi zostali zaskoczeni podczas odpoczynku, ale i tak wywiązała się walka. Po kilku godzinach, gdy Niemcy ściągnęli posiłki z Głuska i Bychawy, oddział został rozbity, a sam Heniek Cukierman zginął podczas próby wyrwania się z okrążenia. Po jego śmierci, aż do wiosny 1944 r., gdy w regionie tym nastąpił rozwój dużych oddziałów partyzanckich, istniały tylko niewielkie grupy żydowskich partyzantów, których głównym celem było własne przterwanie i pomoc ukrywającycm się. Nie podejmowały one poważniejszych akcji, nie mając większych sił i bojąc się niemieckich ekspedycji karnych. Dopiero w 1944 r. grupki te połaczyły się w większe oddziały i dołączyły do oddziałów Armii Ludowej (komunistycznej partyzantki polskiej) lub do partyzantki radzieckiej, która była bardzo aktywna na tym terenie. Grupy żydowskie, w przeciwieństwie do pratyzantki polskiej i radzieckiej były na Lubelszczyźnie niewielkie. Liczyły maksymalnie do 50-60 osób. Przetrwały tylko te oddziały, które współdziałały z oddziałami polskimi lub radzieckimi, chociaż tu też dochodziło do wielu konfliktów. Wspomniałem już o fakcie rozbicia oddziału żydowskiego przez polskąpartyzantkę komunistyczną. Był to oddział żydowskich jeńców, którzy zbiegli z obozu przy ul. Lipowej w Lublinie, dowodzony przez Jana Szelubskiego i Wolfa Glajchera. Oddział ten liczył około 40 osób i działał w okolicach Kraśnika. W broń zaopatrywała go polska Socjalistyczna Organizacja Bojowa pomagająca ukrywającym się w terenie Żydom. Na tym samym terenie działał także oddział komunistycznej partyzantki polskiej - Armii Ludowej, pod dowództwem Grzegorza Korczyńskiego. W listopadzie 1942 r. oddział Korczyńskiego zdobył żydowski obóz pracy w Janiszowie koło Kraśnika. W czasie walki polscy partyzanci zabili komendanta obozu Paula Ignora, zdobyli broń, ale przy okazji obrabowali trzymanych w obozie Żydów, którzy łudzili się, że zostali wyzwoleni. Korczyński nie chciał, żeby część więźniów dołączyła do jego oddziału. Sprawa stała się głośna w okolicy. Prawdopodobnie żydowski oddział partyzancki Szelubskiego i Glajchera stanął w obronie więźniów z Janiszowa. Dziewięć dni po akcji na Janiszów Oddział Korczyńskiego otoczył żydowskich partyzantów i prawie wszystkich wymordował. Przeżył tylko Szelubski i dwóch innych ludzi. To właśnie wtedy Szelubski powrócił dobrowolnie do obozu w Lublinie. Po wojnie, w 1950 r., w czasie rozgrywek politycznych pomiędzy polskimi komunistami Korczyński został aresztowany. Piastował wtedy stanowisko generała komunistycznej policji. W czasie procesu oskarżono go również o mord dokonany na partyzantach żydowskich. Dostał wyrok 15 lat więzienia. Wypuszczono go jednak w czasie odwilży postalinowskiej, w 1956 r. Jako ciekawostkę warto zaznaczyć, że w 1968 r., gdy w Polsce rozpętano kampanię antysemicką, Korczyński był jednym z jej organizatorów. Była to w ogóle bardzo interesująca i kotrowersyjna postać. Sam posiadał żonę Żydówkę, którąrozstrzelali Niemcy w Paryżu, w 1941 r. Ukrywał jej żydowskich rodziców - rodzinę Popowerów, a przy tym potrafił mordować partyzantów żydowskich. Takich sytuacji na Lubelszczyźnie było więcej. W 1942 r. w okolicach Krasnegostawu, na wschód od Lublina, oddział żydowski Abrahama Brauna został również wymordowany przez komunistycznych partyzantów polskich. Oddziałem Armii Ludowej kierował wtedy porucznik Armii Radzieckiej, zbieg z niemieckiej niewoli, Karol Herzenberg. Z pochodzenia był Niemcem nadwołżańskim. W okolicach Włodawy żydowscy partyzanci zostali wymordowani przez zbiegłych z niewoli jeńców radzieckich. Los ten spotkał między innymi niewielki oddziałek partyzancki złożony z ocalonych uczestników powstania w obozie zagłady w Sobiborze, którzy dołaczyli do grupy Miszki Piątka - Rosjanina. Grupa ta zajmowała się głównie napadami rabunkowymi w okolicach Włodawy. Pewnej nocy, po pijackiej libacji Miszka Piątek i jego ludzie zamordowali siedmiu uciekinierów z Sobiboru, którzy byli w oddziale. Masakrę przeżyło tylko dwóch - Mordechaj Goldfarb i Lerner, którzy w tym czasie byli poza obozowiskiem. O powszechnym antysemityzmie wśród partyzantów rosyjskich wspomina bardzo wielu byłych żydowskich partyzantów. Jeden z nich, Michał Knopfmacher, który działał w oddziale Lichtensteina w okolicach Włodawy, wydał po wojnie o Rosjanach takąopinię: Rosjanie okazywali antysemityzm, bo Rosjanin, gdy nie czuje nad sobądyktatora, jest antysemitą. Tak więc nie tylko zagrożenie ze strony Niemców czy polskiej prawicowej partyzantki okazywało się zgubne dla partyzantów żydowskich, ale także musieli się oni mieć na baczności przed Rosjanami czy polskimi komunistami, których traktowali jako naturalnych sojuszników. Jak już wspomniałem żydowskie oddziały partyzanckie przetrwały w zwartych grupach jedynie w ramach większych zgrupowań partyzanckich. Do wyzwolenia doczekała chociażby duża grupa Jechiela Grynszpana, uciekiniera z Parczewa. Początkowo oddział ten osłaniał jedynie obozy rodzinne w Lasach Parczewskich. Potem był już na tyle silny, że dokonywał własnych akcji bojowych. Grynszpan bardzo chętnie przyjmował do oddziału innych Żydów, ale pod warunkiem, że byli uzbrojeni. W ten sposób przyjął do siebie kilku uciekinierów z Sobiboru. Nauczony smutnym doświadczenie, że wśród Żydów znajdująsię także donosiciele, przeprowadził najpierw dochodzenie wśród byłych więźniów Sobiboru, czym wzbudził wśród nich zaskoczenie. Znacznym oddziałem, który doczekał wyzwolenia była grupa Samuela-Mietka Grubera, również uciekiniera z obozu przy ul. Lipowej. Zgrupował on wokół siebie około 40 młodych Żydów, zbiegłych jeńców, ale także uciekinierów z Markuszowa koło Lublina. Wojnę przetrwali, ponieważ zostali właczeni w oficjalne struktury Armii Ludowej. W okolicach Żelechowa i Łukowa na Podlasiu działał natomiast oddział dowodzony przez zbiegłego z obozu jeńca radzieckiego, Serafima Aleksiejewa. Pod jego dowództwem walczyli Żydzi, Polacy i Rosjanie. Grupa ta wsławiła się między innymi brawurowąakcjąna miasteczko Adamów, gdzie uwolniono 350 Żydów, którzy następnego dnia mieli być deportowani do Treblinki. Niestety, większość z nich zginęła w ciągu kilku następnych dni, podczas obławy niemieckiej. W 1943 r. oddział Aleksiejewa dokonywał licznych akcji sabotażowych na liniach kolejowych, a na początku 1944 r., już jako oddział Armii Ludowej liczył około 200 partyzantów. Trudno jest dzisiaj ustalić ilu Żydów przewinęło się na Lubelszczyźnie przez oddziały partyzanckie. Wiele było niewielkich oddziałów, które istniały zaledwie kilka miesięcy i były rozbijane przez Niemców lub okolicznych chłopów, którzy obawiali się napadów partyzantów żydowskich i organizowali obławy przeciwko nim na własnąrękę, jak to miało miejsce w okolicach Głuska czy Płouszowic pod Lublinem. Podobnie było zresztąz obozami rodzinnymi. Też nie wiadomo ile osób w nich przetrwało. Znany jest fakt, że niektóre z tych obozów zostały zniszczone przez polskich partyzantów z Armii Krajowej lub Narodowych Sił Zbrojnych, jak na przykład obóz pod Uchaniami, gdzie jeszcze na dwa tygodnie przed wyzwoleniem, w lipcu 1944 r. ukrywało się około 80 Żydów zbiegłych jeszcze w 1942 r. z Uchań. Obóz ten zostal otoczony przez polskich partyzantów, którzy wymordowali ukrywających się. Z całego obozu rodzinnego przeżyło zaledwie 8 osób, wśród nich Mosze Opatowski, który opowiedział mi o tej historii. Zabójcami byli polscy sąsiedzi z Uchań, których ukrywający się Żydzi znali bardzo dobrze. Takich sytuacji na Lubelszczyźnie było wiele i uniemożliwiały one przetrwanie licznym uciekinierom z prowincjonalnych gett. Niekiedy do ataków na ukrywających się Żydów dochodziło z pobudek czysto rabunkowych " chłopi spodziewali się, że ludzie ci musieli mieć przy sobie jakieś kosztowności. Innym razem przyczynązabójstw i wydawania obozów rodzinnych czy działających niewielkich oddziałów partyzantów żydowskich mogły być strach i zemsta " strach przed odwetem niemieckim, bowiem Niemcy pacyfikowali wsie, jeżeli posądzili je o współpracę z partyzantami; zemsta, ponieważ chłopi uważali te oddziały lub ukrywające się całe grupy żydowskie za rabusiów, którzy nocami napadali na wsie, by zdobyć pożywienie (oczywiście, rzadko kiedy większa grupa żydowska mogła liczyć na spontanicznąpomoc chłopów, czyniących to z dobrej woli). Niejednokrotnie napastnikami okazywali się zwykli bandyci, których nie brakowało na Lubelszczyźnie w czasie wojny. Podszywali się oni pod partyzantów, by zastraszając, nie tylko ukrywających się Żydów, ale także całe wsie, rabować ich mieszkańców, posuwając się nawet do morderstw. Jedno należy stwierdzić jako bardzo ważne podsumowanie. W przeciwieństwie do żydowskiego ruchu oporu w getcie w Warszawie czy Białymstoku, gdzie Żydowska Organizacja Bojowa zorganizowała powstania w obliczu likwidacji tych zamkniętych dzielnic, mając za hasło " "Umrzeć z honorem! Nie dać się wymordować jak barany idące na rzeź" " żydowski ruch oporu na Lubelszczyźnie powstał po to, by część Żydów mogła przetrwać! Obozy rodzinne w lasach były zbiorowymi schroniskami ludzi, którzy za wszelkącenę chcieli przetrwać wojnę. Podobnie było z oddziałami partyzanckimi, które pojawiły się, by osłaniać ukrywających się lub walczyć z okupantem, by przede wszystkim przetrwać. Tu już nie chodziło tylko o to, by wykazać światu, że Żydzi żywcem nie dadząsię wymordować. Nieco inaczej wyglądało to jednak już w obozach pracy i zagłady

5. Ruch oporu i bunty w żydowskich obozach pracy i zagłady. Nie tylko w gettach zaczęły pojawiać się spontaniczne odruchy samoobrony. Dotyczyło to także żydowskich obozów pracy, których w dystrykcie lubelskim było bardzo wiele, a także w obozach zagłady, przede wszystkim w Sobiborze, gdzie powołanie grupy oporu doprowadziło w październiku 1943 r. do wybuchu powstania więźniów. Powyżej wspomniałem już o przypadku obozu jeńców wojennych " Żydów, mieszczącym się w Lublinie, ale tam działalność konspiracyjna doprowadziła nie tyle do buntu więźniów, ile do masowych ucieczek i zakładania oddziałów partyzanckich w okolicach Lublina. Nieco inaczej wyglądało to w innych obozach. Należy przy tym stwierdzić, że poza przypadkiem Sobiboru, gdzie akcja powstawania grupy bojowej, przygotowania do powstania i samo powstanie zostały dokładnie opisane, posiadamy bardzo niewiele informacji na temat organizacji ruchu oporu w innych obozach na Lubelszczyźnie. O tym, że istniały tam jakieś grupy oporu dowiadywano się dopiero, gdy obozy te były likwidowane i w czasie ich likwidacji wybuchały bunty. Niejednokrotnie nie wiadomo nawet, kto był organizatorem tych grup i w jaki sposób utrzymywały one kontakt z podziemiem polskim lub żydowskim poza obozami, skoro posiadały one broń. Do organizacji oporu w niektórych obozach pracy w dystrykcie lubelskim doszło stosunkowo późno, bo dopiero w 1943 r. Mogło to mieć związek z powstaniem w getcie warszawskim i deportacjąŻydów warszawskich na Lubelszczyznę w kwietniu i maju 1943 r. Wśród deportowanych wtedy warszawiaków, którzy znaleźli się nie tylko w obozie koncentracyjnym na Majdanku, ale także w dużych obozach pracy w Trawnikach, Poniatowej, Budzyniu, ale także w mniejszych, jak Puławy, Nałęczów, Antopol, zatrudnionych przy budowie linii kolejowych, znalazło się wielu aktywnych uczestników powstania w getcie warszawskim. Wiadomo jest, że grupy Żydowskiej Organizacji Bojowej funkcjonowały w Poniatowej, Trawnikach i Budzyniu. Wskazująna to raporty zarówno polskiego, jak i żydowskiego podziemia. Dzięki istnieniu tych zakonspirowanych grup, np. z obozu w Trawnikach udało się wydostać Emanuela Ringelbluma, historyka żydowskiego i założyciela podziemnego archiwum getta warszawskiego. Najbardziej aktywna była chyba Żydowska Organizacja Bojowa w Poniatowej. Do dzisiaj mieszkańcy Poniatowej wspominają, że do miejscowości tej docierali polscy i żydowscy kurierzy przemycający do obozu pieniądze, fałszywe dokumenty, dla tych osób, które planowały ucieczkę z obozu i wreszcie broń. Pieniądze i dokumenty przemycano do obozu w pieczonym przez mieszkańców Poniatowej chlebie, który oficjalnie dostarczany był do obozu (do dzisiaj żyje jeszcze kobieta, której rodzice podejmowali się tej ryzykownej działalności). W samym obozie doszło nawet do próby zamordowania komendanta obozu " Żydzi zatrudnieni w kuchni chcieli go zabić za pomocązatrutego koniaku. Niestety, spisek został wydany przez żydowskiego donosiciela i cały skład kuchni został rozstrzelany. Jednakże w dniu 4 listopada 1943 r., kiedy to w ramach akcji "Erntefest" obóz był likwidowany, a jego więźniowie rozstrzeliwani, w Poniatowej doszło do buntu części więźniów. Uzbrojeni Żydzi zabarykadowali się w jednym z baraków i zaczęli ostrzeliwać SS-manów. SS-mani nie mogąc poradzić sobie z powstańcami, po prostu podpalili barak, mordując w ten sposób broniących się Żydów. świadkiem tej rozpaczliwej próby obrony byli polscy strażacy, którzy przybyli do obozu z pobliskiego miasteczka Opole Lubelskie, gdy zauważyli, że w obozie w Poniatowej płonąbaraki. Mimo, że Niemcy kazali im powrócić natychmiast do Opola, strażacy zdążyli zauważyć rozpaczliwąpróbę oporu. Łącznie, w Poniatowej zginęło wtedy około 14.000 Żydów. O stratach niemieckich nic nie wiadomo. Do takiego spontanicznego oporu nie doszło natomiast w obozie w Trawnikach, gdzie masowej egzekucji więźniów Niemcy dokonali 3 listopada 1943 r., czyli dzień wcześniej, gdzie zamordowano około 10.000 Żydów. Tu więźniowie zostali zaskoczeni egzekucjąi likwidacjąobozu i nawet okoliczni mieszkańcy, którzy z dachów i strychów obserwowali ten masowy mord, w trakcie śledztwa prowadzonego w latach 60 - tych przez OkręgowąKomisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Lublinie, solidarnie stwierdzali, że mimo iż w obozie były jakieś grupy konspiracyjne, nie doszło tu do buntu więźniów w momencie ich likwidacji. Jedynie już po egzekucji, wyselekcjonowana grupa mężczyzn żydowskich, którzy mieli palić ciała rozstrzelanych, odmówiła wykonania tego rozkazu i wszyscy zostali rozstrzelani. Akcja "Erntefest", której oficjalnym powodem miały być powstania w obozach zagłady w Treblince i Sobiborze, a w rzeczywistości chodziło o zakończenie Operacji "Reinhard", czyli zagłady Żydów na terenie Generalnego Gubernatorstwa, przeprowadzona została także w innych obozach na terenie Lubelszczyzny. Największąegzekucję przeprowadzono w jej ramach, w dniu 3 listopada 1943 r. w obozie koncentracyjnym na Majdanku, gdzie rozstrzelano około 18.400 Żydów. Na Majdanku doszło jedynie do spontanicznych prób stawienia oporu, czego przykładem może być postawa Friedel Alexander, niemieckiej Żydówki deportowanej na Lubelszczyznę ze Szczecina, która w jednym z podobozów Majdanka pełniła funkcję lagerälteste obozu kobiecego. Gdy prowadzono jąjuż w kierunku rowów egzekucyjnych rzuciła się na SS-mana, próbując go udusić i wtedy została zastrzelona. W czasie tej egzekucji aktem oporu było chociażby zbiorowe samobójstwo żydowskich lekarzy i pielęgniarek ze szpitala obozowego na Majdanku, którzy nie chcąc zostać wymordowani, zażyli cyjanek potasu. Wiadomo jest jednak, że w czasie likwidacji mniejszych obozów na Lubelszczyźnie doszło wtedy w niektórych z nich do spontanicznych aktów oporu i walki z SS-manami. Tak było chociażby w obozie pracy w Puławach, gdzie istniała niewielka grupa uzbrojonych więźniów. Obóz ten mieścił się przy tartaku i przebywało w nim około 400 więźniów. Więźniowie żydowscy odmówili wyjścia z baraków i udania się do rowów egzekucyjnych, a ci, którzy posiadali broń, zaczęli się ostrzeliwać z jednego baraku. Podobnie, jak w Poniatowej, SS-mani podpali barak z obrońcami, ale w międzyczasie kilku Żydom udało się uciec. Zaświadczająo tym zeznania polskich świadków, którzy obserwowali likwidację obozu w Puławach. Do masowej ucieczki więźniów doszło także w czasie likwidacji obozu pracy w Antopolu koło Nałęczowa, gdy SS likwidowało ten obóz w listopadzie 1943 r. Tylko nielicznym jednak udało się dobiec do lasu, gdzie dołączyli do działających w tamtych okolicach partyzantów żydowskich. Zarówno w Puławach, jak i w Antopolu przebywali Żydzi warszawscy, więc można przypuszczać, że mogli być oni członkami Żydowskiej Organizacji Bojowej. Nieco inaczej wyglądało to zarówno w Sobiborze, jak i w pobliskich obozach we Włodawie i Adampolu. Tam nie było Żydów z Warszawy, ale docierały wieści, zarówno o powstaniu w getcie warszawskim, jak również miejscowi Żydzi wiedzieli, że w okolicach istniały żydowskie oddziały partyzanckie. Właśnie partyzanci żydowscy przeszmuglowali do obozu we Włodawie i w pobliskim Adampolu broń i amunicję. Jednakże tylko w Adampolu doszło do próby zorganizowania walki z niemieckążandarmeriąi oddziałem Wehrmachtu, które przybyły w dniu 15 sierpnia 1943 r., by zlikwidować obóz. W czasie walki raniony został feldfebel, a pewna grupa uzbrojonych więźniów uciekła do pobliskiego lasu. We Włodawie, mimo że więźniowie zostali ostrzeżeni przez cywilnego komendanta obozu, Niemca, Bernarda Falkenberga, o możliwej likwidacji, nie podjęli próby walki. Likwidacja tego obozu odbyła się w sytuacji zaskoczenia i tylko części uzbrojonych więźniów udało się uciec i dołączyć do oddziału Jechiela Grynszpana lub do grupy Lichtensteina, działających w pobliżu tego miasta. Pozostali nie mieli nawet szans na obronę i zostali deportowani do pobliskiego obozu zagłady w Sobiborze. Jak już wspomniałem, jednym z najbardziej znanych w historiografii przypadków wybuchu powstania w obozie zagłady na Lubelszczyźnie, był bunt więźniów w obozie w Sobiborze. Podobnie, jak w przypadku obozu zagłady w Treblince, gdzie powstanie wybuchło w sierpniu 1943 r., powodem do buntu więźniów w Sobiborze była obawa, że Niemcy wszystkich rozstrzelają, gdy zakończy się proces masowej zagłady. Oczywiście, zarówno powstanie w Treblince, jak i w Sobiborze nie miały ze sobążadnego związku przyczynowo-skutkowego. Obozy te były oddalone od siebie o około 250 km., a więźniowie tych obozów nigdy nie kontaktowali się ze sobą, tak więc nawet nie wiedzieli, że w obozach tych powstały jakieś grupy oporu. Grupa oporu w Sobiborze powstała dopiero latem 1943 r., gdy do obozu docierało coraz mniej transportów i więźniowie zaczęli zdawać sobie sprawę z faktu, że masowa zagłada dobiega końca, a więc oni sami, świadkowie mordu na 250.000 Żydów, zostanąwkrótce zlikwidowani. Dodatkowąmotywacjądo podjęcia próby oporu i organizacji masowej ucieczki z obozu był fakt likwidacji niedalekiego obozu zagłady w Bełżcu, gdzie w okresie od marca do grudnia 1942 r. zamordowano ponad 500.000 Żydów. Latem 1943 r. do Sobiboru przywieziono więźniów żydowskich z Bełżca, mimo że obiecano im, że zostanąprzeniesieni do obozu pracy. W momencie, gdy więźniowie z bełżeckiego Sonderkommando zorientowali się, że przywieziono ich do następnego obozu zagłady, na rampie kolejowej stawili opór. Ta walka i rozstrzelanie ich wszystkich w momencie przybycia do obozu rozegrały się na oczach więźniów Sobiboru. O tym, że zamordowanymi byli więźniowie z Bełżca Żydzi z Sobiboru dowiedzieli się, gdy sortowali ich ubrania, w których znaleźli notatki prowadzone przez nich. Fakt ten zmobilizował więźniów Sobiboru do przyspieszenia organizacji powstania. Istniało kilka planów zbiorowej ucieczki z obozu. Więźniowie z Sobiboru orientowali się również, że w okolicach istniejąoddziały partyzanckie, zarówno polskie, rosyjskie, jak i żydowskie, ale jak się okazało były one zbyt słabe, by podjąć akcję odbicia obozu. Po próbie ucieczki grupy Żydów holenderskich z obozu w Sobiborze i po zbiorowej ucieczce grupy więźniów, którzy zbiegli, gdy wyprowadzono ich poza obóz w celu przyniesienia drewna do obozu, władze obozowe otoczyły Sobibór polem minowym, pozostawiając jedynie wyjście w kierunku rampy kolejowej, gdzie mieściły się także baraki załogi SS-mańskiej. Początkowo pracami grupy oporu kierował Leon-Lejb Feldhendler, polski Żyd, deportowany do obozu z Żółkiewki na Lubelszczyźnie. Jednakże okazało się, że członkowie grupy, mimo zapału i woli walki, nie mieli żadnego przygotowania wojskowego do podjęcia tej walki. O nastrojach panujących wtedy w obozie wspominała ocalała z Sobiboru Zelda Metz: Czuliśmy, że już nie ma dla nas pracy, że lada dzień i nas wykończą. Zaczęliśmy organizować ucieczkę. O ucieczce mówiliśmy przez cały czas. Zbieraliśmy się po pracy, poddawaliśmy różne projekty, jak: podpalić magazyny, skorzystać z popłochu i uciec, albo żeby pucerzy (chłopcy żydowscy, którzy zajmowali się czyszczeniem ubrań należących do SS-manów " przyp. R.K.) zabili śpiących Niemców podczas czyszczenia butów. Plany nie dochodziły do skutku, bo nie było tego, który by wziął na siebie odpowiedzialność za organizację spisku. Niemieccy i holenderscy Żydzi nie brali udziału w spisku. Dopiero we wrześniu 1943 r., gdy do Sobiboru przybyły ostatnie transporty deportacyjne z Ostlandu, w tym transport z getta w Mińsku Białoruskim, w którym przybyli jeńcy Armii Radzieckiej " Żydzi, przyspieszono przygotowania do wybuchu powstania. Jako współdowódcę grupy oporu dołączono oficera radzieckiego, Aleksandra Pieczerskiego (w dawnej historiografii komunistycznej przedstawiano go wręcz jako głównego organizatora powstania, w ogóle pomijając rolę Żydów polskich). Plan powstania zakładał, że więźniowie podstępnie zabijązałogę obozową, zdobędąbroń, a następnie rozbijając oddział ukraińskiego SS-Wachmannschaft, ucieknąz obozu. Mankamentem tego planu było to, że nie wszyscy więźniowie w obozie zostali poinformowani o planowanym powstaniu, stąd też gdy ono wybuchło w dniu 14 października 1943 r., część więźniów, zdezorientowana wydarzeniami, pozostała po prostu w obozie i na miejscu została rozstrzelana. Dotyczyło to też znacznej grupy Żydów holenderskich, którzy nie znając języka polskiego i miejscowych warunków, nie zdecydowali się na ucieczkę, ponieważ nie wiedzieli czy uda im się przeżyć. W trakcie powstania więźniowie zlikwidowali ogółem 14 SS-manów, uśmiercając ich przede wszystkim za pomocąsiekier. Kilku z nich zostało zastrzelonych już po zdobyciu broni przez powstańców. Z obozu uciekało ogółem 600 więźniów, ale ucieczka udała się tylko 300. Wielu więźniów zginęło od kul wartowników, inni padli na polach minowych. Przez cały miesiąc po powstaniu SS, policja, żandarmeria i Wehrmacht organizowały obławy na uciekinierów. Wielu z nich zostało złapanych w okolicach Włodawy i Chełma i rozstrzelano ich na miejscu. Ostatecznie do wyzwolenia w 1944 r. przetrwało 48 byłych więźniów Sobiboru. Byli wśród nich również ci, którzy dołączyli do żydowskich oddziałów partyzanckich. Spora grupa powstańców dołączyła na przykład do oddziału Jechiela Grynszpana, chociaż początkowo dowódca tego oddziału nie bardzo chciał wierzyć zbiegom, że uciekli z Sobiboru. Po powstaniu w obozie, SS zdecydowało się na całkowitąjego likwidację, chociaż zgodnie z rozkazem Heinricha Himmlera miał on być przekształcony w obóz koncentracyjny. Jeszcze w trakcie likwidacji obozu, ci więźniowie, którzy nie zdecydowali się na ucieczkę z Sobiboru stawiali opór wkraczającym do obozu SS-manom i żandarmom. Zaświadczająo tym same meldunki niemieckie, sporządzone Komisariat Graniczny w Chełmie dla Komendanta Policji i SD w Lublinie: Przy przeczesywaniu obozu trzeba było wielokrotnie użyć broni, bowiem więźniowie stawiali opór. Raport ten stanowi bezsporne świadectwo, wystawione przez wroga, że nawet ci, którzy nie byli w stanie uciec z obozu, do końca postanowili bronić się, wiedząc, że oznacza to jedynie śmierć w walce. Samo powstanie w obozie zagłady w Sobiborze stało się dla Reichsführera Heinricha Himmlera doskonałym pretekstem do zakończenia Akcji "Reinhard" i likwidacji wszystkich żydowskich obozów w dystrykcie lubelskim, co nastąpiło w listopadzie 1943 r.. W oficjalnym wyjaśnieniu tego rozkazu Himmler wprost stwierdził, że w dystrykcie lubelskim pojawiła się sytuacja, w której Żydzi stanowiązagrożenie dla bezpieczeństwa Rzeszy na tym terenie. Mimo, że mijało się to z prawdą, a powodów do przeprowadzenia "Erntefest" było więcej, to nie mniej jednak działalność żydowskiego ruchu oporu na Lubelszczyźnie mogła mocno niepokoić władze okupacyjne, przynajmniej w samym Lublinie, gdzie również znajdował się sztab Akcji "Reinahrd".


Rober Kuwałek